22 września 2014

Najmłodszy Booker. Wywiad z Eleanor Catton

„Epoka gorączki złota niewiele się różni od naszych, krańcowo skapitalizowanych czasów. Wierzymy, że pieniądze mogą odmienić nasze życie i nas samych. Złudzenie. Jak w każdym hazardzie” – mówi Eleanor Catton w najnowszym numerze „Książek. Magazynu do Czytania” (już jutro w kioskach!) w rozmowie z Mileną Rachid Chehab.

 

Ksiazki_TokarczukUbiegłorocznym Bookerem pobiła dwa rekordy: „Wszystko, co lśni” jest najdłuższą nagrodzoną przez jury książką, a 29-letnia dziś Nowozelandka Eleanor Catton najmłodszą laureatką w historii. Misternie skonstruowana powieść o gorączce złota i gwiazdach w tle właśnie ukazuje się po polsku.

 

Jak to się stało, że całkiem spory wydawca kupił od dwudziestoparolatki bardzo długą historię o czymś tak egzotycznym, jak nowozelandzka gorączka złota. Do tego z astrologicznym drugim dnem?

Kupili kota w worku. Pomysł, który chodził mi po głowie. Naprawdę, nie było nic więcej. Całe szczęście sprzedając wydawcy moją debiutancką powieść, „The Rehearsal”, podpisałam umowę od razu na dwie książki. Szybko przekonałam do mojego pomysłu nie tylko wydawcę, ale i moją brytyjską redaktorkę. Może dlatego, że sporą część pierwszego spotkania spędziłyśmy na dyskusji o znakach zodiaku. Wszystkich, z którymi w życiu randkowałyśmy.

 

Ciekawe, że dziś tak wielu ludziom astrologia zastępuje religię.

Bo jednak sięga ona głębiej niż głupawe horoskopy w gazetach. Nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć ze stuprocentową pewnością, ile z tego, co nam się przydarza rzeczywiście zależy od nas, a ile jest poza naszą kontrolą. Na co mamy wpływ, a co zostało nam dane w chwili, kiedy się rodzimy. Kto stworzył nas takimi, jakimi jesteśmy.

 

I odpowiedź brzmi: gwiazdy?

Oczywiście, że nie. Choć zawsze była to jedna z odpowiedzi, jakich sobie udzielaliśmy próbując sobie radzić z zagadką losu. Inne odpowiedzi dawały nam religie, systemy filozoficzne, ideologie. Owszem, bywało, że szkodliwe, ale i tak najbardziej niebezpieczni są ludzie, którzy nie wierzą, że nad nimi istnieje coś większego niż oni sami.

 

Catton_Wszystko_co_lsniPani na serio z tym Zodiakiem czy to po prostu atrakcyjny ozdobnik pomagający uporządkować strukturę książki?

Zanim zabrałam się do pracy nad „Wszystko, co lśni”, w ogóle nie interesowałam się astrologią. Ale odkąd zaczęłam ją zgłębiać, myślę, że niesie sporo prawdy. Jung mówił, że Zodiak to taka psychologia naiwna. Wystarczy się przyjrzeć, jakie historie niosą ze sobą poszczególne znaki, jakie zachodzą między nimi relacje, jak ściśle te zodiakalne opowieści splecione są z regułami, które decydują o naszym życiu. Poczynając od tej najprostszej: pierwsza połowa zodiaku, od Barana do Panny, przesuwa się po niebie w jednym kierunku, a od Wagi do Ryb konstelacje „zawracają”. W tym ruchu jest przecież psychologicznej prawdy o naszym życiu, w którym po epoce eksploracji przychodzi czas na koncentrację, rezygnację, zanik, śmierć. Podoba mi się idea, że możemy przejrzeć się w gwiazdach. Ludzkość robi od tysięcy lat. Co nie znaczy, ze nie ma różnicy między faktami a prawdą.

 

 

Co pani ma na myśli?

Astrologia nie ma nic wspólnego z nauką. Nie jest też tak, że jeśli podasz mi datę urodzenia dziecka, powiem ci, kim będzie w przyszłości. Ale daje całkiem wierny obraz tego, jak my sami postrzegamy świat i samych siebie.

 

Ile czasu pracowała pani nad tą książką?

