26 listopada 2012

Fragment opowiadania Andrzeja Stasiuka

Pięć po ósmej włączyłem radio, odnalazłem godzinki i zacząłem śpiewać. Zawsze tak robię, ilekroć wyjadę dość wcześnie. Głośno, głośniej niż radio, tak jak mój dziadek.

 

 

Polska. Ciągle Polska. Wrocław, Poznań, Gdańsk, Łódź. Do pracy. Prysznic. Czasami kabina jest ciasna, czasami można się obrócić. Najgorsze są te z regulacją w kształcie klamki. Potrącisz i leje się wrzątek albo lodowata. Pięć, sześć godzin jazdy, prysznic i do pracy. Wchodzi się, oni już czekają. Siada się z stołem i godzina, półtorej, dwie mijają szybciej albo wolniej. Potem się odchodzi, by coś zjeść w samotności i już nic nie mówić. Jeszcze trochę wina przed snem, mineralna w zasięgu ręki, telefon na szafce przy łóżku i jakaś prosta lektura. Niemal nigdy nie włączam telewizora, żeby nie krwawiły oczy. Ale on zawsze jest: na stoliku albo przytwierdzony do ściany na stalowym uchwycie, wysoko, i czai się w nocy jak sęp, by wyrwać duszę. Rano kawa w pokoju, bo mam ze sobą sprzęt do parzenia. Znowu prysznic i na dół, na śniadanie, gdzie siedzą już mężczyźni o lekko opuchniętych twarzach. Jedzą w pośpiechu, dzwonią, a potem biorą swoje walizki na kółkach, pokrowce z garniturami, z którymi wyglądają tak, jakby nieśli pościel, i wychodzą na parking do swoich służbowych aut. Ja się nie spieszę, bo pracuję wieczorem. Zaczynam o szóstej albo siódmej, więc dolewam sobie kawy i po prostu patrzę na wszystko. Na Inowrocław, na Konin, na Kutno. Z okna restauracji na poranek, na powietrze, na deszcz, na kraj. Kończy się poranny ruch i dopiero wtedy wyruszam.

 

***

 

Wszystkiego teraz jest więcej, ale zrobiło się smutne. Trudno jednak zgadnąć, czy to właściwość świata, czy pamięci. Staram się wyjeżdżać na tyle wcześnie, by mieć czas stanąć tu i tam. W miejscach z tamtego czasu, w miejscach naznaczonych zdarzeniami, które odeszły nie wiadomo dokąd. Byłem tam, a potem ruszałem dalej. Wiele zim temu, wiele jesieni. We wnętrzu tego kraju, który wydawał się nie mieć końca, gdy przemierzaliśmy go niczym Amerykę i Rosję razem wzięte. Mówię „my”, bo nigdy nie byłem sam. Dzisiaj niektórzy już nie żyją, więc tym bardziej to „my” się im należy. A nawet gdy jechałem sam, to nigdy nie odczuwałem samotności. Ktoś zawsze powtarzał moje gesty, tak jak ja powtarzałem cudze: podniesienie ręki, chwila napięcia, czy się zatrzyma, czy też nie, a potem znowu oczekiwanie.

 

Teraz zajeżdżam na stację, żeby zatankować, i za ladą stoją dzieciaki młode jak ja wówczas. Ubrane w uniformy próbują mnie namawiać martwymi głosami, żebym kupił ciastko, płyn do spryskiwaczy albo hot doga, bo tak im kazali. Ale ja chcę tylko kawę do auta. A potem odjeżdżam, by patrzeć na kraj, jak warstwa po warstwie, włókno po włóknie obrósł minionym czasem. Jak robi się ociężały, stary i smutny. Jak go przybywa i narasta, i jest coraz mniej miejsca dla ludzi. Dlatego rozmyślam o dawnych czasach, gdy było pusto. Ziemia wyglądała na ledwo zaludnioną. Na ledwo, ledwo powleczoną pierwotną materią: drewno, metal, cegła. Zapadał zmierzch i to tu, to tam zapalały się światła. W domach i miastach. Żółtawe jak płomień lampy naftowej. Ludzie zjawiali się podobni do cieni i zaraz znikali. Teraz dniem i nocą wszędzie ich pełno. Jakby nie mogli usiedzieć, jakby nie mogli spać.

 

Całe opowiadanie „Płyn do spryskiwaczy i owsiane ciasteczko” Andrzeja Stasiuka znajdziecie w najnowszym numerze kwartalnika „Książki. Magazyn do czytania”. W kioskach już od wtorku, 27 listopada.