10 lipca 2014

Telenowela, symbolizm i poezja

Opowiedziana z perspektywy służących historia Leonory to gra z konwencją południowoamerykańskiej telenoweli. Uboga służąca, bogata rezydencja i przystojny pan domu. Romans i nieszczęśliwa miłość. Tyle, że w wersji Jennifer Clement nie ma happy endu, a romans w niczym nie przypomina tego z telewizyjnego ekranu.

 

Oddana przez matkę do zakonu i nauczona, że dobra dziewczyna nigdy nie mówi „nie”, Leonora zostaje służącą w bogatym domu państwa O’Connor. W domu pracują także kucharka Sofia oraz tajemnicza Josefa, porozumiewająca się z otoczeniem za pomocą pojedynczych, enigmatycznych słów. Tak zaczyna się powieść amerykańsko-meksykańskiej pisarki Jennifer Clement.

 

Clement swoją opowieść buduje na ostrych opozycjach. Z jednej strony mamy więc świat miejscowych służących, z drugiej – świat właścicieli, przybyszów z zewnątrz, tych lepszych i bogatszych. Oba te światy są niewspółmierne i nieprzechodnie, co Clement wielokrotnie podkreśla. Mądrość ludowa zostaje przeciwstawiona książkowej wiedzy, męska wolność, w tym także od konsekwencji własnego działania – kobiecej podległości. Zewnętrzne milczenie Leonory kontrastuje z bogactwem języka, którym posługuje się w zapisanych kursywą myślach. Wreszcie, prostota historii zostaje zderzona ze skomplikowaną formą powieści. Kilku narratorów i różne plany czasowe stopniowo odkrywają przed czytelnikiem kolejne piętra tytułowego kłamstwa i opartej na nim rodzinnej tajemnicy. Tym, co jednak najbardziej rzuca się w oczy, są wspomniane już wyróżnione kursywą krótkie fragmenty przemyśleń, cytatów z Biblii i wierszy, którymi ktoś – Leonora, a może niewidoczny chór rodem z antycznych tragedii – komentuje każdy kolejny akapit. Te krótkie zdania, często składające się z pojedynczych słów są czymś w rodzaju pomostu pomiędzy bohaterką a światem, sposobem przełożenia tego, co niezrozumiałe, na jej wewnętrzny, utkany z cytatów język.

 

Skomplikowanie formalne powieści nie przekłada się niestety na jej jakość. „Prawdziwa historia oparta na kłamstwach” w swojej barokowości, nadmiarze środków, metafor, poetyckich wstawek i głębokich przemyśleń niebezpiecznie przechyla się w stronę egzaltowanej powieści z tezą. Wygłaszane przez bohaterki przemyślenia brzmią sztucznie, podobnie jak wszechobecny symbolizm, a pisane kursywą fragmenty oscylują pomiędzy doskonałym wglądem w umysł Leonory a śmiesznością. Tym, co ostatecznie broni Clement przed pretensjonalnością, jest hipnotyzująca siła narracji, wprowadzająca w trans melodyka uproszczonego, na poły mistycznego języka „miotłowego dziecka”, jak samą siebie określa bohaterka.

 

Powieść Jennifer Clement to ciekawostka na jeden, niezbyt długi wieczór, intrygująca magnetycznym stylem i językiem. Obawiam się jednak, że mimo to nie zostanie w pamięci czytelnika zbyt długo.