22 stycznia 2013

Tajna policja Ameryki

Książka Tima Weinera nie ma nic wspólnego z wizerunkiem FBI, jaki znamy z setek amerykańskich filmów i seriali. Próżno szukać tu dzielnych agentów walczących z gangsterami czy tropiących seryjnych morderców.

 

Zwykło się uważać, że Federalne Biuro Śledcze to rodzaj wewnętrznej policji Ameryki, tyle że operującej ponad granicami stanów. Tymczasem głównym polem jego działalności od zawsze był kontrwywiad. FBI to tak naprawdę tajna służba wywiadowcza, która została utworzona na początku dwudziestego wieku do walki z anarchistami (wcześniej rząd USA korzystał z usług agencji detektywistycznej Pinkertona!). Wraz z wybuchem pierwszej wojny światowej pojawiło się nowe zagrożenie – niemieccy szpiedzy i sabotażyści – a Biuro rozwinęło skrzydła.

 

 

Twórcą potęgi FBI był J. Edgar Hoover, postać niezwykle barwna i kontrowersyjna, człowiek-legenda, który na czele Biura stał nieprzerwanie przez blisko pół wieku od lat dwudziestych aż do początku siedemdziesiątych. Kawaler podejrzewany o skłonności homoseksualne (według Weinera nie ma na to żadnych dowodów), do czterdziestego trzeciego roku życia mieszkający z matką, a później w wielkiej rezydencji w otoczeniu służby składającej się z samych agentów FBI. Tytan pracy, znakomity organizator i nieugięty śledczy, ale też paranoik wszędzie wietrzący komunistyczne spiski. Zwykle pozostawał w cieniu, lecz był jedną z najważniejszych osób w państwie, cieszył się ogromnym poparciem społecznym i obawiali się go wszyscy najwięksi. O jego wszechwładzy najlepiej świadczy żart, jaki w rozmowie z nim rzucił Lyndon B. Johnson, zresztą ulubiony prezydent Hoovera: „Boję się nawet ostro odpowiedzieć żonie! Obawiam się, że może być przy tym pański człowiek, który mnie aresztuje!”. Kennedy nazywał dyrektora FBI skurwielem i bezskutecznie próbował doprowadzić do jego zwolnienia (znał bowiem zbyt wiele tajemnic JFK, także tych dotyczących prezydenckich romansów). Po śmierci Hoovera w 1972 roku FBI – a szczególnie sekcja wywiadowcza – na wiele lat znalazły się w stanie zapaści.

 

Cena bezpieczeństwa narodowego za rządów Hoovera była jednak wysoka. Do jego ulubionych metod działania należały podsłuchy, włamania i nielegalne aresztowania. Nic nie robił sobie z amerykańskiej konstytucji. Prawa do zakładania nielegalnych podsłuchów miał mu rzekomo udzielić – w formie ustnej – prezydent Franklin Delano Roosevelt, ale nigdzie nie zachowała się notatka na ten temat. A Hoover szpiegował wszystkich, których uważał za wrogów Ameryki: anarchistów, komunistów, niemieckich i japońskich emigrantów, członków Ku-Klux-Klanu, ale także działaczy lewicujących organizacji studenckich oraz czarnoskórych aktywistów (w tym Martina Luthera Kinga), których podejrzewał o to, że są finansowani przez Związek Radziecki. Na jego celowniku znajdowali się również homoseksualiści jako osoby żyjące na marginesie społeczeństwa, a przez to o wiele bardziej podatne na infiltrację ze strony obcych agentów. Dla sowieckich szpiegów szczególnie łakomym kąskiem byli amerykańscy urzędnicy państwowi zwolnieni z pracy ze względu na odmienne preferencje seksualne. Cóż, choć brzmi to przerażająco, to jeśli spojrzeć na to w ten sposób, trudno odmówić Hooverowi racji.

 

FBI walczyło nie tylko z wrogami zewnętrznymi, ale również z instytucjami znajdującymi się po tej samej stronie barykady, zwłaszcza z CIA, którą można by nazwać niechcianą młodszą siostrą Biura. Zanim została powołana do życia w 1947 roku, to FBI pełniło funkcję amerykańskiej agencji wywiadowczej działającej na całym świecie. To agenci FBI – zatrudnieni w amerykańskich ambasadach jako attaché prawni – trudnili się podczas drugiej wojny światowej szpiegostwem. I to ze sporym powodzeniem. Jednak niechętny rosnącym wpływom Hoovera prezydent Truman, bojąc się, że Biuro zamieni się w rodzaj amerykańskiego Gestapo, postanowił ograniczyć jurysdykcję FBI tylko do obszaru Stanów Zjednoczonych. Tym samym nie tylko uraził dumę Hoovera, ale zapoczątkował również długą zimną wojnę między obiema instytucjami. Dość powiedzieć, że przez kilkadziesiąt lat między CIA i FBI nie było praktycznie żadnego przepływu informacji, co w efekcie bardzo zaszkodziło bezpieczeństwu USA. Najlepszym tego przykładem zamach na World Trade Center. Dopiero po atakach z 11 września współpraca między obiema agencjami zacieśniła się, choć dawna niechęć pozostała. Wyobrażam sobie, jaką satysfakcję musieli mieć agenci FBI, kiedy ujawnili ostatnio seks-skandal z udziałem dyrektora CIA generała Davida Petraeusa i doprowadzili do jego dymisji.

 

Tim Weiner, laureat Pulitzera i autor nagrodzonej National Book Award książki „Dziedzictwo popiołów. Historia CIA”, napisał nie tylko fascynującą historię samego FBI, lecz także ostatnich stu lat USA. Przekopawszy się przez niezliczoną ilość źródeł i relacji – w tym siedemdziesiąt tysięcy niedawno odtajnionych dokumentów – stworzył nieznany nam portret Ameryki, w niezwykle błyskotliwy sposób pokazując, jak koncentracja służb na jednym rodzaju zagrożenia (komuniści) pozwoliła urosnąć w siłę nowym wrogom (islamscy terroryści). Wojna z terroryzmem – wydana przez George W. Busha – sprawiła zaś, że FBI zupełnie zaniedbało śledztwa w sprawie przestępstw urzędniczych, co w rezultacie stało się jedną z przyczyn światowego kryzysu gospodarczego. Weiner podobno pracuje obecnie nad historią amerykańskiej wojskowości. Już nie mogę się doczekać efektów.

 

Mariusz Gądek