Około pięciu lat. Rok zajęło mi czytanie dziewiętnastowiecznych powieści, żeby wczuć się w ich ducha i język. Bardzo długo analizowałam też ruchy gwiazd i planet by zsynchronizować je z charakterami i przemianami bohaterów. A potem zaczęła się żmudna dokumentacja historyczna. Ale muszę przyznać, że za wyjątkiem konstelacji na niebie nie trzymałam się ściśle faktów. Na przykład w Hokitika w 1866 roku nie było więzienia dla Chińczyków. Ale kiedy dowiedziałam się, że w XIX wieku budynki więzienne musieli wznosić sami więźniowie, a także z jaką pogardą Brytyjczycy traktowali wówczas Chińczyków, musiałam po prostu wprowadzić ten motyw do powieści. Oczywiście ważne też było złoto. W muzeum w Hokatika dowiedziałam się na przykład szczegółowo, jak wyglądał proces jego skupu. Jak je ważono, w jaki sposób zapisywano wagę urobku na tablicy, jak wyglądał strażnik, który wszystkiego pilnował, jak wyglądała sprawa podatków od wydobycia. Oczywiście często próbowano się wykręcić od ich płacenia. Zaszywanie grudek złota w ubraniach, o czym piszę w książce, było jednym z popularniejszych sposobów. Czytałam też lokalne gazety z konkretnych dni, w których toczy się akcja.

 

O czym wtedy donosiły nagłówki?

W ogóle nie było czegoś takiego! Gazeta składała się po prostu z rubryk, w których pisano na przykład jakie statki przypłynęły do portu, jaki towar przywiozły, jaki żywy inwentarz, podawano listę pasażerów. Hotelarze oferowali swoje usługi i zachęcali do rozmaitych rozrywek. Rubryka plotkarska donosiła o nietypowych kapeluszach zauważonych u pań na weekendowej imprezie. Nie mogło się obyć bez drobiazgowej kroniki kryminalnej. Z ówczesnych gazet można wyczytać ceny produktów w sklepach, ale i ton dyskusji, jakie toczono w mieście. Akurat w 1866 roku trwała kampania wyborcza, więc „The West Coast Times” [w polskim wydaniu „Czas Zachodniego Wybrzeża – przyp. aut.] publikował przemowy i listy polityczne.

 

Jednocześnie był to czas gorączki złota.

Lubię tę epokę. Była w niej romantyczna pokusa kupienia sobie nowego życia, zarobienia takich pieniędzy, które pozwolą stać się kimś zupełnie nowym. To oczywiście była iluzja, taka sama jak w każdym innym hazardzie. Żadne pieniądze nie są w stanie gruntownie nas odmienić – nawet jeśli nasze życie i nasze możliwości będą wyglądały zupełnie inaczej. To nie było moją intencją, ale pisanie mojej powieści przypadło akurat na lata kryzysu. Wtedy rzeczywiście na serio zaczęłam się martwić, jak spłacę kredyt studencki. Ale też skalą spekulacji, które stały się źródłem globalnej zapaści. Bo spekulowano nie tylko tym, czym w XIX wieku, a więc kruszcami, dobrami materialnymi, ale również przyszłością, a więc losem nas wszystkich. Ale w gruncie rzeczy epoka gorączki złota niewiele się różni od naszych, krańcowo skapitalizowanych czasów. Kapitaliści powtarzają: każdy jest kowalem swojego losu. Ta sama myśl napędzała poszukiwaczy. Więc każdy, kto chciał zarobić i nie miał wiele do stracenia, mógł po prostu wsiąść na statek i trafić do tropikalnego lasu na krańcach świata, wyruszyć doliną w górę rzeki i na kolanach odsiewać złoty pył. Ci ludzie mówili sobie, że złoto od milionów lat czekało tam właśnie na nich. Że złoto to ich przeznaczenie. Ale nie przeszkadzało im to wierzyć również, że wszystko zależy od człowieka i tego, jak bardzo się postara. A przecież w sumie los poszukiwacza złota był czystą loterią. Hazardem. Jednak w jakiś sposób wciągnął on również mnie. Podczas dokumentacji uderzyło mnie, jak wielkie złoża złota pozostawały wówczas jeszcze nieznane. Pomyślałam, jak wielkie złoża wciąż czekają na odkrycie. Są nawet tacy, którzy nadal czekają na trzęsienie ziemi, które odsłoni ukryte dotąd pokłady i gorączka złota powróci.

 

 

W całości wywiad ukazuje się w najnowszym numerze „Książek. Magazynu do czytania”.

A w nim również:

 

* Sześć lat za Mesjaszem, czyli Olga Tokarczuk pisze o pisaniu „Ksiąg Jakubowych”

* Michel Cunningham opowiada, jak Meryl Streep zbudowała mu letni dom i o swojej nowej powieści „Królowa śniegu”

* Robert Harris o sprawie Dreyfusa i współpracy z Romanem Polańskim

* Wyznania polskich ghostwriterów

* Marek Bieńczyk o Andersenie bez bajek

* Janusz Rudnicki rozbiera Angelę Merkel

* Maria Poprzęcka o Rembrandtcie i samojebkach

* Orliński o konaniu Appla

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także