28 września 2015

Ishiguro w świecie Tolkiena

„Nad moczarami i rzekami unosiły się lodowate opary, w których świetnie czuły się ogry” – brzmi jedno z pierwszych zdań „Pogrzebanego olbrzyma”. Ale gdy w finale pojawi się smoczyca, okaże się, że nie da się jej widowiskowo zabić – jest tak stara i wyliniała, że nie wiadomo, czy jeszcze żyje.

edekJesteśmy w Anglii około 450 roku n.e. Dawne rzymskie drogi się rozpadły, a po lasach kręcą się rozbójnicy. Za to pamięć o dobrym królu Arturze ciągle trwa. Tymczasem stara celtycka para wyrusza na poszukiwanie syna, z którym coś poróżniło ich dawno temu. Co to było? Axl ani Beatrice nie pamiętają wielu zdarzeń z przeszłości. Tak samo jak ludzie, których spotykają po drodze. Ponoć winę za amnezję ponosi oddech smoczycy Querig. W jego oparach coraz trudniej jest też stwierdzić, czy król Artur rzeczywiście był dobrym władcą? A może ma na sumieniu straszne zbrodnie?

„Pogrzebany olbrzym” to kolejna wyprawa Ishiguro na terytorium pamięci. Trzy jego pierwsze powieści „Pejzaż w kolorze sepii” (1982), „Malarz świata ułudy” (1986) i „Okruchy dnia” (1989, Nagroda Bookera) były właściwie wariantami tej samej historii o człowieku, który nie chcąc pogodzić się z własną przeszłością, tworzy własną historię na nowo. Potem był eksperymentalny „Niepocieszony” (1995) o muzyku z Europy Środkowej. W końcu, nie rezygnując ze swych obsesji, Ishiguro zaczął wykorzystywać elementy popularnych gatunków – kryminału w „Kiedy byliśmy sierotami” (2000) i science fiction w „Nie opuszczaj mnie” (2005).

„Pogrzebany olbrzym”, to, nie tylko moim zdaniem, jego najwybitniejsza powieść. „Starość i utrata pamięci, cierpienie, miłość i wojna – wszystko to, co Szekspir opisywał w »Królu Learze« w kostiumie Wielkiej Brytanii sprzed nadejścia Rzymian, Ishiguro zgłębia w kostiumie nie mniej tajemniczej epoki. Miarą jego osiągnięcia jest to, że »Pogrzebany olbrzym« zasługuje na miejsce obok dzieł wielkiego poprzednika”, napisał brytyjski krytyk.

Ishiguro_Pogrzebany_olbrzymZ Kazuo Ishiguro rozmawia Juliusz Kurkiewicz

Pan w ogóle czytał kiedykolwiek fantasy?

Wcześniej nigdy. Zacząłem czytać ostatnio, gdy wybuchła dyskusja wokół „Pogrzebanego olbrzyma”.

Tolkiena też nie?

Nie.

„Grę o tron”?

Nie.

Harry’ego Pottera?

Trzy pierwsze tomy. Pożyczyłem od nastoletniej córki, kiedy była nim zafascynowana. J.K. Rowling jest świetną opowiadaczką a jej saga to klasyczna opowieść o walce dobra ze złem. Niesamowicie zręcznie miesza przy tym gatunki. W trzech pierwszych tomach łączy kryminał w stylu Agathy Christie, horror, no i opowieść o dojrzewaniu w szkole z internatem.

Nawet jeśli „Pogrzebany olbrzym” nie jest klasyczną fantasy, renesans gatunku jest faktem. Za jakiś czas przełom XX i XXI w. w kulturze Zachodu będzie kojarzony z „Harrym Potterem” i „Grą o tron”.

Zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero, gdy zorientowałem się, że dyskusje o mojej powieści kręcą się wokół jej gatunkowej przynależności. Byłem tym kompletnie zaskoczony. Dopiero wtedy zadałem sobie pytanie, skąd się wzięło obsesyjne przywiązanie powojennej kultury do gatunków, te wszystkie podziały i podpodziały, fantasy, young adult… I, co ważniejsze, skąd się wzięła ich hierarchia. Dlaczego kryminał, nie mówiąc o powieści literackiej, do pewnego momentu był traktowany lepiej niż fantasy?

I doszedł pan do wniosku…

…że to musi mówić coś o społeczeństwie i jego wartościach.

Moja interpretacja jest marksistowska. Coraz ściślejszy podział na gatunki, który zaczął się w XIX wieku a rozwinął po II wojnie, był konsekwencją przekształcenia książki w masowy towar. Dzięki niemu książkę łatwiej było pozycjonować, a więc i sprzedawać.

To jasne. Ale skąd się wzięła hierarchia gatunków?

Miała ścisły związek z charakterem naszego systemu ekonomicznego. Gdy dzieci dorastały do pewnego wieku, szkoły i rodzice miały dla nich jasny przekaz: przestańcie grać w gry wyobraźni, bo my musimy przygotować was do pracy w ramach kapitalistycznej maszyny. Będziecie odtąd zajmować odpowiedzialne stanowiska w fabrykach i biurach, i wykonywać w nich nudną, powtarzalną pracę. Musicie być zdyscyplinowani. Dlatego będziemy piętnować wszystko, co by was do przyjęcia tych społecznych ról zniechęcało. Dlatego fantasy musiała zejść do podziemia, na sam dół hierarchii.

To dlaczego dorośli bez wstydu zaczytują się dziś „Grą o tron”?

