23 września 2013

Wywiad z Januszem Głowackim

Już jutro do kiosków trafi najnowszy numer „Książek. Magazynu Do Czytania”. Znajdziemy w nim między innymi teksty Ignacego Karpowicza, Janusza Rudnickiego i wywiad z Januszem Głowackim. Obszerny fragment rozmowy Doroty Wodeckiej z autorem „Z głowy” prezentujemy także u nas.

 

KsiążkiNapisał pan tę książkę ze skąpstwa?

To był żart.

 

Ale napisał pan przecież, że żal panu tych kilkunastu scen z pańskiego scenariusza, które nie weszły do filmu o Wałęsie.

Też żart, ale już nie do końca. Wajda to wielki reżyser. Zapewnił mnie, że nie chce robić pomnika ani kapliczki. Pomyślałem, że jego romantyczny heroizm w połączeniu z moim sceptycyzmem i ironią to może być ciekawe. Ale wyciętych scen trochę mi szkoda – pomyślałem, że jak mają ginąć, to je lepiej zapiszę. No i poza tym to może być ciekawe, co weszło, co nie weszło i dlaczego.

 

Czyli rodzaj pamiętnika z pisania scenariusza rzuconego na szerokie tło.

Coś à la podobnie, jak mówi mój kolega Dziki Lolek, kibic Legii Warszawa, obecnie – po poświęceniu szalików na Jasnej Górze podczas piątej patriotycznej pielgrzymki kibiców – rycerz Matki Boskiej Częstochowskiej.

 

A film? Jak wyszedł?

Zobaczy pani w kinie. Są w nim rzeczy świetne, a paru mi brakuje. Ale żeby było jasne: książka nie jest o Lechu Wałęsie, tylko o pisaniu. On jest jednym z bohaterów. Jest też paru innych – na przykład Polska, no i ja.

 

Długo pan pisał?

Film i książkę prawie trzy i pół roku. Wszystko zaczęło się w kawiarni hotelu Bristol, tu, gdzie w tej chwili rozmawiamy. Właśnie tutaj spotkałem się z Andrzejem Wajdą i tu zaproponował mi pisanie.

 

Tytuł „Przyszłem”? Klasyczny wałęsizm.

Podobno Wałęsa kiedyś powiedział: „Nieważne: przyszłem czy przyszedłem, ważne, że doszedłem”. Ale to też przyjście symboliczne. Bo doszedł nowy rodzaj bohatera. Mojżesz katolicki, z chłopa król. Ja wiem oczywiście, że nie tylko on jeden przeprowadził Polaków przez morze komunizmu, ale zwycięstwo, podobnie jak klęska, musi mieć zawsze twarz jednego człowieka. Dla ułatwienia po prostu. Żeby można go było na przykład kochać, a potem zadeptać. Napisałem kilka wersji scenariusza i kilka prologów.

 

Przewidział to w wywiadzie z Orianą Fallaci dla „Corriere della Sera” w 1981 r.

Bo my lubimy kogoś podrzucać do góry, a potem upuścić i wdeptać w ziemię, ale po ludzku, tak żeby włosy wystawały. Proszę zauważyć, jak wspaniałomyślny był ten tłum. W końcu spalił tylko kukłę. Żałuję, że ta scena nie weszła do filmu.

 

A gdyby pan pisał o Wałęsie dla Amerykanów?

Napisałem o tym w książce. Że można byłoby zbudować całą akcję na przykład wokół procesu lustracyjnego. Oskarżenia, zeznania, wystąpienia świadków, obrońców, szalejące namiętności. I przeszłość wraca w zeznaniach. No i na końcu wyrok uniewinniający.

 

Czyli happy end, jak to w Hollywood?

W Polsce by z tym były kłopoty. Wszyscy polujący na Wałęsę podnieśliby krzyk, że podłość, kłamstwo, zdrada itd. Ludzie u nas jakoś bardzo łatwo wierzą w zło, a w to, co dobre, jakby mniej chętnie. Dobrzy są tylko oni. Amerykańska historia Wałęsy to głównie opowieść o bohaterze, który rozprawił się z komuną, a nie o żuliku, agencie SB, którego bezpieka przywiozła na strajk motorówką. Z tych samych powodów nie miałaby u nas sensu konstrukcja „Rashomona” Kurosawy, czyli cztery wersje prawdy. Poza wszystkim epizod z esbecją zrobiłby się tak samo ważny jak obalenie komunizmu, wyprowadzenie wojsk radzieckich itd.

 

A co z zawiścią amerykańską? Jest inna od naszej?

Tam nie ma, a w każdym razie jest mniej zawiści bezinteresownej. W mojej sztuce „Antygona w Nowym Jorku” jeden z bohaterów, alkoholik Pchełka, zazdrości biskupowi w Chile, że został arcybiskupem. W Ameryce ludzie myślą, że jak ktoś do czegoś doszedł, to może im potem pomóc, a niekoniecznie ich upieprzyć. Jakby mocniej wierzą w człowieka i w pewne wartości. Na przykład uważają, że jeśli kogoś wybrano na prezydenta, to może i na to zasługiwał. A ci, którzy uważają, że nie zasługiwał, jednak go akceptują. I podają rękę. Kiedy zostałem profesorem w Bennington College, bałem się, że studenci będą wobec mnie od razu podejrzliwi – bo z Polski, bo mówię z akcentem. Ale profesor Jan Kott pocieszył mnie, że różnica między Polską a Ameryką polega między innymi na tym, że w Polsce dopiero po pół roku studenci mogą zacząć wierzyć, że ich profesor nie jest idiotą, a w Ameryce odwrotnie. Profesor na pół roku dostaje kredyt, zanim zaczną podejrzewać, że coś jest nie tak. Wtedy odetchnąłem, bo miałem uczyć tylko przez dwa semestry.

 

Myśli pan, że to z zawiści bierze się obsesja na punkcie „Bolka”?

Na pewno z frustracji własnej, podejrzliwości wobec sukcesu, no i z gry politycznej. Zakwestionowanie Wałęsy to zakwestionowanie Okrągłego Stołu itd. Ja też bardzo długo słyszałem, że za moim sukcesem w Ameryce stało lobby – albo żydowskie, albo gejowskie, albo jedno i drugie. A co dopiero za gigantycznym wszechświatowym sukcesem Wałęsy. Może to jeden z powodów, dla których ciągną go za tego „Bolka”. Oczywiście oficjalne powody są inne i bardzo szlachetne. Potrzeba dojścia do prawdy kroczy na ich czele. W grudniu ubiegłego roku nocą siedziałem w hotelowej restauracji w Moskwie, padał śnieg, piłem koniak i gawędziłem z Grzegorzem Gaudenem. Raptem podszedł do mnie młody mężczyzna i zapytał po polsku: „Czy miał pan odwagę napisać w scenariuszu, że Wałęsa to »Bolek«?”. Myślałem, że to sen. A to tylko surrealizm.