1 lutego 2013

Blogi. Korupcja, kompleksy i partyzanci

Blogerzy czują konieczność, by udowodnić swoją wartość, której właściwie nikt nie kwestionuje, toczą wojnę z papierem, na którą ten jest zupełnie obojętny. Często też zamiast być partyzantami życia literackiego, godzą się pokornie na pozycję jego grzecznych konsumentów.

 

 

Stosik − słowo zakazane wśród połowy blogerów zajmujących się literaturą, dla drugiej połowy – idée fixe, cel pisania. Niewtajemniczonym należy wyjaśnić, że stosik to rodzaj listy (z reguły przedstawianej na blogu wraz ze zdjęciem) książek do przeczytania, przeczytanych, kupionych lub dopiero nadesłanych przez wydawców. Stosik to rodzaj emblematu. Blogerzy mający krytyczne ambicje, traktujący blog jako coś więcej niż tylko pamiętnik z lektur, unikają go jak ognia. Natomiast ci wszyscy, którzy tworzą blogi z powodów hobbystyczno-zbierackich, uważają stosik za element niezbędny, podstawę ich pisania. Piszę o stosiku, bo stanowi on dość zabawny symbol podziału przebiegającego przez polską blogosferę literacką, która w swej masie jest silnie zróżnicowana, dość płytka i chaotyczna. Mój największy zarzut wobec niej wiąże się jednak z brakiem autorefleksji, przerostem kompleksów i narcyzmem jednocześnie.

 

Szkodliwe stereotypy i lekceważenie

 

Jak pokazały dyskusje, które toczono w czasie ostatnich Targów Książki w Krakowie, świadomość polskiej blogosfery w dużym stopniu zdominowana jest przez te same dyskusje, te same, ciągle powracające pytania: o miejsce w stosunku do krytyki czasopiśmiennej, o relacje z krytyką akademicką, o korumpowanie blogerów przez wydawnictwa. Dyskusje te są miałkie, kompletnie bezpłodne, umacniają tylko przekonanie, że blogi krytyczno-literackie muszą sytuować się w jakiś sposób wobec papieru, że stanowią inny/gorszy rodzaj twórczości, a ich autorzy tłumaczą się, dlaczego nie ograniczają się do publikowania w pismach drukowanych. Postronni czytelnicy mają zaś wrażenie, że założenie bloga literackiego to najprostszy sposób na dorobienie się małej fortuny na książkach. Każdy zaś, kto takiego bloga prowadzi, wie, że zajęcie to wymaga mnóstwo pracy i uwagi (czytanie książek i czytanie cudzych blogów – polskich i zagranicznych, pisanie własne i uważne śledzenie pisania innych, także w prasie papierowej). Jedynym wynagrodzeniem jest zaś najczęściej satysfakcja z ilości wejść na stronę.

 

Brak autorefleksji widoczny jest w poruszaniu się wciąż w obrębie tych samych tematów. Blogerzy – jak pokazały to dyskusje w czasie targów – ciągle jeszcze muszą bronić się przed zarzutami o nieuczciwość. To ciekawe, że temat ten stale powraca, gdy tylko rozpoczynają się dyskusje o kondycji blogosfery literackiej. Z jednej strony główny nurt kultury lekceważy blogi, uważając, że tworzą je tylko nawiedzone studentki polonistyki, które z czasem zmieniają się w nawiedzone nauczycielki, z równym zaangażowaniem przeżywające dylematy z E.L. James, co te z Juliana Barnesa. Z drugiej strony zaś posądzenie o pisanie recenzji na zamówienie zakłada wiarę w wysoką pozycję blogów jako źródła rekomendacji. Ten schizofreniczny układ sprzecznych wartości i ocen powtarza się w wielu innych zjawiskach związanych z blogami literackimi i krytycznymi. Faktycznie, można tam czasem znaleźć zaproszenie do współpracy wydawców, czy to w przygotowaniu recenzji wewnętrznych, czy to do przesyłania książek. Mój zarzut tutaj wiąże się jednak nie z nieuczciwością (bo to trochę wstyd zajmować się przestępstwem na tak małą skalę, gdzie formą wynagrodzenia jest książka), ale z przeświadczeniem, że jest to w przypadku wielu blogerów jedyna świadoma strategia działania. Zamiast bowiem realizować jakąś własną „politykę krytyczną”, sterować własnym procesem czytania, słowem myśleć o celu i sensie internetowej krytyki literackiej, kolejni blogerzy deklarują, że czytanie, leżenie pod kocem i picie gorącej herbaty to ich ulubione rozrywki.