Bo gospodarka porzuciła dawny model przemysłowy. Żyjemy w erze cyfrowej. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza nagle okazało się, że to marzyciele z Doliny Krzemowej są liderami ekonomii. Mark Zuckerberg, Steve Jobs, Elon Musk. Dziś mało kto wierzy, że życiowy sukces wiąże się ze ślepym podążaniem za tłumem i rygorami w pracy. Aby go odnieść, musisz myśleć nieschematycznie. Zgodnie z dawnym definicjami, musisz być dziecinny.

Neil Gaiman opowiedział mi ostatnio, że został zaproszony do Chin na konferencję o fantasy zorganizowaną przez tamtejsze władze. Zdziwił się: czego wy właściwie ode mnie chcecie? Odpowiedzieli: mamy już fabryki, teraz potrzebujemy innowatorów.

Ale pan „Gry o tron” nie czytał. Niewiele pan wie o współczesnej popkulturze.

Bez przesady. Sporo pod tym względem zawdzięczam o kilkanaście lat młodszym ode mnie przyjaciołom pisarzom. Przede wszystkim Davidowi Mitchellowi, autorowi „Atlasu chmur” i Alexowi Garlandowi, który napisał „Plażę”, a w tym roku zadebiutował jako reżyser filmem s.f. „Ex Machina”. Dzięki nim zrozumiałem, ile energii przenika do kultury ze strony science fiction, fantasy, komiksów, nawet gier wideo.

Dla mnie to było wyzwalające doświadczenie: bycie z ludźmi, którzy nie tylko nie mieli uprzedzeń wobec popkultury, ale byli jej entuzjastami. Dzięki nim pojąłem, że sięgając po elementy gatunków, które uważane były za wyklęte, mogę opowiadać w sposób, który wcześniej wydawał mi się zupełnie niemożliwy.

Zanim zaczynam pisać, zawsze zadaję sobie pytanie: jaka jest fabularna i emocjonalna esencja mojej historii, jak mogę ją wyrazić w kilku zdaniach? Dopiero potem zadaję kolejne pytanie: w jakim świecie ją umieścić? Dziś nie mam problemu, żeby moją historię zamknąć w świecie fantasy. Jak w „Pogrzebanym olbrzymie”.

Jak wyglądała esencja w tym wypadku?

Istnieje społeczeństwo dotknięte zbiorową amnezją. Oraz mąż i żona, którzy obawiają się, że bez wspomnień ich miłość przepadnie.

Z opowieścią o dzieciach-klonach z „Nie opuszczaj mnie” było podobnie?

Tak, najpierw zastanawiałem się, co by było gdybyśmy zamiast 70-80 lat żyli znacznie krócej, powiedzmy 30. Jak byśmy przeżywali nasze życie? Dopiero potem doszedłem do wniosku, że opowieść nabierze siły, jeśli bohaterami będą klony hodowane jako dawcy narządów.

Nie bał się pan, że fani fantasy poczują się zawiedzeni, nie znajdując u pana kompletnego świata, do którego są przyzwyczajeni? Ursula LeGuin natychmiast po przeczytaniu „Pogrzebanego olbrzyma” ostro skrytykowała pana na blogu.

Napisała, że czytanie mojej książki było dla niej bolesne. I że żaden pisarz nie może używać rekwizytów literackiego gatunku, jeśli pogardza nim. Ale kilka dni później wycofała oskarżenia, więc nie chcę już przedłużać tej bezsensownej kłótni.

Może mi pan nie wierzyć, ale ani przez moment nie zastanawiałem się nad tym, czy zadowolę fanów fantasy. Napisałem tę powieść w jedyny sposób, jaki potrafiłem. Na początku wcale nie chciałem umieścić jej akcji w czasach postarturiańskich. Myślałem przez jakiś czas o Bośni, Rwandzie, nawet powojennej Francji.

Gdyby pan umieścił akcję w powojennej Francji, królem Arturem byłby Charles de Gaulle.

Raczej smoczycą Querig.

Po wojnie de Gaulle doszedł do wniosku, że społeczeństwo francuskie się rozpadnie, jeśli naprawdę skonfrontuje się z rozmiarami kolaboracji. Jego myśl była taka: nie uniesiemy tego, na jakiś czas musimy zapomnieć, aż staniemy się silniejsi. Póki co opowiadajmy sobie bajeczki o tym, że wszyscy byliśmy w ruchu oporu, a gdy alianci wylądowali wspieraliśmy ich. Byliśmy zwycięzcami.

W Polsce to nas strasznie wkurza. Mieliśmy o wiele silniejszy ruch oporu niż Francuzi, w 1944 r. wybuchło u nas powstanie, za które zapłaciliśmy ruiną stolicy. A mimo to przeciętny Francuz uważa, że Polacy to faszyści i antysemici.

Oczywiście polityka de Gaulle’a położyła się cieniem na francuskiej mentalności, aż do dziś. Ale w jakiś sposób go rozumiem. Bał się komunizmu we Francji, a przynajmniej odwetu i zamętu, które przeszkodzą narodzinom silnej demokracji.

Ale de Gaulle miał też przemożny wpływ na francuską literaturę. Przecież w kraju Balzaca, Flauberta, Zoli, który stworzył wcześniej wielką tradycję powieści realistycznej, nastąpił po wojnie nagły odwrót od rzeczywistości. Kino nowej fali czy nouvelle roman trzymały się jak najdalej od panoramicznego opisu społeczeństwa. Jakby się bały, co zobaczą.

Fragment wywiadu, który ukazuje się w najnowszym numerze „Książek. Magazynu do czytania”.

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także