28 marca 2014

Ahoj Przygodo!

Salomea Przygoda odbiega od utartego wizerunku bohaterki literackiej. Ale „Nomen Omen” nie tylko ze względu na kreację głównej bohaterki wymyka się z ram typowej powieści fantastycznej. Marta Kisiel rozbraja fantastykę i zamiast epickich scen walki i bohaterów obdarzonych nadludzkimi przymiotami funduje czytelnikowi ironiczny humor i przewrotne zwroty akcji.

 

Są bowiem na tym świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom. Na przykład trzy sędziwe siostry-bliźniaczki, które mieszkają w domu przypominającym upiorne zamczysko, a sama wzmianka na ich temat wywołuje u miejscowych taksówkarzy stan przedzawałowy. Albo mierząca ponad metr osiemdziesiąt przesympatyczna, choć niezwykle pechowa dziewczyna, którą los pokarał nie tylko oryginalnym imieniem, ale i talentem do pakowania się w kłopoty. Wreszcie tajemniczy mężczyzna, który napada na złotowłose dziewczyny i jest zadziwiająco podobny do brata naszej bohaterki.

 

Salomea ma problem z rodziną, koordynacją ruchową, akceptacją swojego wyglądu i z życiem uczuciowym. Wydaje się, że przeprowadzka do Wrocławia choć odrobinę pomoże jej uporządkować swoje życie. Nic bardziej mylnego – dziewczyna pakuje się w jeszcze większe tarapaty, przy których matka perorująca nieustannie o domniemanym rozbuchanym erotyzmie swojej córki odchodzi na drugi, albo i na trzeci plan. Salomea musi zmierzyć się z mroczną historią własnej rodziny, a przede wszystkim z grasującym po mieście mordercą, o którym wiadomo niezbyt wiele. Wszystko to w doborowym towarzystwie pyskatej papugi, nieznośnego brata, rozanielonego polonisty, walecznego dziewczęcia podłego wzrostu i trzech staruszek-bliźniaczek.

 

Romantyczne opowieści o upiorach nabierają nagle barw, a wojenna historia Wrocławia wdziera się do czasów jak najbardziej współczesnych. Śmiech miesza się ze zgrzytaniem zębów, ironia z kryminalnymi zagadkami, a bolesne wspomnienia z rzeczywistością, ukazaną w krzywym zwierciadle.

 

Nie potrafię określić, co jest najmocniejszym elementem powieści „Nomen omen” – potężna dawka czarnego humoru, nietuzinkowi bohaterowie czy też czające się na każdej stronie fabularne zagadki. Wiem natomiast, że książka Marty Kisiel jest lekturą lekką, przyjemną i tak wciągającą, że prawie zafundowało nieszczęsnej recenzentce spóźnienie do pracy (tak, tak, przyznaję się – przegapiłam docelową stację kolejową). Bez silenia się na wymuszony intelektualizm autorce udało się stworzyć niegłupią i oryginalną powieść, którą polecić można nie tylko miłośnikom fantastyki spod znaku Terry’ego Pratchetta, ale wszystkim, którzy doceniają dobrą zabawę z książką w roli głównej.