 

Niewykorzystana przewaga blogów nad prasą

 

Blogi krytyczne mają istotną przewagę nad papierem, o czym wie każdy uważny obserwator życia literackiego. Prasa drukowana musi gonić za nowością, a książka traci ten status nowości w ciągu około dwóch miesięcy od publikacji. Tuż po jej ukazaniu piszą o niej dzienniki i tygodniki, są to jednak teksty krótkie i płytkie, nie ma bowiem czasu i miejsca na pogłębioną analizę, nie na wszystkich dziedzinach literatury musi się znać etatowy krytyk. Bloger może napisać o książce więcej (trudno zresztą napisać mniej niż dwa tysiące znaków), ale też później – w przestrzeni blogowej nie ma takiego pośpiechu i pogoni za nowością jak w prasie, której wyniki zależą od sprzedaży i nadążania za aktualnościami. Można pisać szczegółowo, rozważać tylko jeden wątek, zgłębiać problem, który interesuje tylko najgorętszych wyznawców. Można pisać o książkach, o których mało mówi się w prasie wysokonakładowej, można poświęcić się lansowaniu autorów z wydawnictw średnich i małych, którym papier nie poświęca uwagi. Skoro nie podoba nam się jako czytelnikom prymat Centrali – spróbujmy go przełamać, choćby tylko na poziomie recepcji literatury.

 

Publikowanie na blogu to także świetny sposób, by dotrzeć do szerszego grona odbiorców – pisma krytyczne i literackie, także naukowe, mają przeważnie małe nakłady (od 1,5 tysiąca do 3 tysięcy nakładu), dostępne są w dużych księgarniach sieciowych lub małych akademickich, a ich cena osiąga często wartość książki. Te trzy powody sprawiają, że niezbyt trudno „przebić” je dobremu blogowi – jest darmowy i dostępny z każdego komputera podłączonego do sieci. Wydaje mi się, że w tak ustawionej konkurencji, to autorzy papierowi powinni mieć raczej kompleksy wobec blogerów, a nie odwrotnie. Blogerzy jednak pozwalają się spychać na jakąś niższą pozycję, ustawiają sobie papierową krytykę literacką jako wroga. Przy tym zaś jest to wróg wyimaginowany, fantazmatyczny i zmitologizowany, bo niezbyt wielu blogerów zna „od wewnątrz” środowisko krytyczne. Mitem jest też niechęć krytyki papierowej do internetu – od kilku już lat rośnie ilość serwisów tworzonych przez młodych krytyków, którzy publikują swoje teksty w Internecie, mając świadomość, że to właśnie jest przyszłość krytyki (m.in. Robert Ostaszewski ze swoim blogiem „Mania Literatury”, Bernadetta Darska z „A to książka właśnie”, „Miasto książek” Pauliny Surniak, „Doczytania” Grzegorza Krzymianowskiego, a także moje „Książki na ostro”). Wytwarza się bowiem pewne paradoksalne zjawisko: blogerzy czują konieczność, by udowodnić swoją wartość, której właściwie nikt nie kwestionuje, toczą wojnę z papierem, na którą ten jest zupełnie obojętny (i którą zresztą dawno już przegrał).

 

Kompleks krytyki papierowej nie ma też racji bytu z powodu zupełnej odmienności dyskursów – język krytyki papierowej skazany jest (z racji prasowego kontekstu) na dążenie do obiektywizmu, choćby pozornego, ukrywanie własnych preferencji, krótką formę. Tymczasem bloger może sobie pozwolić na osobiste odczytanie, na opisywanie własnych wrażeń, podkreślanie subiektywnej oceny, posługiwanie się stylem niższym lub wyższym niż skierowany do ogółu uśredniony język, którym posługuje się papier.

 

Profesjonaliści i kolekcjonerzy

 

Zarzuty, kompleksy i dyskusje, o których piszę, dotyczą i tak niewielkiej tylko grupy piszących. Większość polskiej blogosfery krytycznej nie zasługuje na to miano, bo tworzy blogi kolekcjonerskie, „stosikowe”, w których w jednym ciągu etykiet wymienia się Norę Roberts i Williama Szekspira, a autorami roku są równocześnie Adam Mickiewicz i Éric-Emmanuel Schmitt. Są to po prostu blogi amatorskie. Dla ich autorów książki to rodzaj hobby zupełnie jak szydełkowanie. Język, jakim się posługują, jest słaby stylistycznie, sądy dość prymitywne, a lektury przypadkowe. Jarosław Klejnocki – krytyk, pisarz i bloger – właśnie w braku redaktora, który w piśmie papierowym sprawuje kontrolę nad drukiem, upatruje siłę blogów. Obawiać się jednak można, że ów brak, czyli udostępnienie tekstu bezpośrednio przez blogera, ukazuje jeszcze co innego: kompletny brak wiedzy o interpunkcji, swobodne dysponowanie frazeologią, skłonność do używania pretensjonalnych fraz. Michał Rusinek, młot na językowych luzaków, planował kiedyś napisać książkę o przecinku. Gdyby zaczął czytać blogi, zobaczyłby, że przedmiot jego refleksji już nie istnieje. Klejnocki cieszy się ze swobody blogerskiego życia, chwali w nim wolność, możliwość niczym nieskrępowanego doboru lektur, długości tekstów, ostrości tez, kierunku interpretacji. Tymczasem w większości wypadków blogerzy podążają i tak ślepo za tym, co znajdują na empikowych półkach lub na innych blogach, piszą teksty krótkie, liczące maksymalnie trzy tysiące znaków i ograniczające się w większości wypadków do streszczenia fabuły. W blogerskich wpisach powraca kompozycja z maturalnego wypracowania – akapit poświęcony na wstęp, akapit na rozwinięcie i akapit na zakończenie. Nie ma zresztą sensu kopać leżącego. Analizę fatalnego sztafażu blogerskiego przeprowadził kiedyś w satyrycznym tekście serwis bookznami.pl.

 

I na takich autorów jest miejsce w Internecie, bo ta grupa właśnie zaspokaja gusta największej części publiczności czytającej, która szuka książek interesujących, relaksujących i niezbyt trudnych. To właśnie ci autorzy stają się „etatowymi recenzentami” Miry (wydawnictwa zajmującego się Harlequinami), Amberu i wielu innych. To ci autorzy ustanawiają pewną średnią, normę, wizerunek polskiej blogosfery literackiej. Od nich też chcą się odciąć ci bardziej ambitni, „antystosikowi”. Ci inaczej traktują sieć, szukają w niej recenzji książek niszowych, fantastyki, non-fiction, komiksów. Chcą czytać teksty długie, profesjonalne, wnikliwe.

 

Cały ten wywód nie ma intencji szydzenia z blogów amatorskich z perspektywy krytyka profesjonalnego. Próbuję jednak – jako czytelnik blogów anglo- i francuskojęzyznycznych – zestawić je z „polską średnią” i o nędzę wynikającą jasno z tego porównania tutaj mi chodzi. Tak jak współczesny rynek polskiej książki jest mało zróżnicowany, ubogi i wtórny wobec krajów z większą ilością czytelników, tak też uboższa jest polska blogosfera. Zamiast być partyzantami życia literackiego, blogerzy godzą się pokornie na pozycję jego grzecznych konsumentów.

 

Sama piszę bloga. Wrzucam na niego teksty nowe, ale też takie, które gdzieś już ogłosiłam na papierze. Nie mam żadnych kompleksów krytyka internetowego, po prostu papier przestał mi wystarczać, pisma, z którymi współpracuję nie były w stanie przyjąć wszystkich tekstów, jakie im proponowałam, albo też moje lektury były sprzeczne z profilem czasopism. Wpuszczając tekst do sieci, przedłużam mu życie – drukowany jest dostępny tylko dla wąskiego grona i przeważnie w czytelni czasopism biblioteki miejskiej. Dostępny w sieci, zaczyna cyrkulować, zahacza o kręgi, do których nigdy nie trafiłabym jako autor papieru (przykład drugiego życia mojego tekstu – jako wsparcie dla czytelników z koła „Krytyki Politycznej”, którzy w ramach swoich spotkań wzięli na warsztat „Ślady” Ludwika Heringa; pierwotnie opublikowałam go w „Nowych Książkach”).

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także