21 września 2012

Rockmani przy biurku

Nagrodzone National Book Award „Poniedziałkowe dzieci” Patti Smith pokazują, że wielki muzyk może też świetnie pisać. Ale ta pozycja to raczej wyjątek na tle książek innych wybitnych postaci ze świata muzyki rockowej.

 

PATTI SMITH

 

Jeśli Iggy Pop jest „dziadkiem punk-rocka” to Patti Smith jest „babcią”. Ta niezwykła wokalistka pojawiła się z wielkim hałasem na scenie muzycznej w 1975 roku, płytą „Horses”, która chyba żadnego słuchacza nie pozostawiła obojętnym. Wyróżniała się jednak nie tylko mocnym głosem, roszczeniowym tonem jej tekstów i agresywną muzyką, lecz także sznytem intelektualnym. Patti Smith wniosła do punk-rocka wrażliwość i feministyczny punkt widzenia.

A ona nawet nie zamierzała być wokalistką. Nastoletnia Smith opuściła nudę podmiejskiej New Jersey i wyruszyła na drugą stronę rzeki Hudson – do mitycznego Nowego Jorku. W kieszeni miała parę dolarów i umiarkowany pomysł na życie. Wiedziała tylko, że zamierza pisać. Zafascynowana utworami Baudelaire’a, Rimbauda, Geneta i Blake’a, Patti podjęła ryzyko, które – zdaniem jej matki: wokalistki jazzowej – miało skończyć się pracą kelnerki w podrzędnym barze. Jak wiemy, stało się inaczej.

 

Jak doszło do tego, że Patti Smith stała się jedną z najważniejszych osobistości nowojorskiej sceny muzycznej, a nie zaledwie jedną z najważniejszych postaci nowojorskiego środowiska kelnerów, dowiadujemy się z jej książki „Poniedziałkowe dzieci”. Można by dać tej książce podtytuł „Jak przetrwać w Nowym Jorku”. Świat jest brutalny, a złośliwość egzystencji wyjątkowo jadowita, gdy jest lipiec 67′ roku, nie ma się w wielkim mieście żadnych przyjaciół, jedynie niewiele mówiące nazwiska i numery zapisane na kartce papieru. I ma się 21 lat. Patti zrobiła to, co każda szanująca się dziewczyna w jej sytuacji – znalazła zatrudnienie w księgarni. Tam poznała Roberta Mapplethorpe’a – młodego fotografa, w którym zakochała się na miejscu. Para zamieszkała na Brooklynie.

 

Książka „Poniedziałkowe dzieci”, nagrodzona w 2010 roku nagrodą National Book Award w kategorii non-fiction, jest piękną opowieścią o miłości między dorastającymi artystami. Oczywiście nieszczęśliwą, ale to już inna kwestia. Smith pisze o tych czasach z dowcipem, nostalgią i świadomością swej ówczesnej naiwności. Dodatkowo otrzymujemy panoramę i historię życia artystycznego „miasta, które nigdy nie śpi” – jest tu miejsce dla Billie Holiday, Johna Coltrane’a, Erica Dolphy’ego, Ornette’a Colemana, Andy’ego Warhola i Allena Ginsberga. Historia miłosna ma swoje trudniejsze strony: jak choćby wspólne dochodzenie do wniosku, że Robert jest homoseksualistą. Znacznie trudniejsze do zaakceptowania niż orientacja seksualna Mapplethorpe’a okazało się towarzystwo bogaczy, którymi zaczął się otaczać. Buntownicza Smith nie mogła tego zaakceptować. „Lato miłości” musiało się skończyć.

 

BOB DYLAN

 

71-letni muzyk dopiero co wydał swoją 35. płytę w karierze, „The Tempest” (niektórzy dopatrują się w tym tytule, nawiązującym do ostatniej sztuki Shakespeare’a, zapowiedzi końca kariery Dylana), a kilka dni temu na łamach magazynu „Rolling Stone” przyznał, że pracuje nad drugą częścią swoich wspomnień „Moje kroniki”. Część pierwsza, opisująca jego pierwsze przybycie do Nowego Jorku, na początku lat 60. i pejzaż życia artystycznego dzielnicy bohemy, Greenwich Village, ukazała się w 2004 roku. „Mam nadzieję, że uda mi się to skończyć” – powiedział Dylan – „To masa ciężkiej pracy. Pisanie nie stanowiło problemu, ale redakcje są upiornie ciężkie”.

 

Bob Dylan zawsze traktowany był po części jak literat; ogólnie: intelektualista. „Uważasz się bardziej za pisarza czy za piosenkarza?” – pytał go dziennikarz na konferencji prasowej w San Francisco. „Za tancerza” – odparł Dylan, wyśmiewając pytanie. Talent pisarski młodego barda został dostrzeżony już w 1963 roku, wraz z wydaniem jego drugiego albumu „Freewheelin'”. Płyta nie tylko zawierała utwory „Blowin’ in the Wind” oraz „Hard Rain’s A-Gonna Fall”, które prędko stały się ulubionymi pieśniami długowłosych studentów protestujących przeciw ogólnemu zepsuciu współczesnego świata. „Siła jego wyrazu poetyckiego, nawet w tak młodym wieku, była przytłaczająca” – wspominał 21-letniego Dylana poeta Allen Ginsberg. Słynny brodacz dołączył do zespołu Dylana „Rolling Thunder Review” w 1975 roku, występując z nim w trakcie trasy koncertowej i odwiedzając grób Jacka Kerouaca, na którego powieści „W drodze” kształtował się umysł nastoletniego Roberta Zimmermana, mieszkającego z rodzicami w małym miasteczku Duluth w Minnesocie. Na „W drodze”, a także na „Bound for Glory” Woody’ego Guthriego i twórczość Dylana Thomasa, od którego ponoć wziął się pseudonim muzyka.

W 1966 – między albumami „Highway 61 Revisited” i „Blonde On Blonde” Dylan napisał książkę. „Tarantula” jest zbiorem krótkich, surrealistycznych wierszyków i opowiadań utrzymanych w stylu Ginsberga i Williama S. Burroughsa. Dylan zakochany był wówczas w technice „strumienia świadomości”, stosowanej z lubością przez francuskich surrealistów i dadaistów. „Wszystko działo się tak szybko. Nie zamierzałem nawet pisać książki” – wspominał muzyk po latach. Do jej napisania namówił go manager Albert Grossman, zachęcony sukcesem tomiku podobnego rodzaju, autorstwa Johna Lennona, „In His Own Write”.

 

Czesław Miłosz, w wykładzie dla Polskiej Rady Biznesu, podał przykład Dylana jako „artysty, który wyniósł muzykę popularną do rangi sztuki wysokiej”. W 2008 roku muzyk otrzymał Nagrodę Pulitzera, za „wkład w rozwój języka”. Od kilku lat wymieniany jest w gronie kandydatów do literackiego Nobla. Jak dotąd bez powodzenia, ale może następnym razem…

 

WOODY GUTHRIE

 

Woody Guthrie to jeden z głównych powodów, dla których Robert Zimmerman został Bobem Dylanem. Dzięki niemu też amerykańskie ruchy oporu obywatelskiego mogły śpiewać: „This Land Is Your Land” – być może pierwszy współczesny protest-song. 23 lutego 1940 roku, w zaniedbanym pokoiku w hotelu przy Times Square, Guthrie zapisał nawiązujące do hymnu słowa: „zastanawiam się czy Ameryka błogosławi także mnie”.

 

Guthrie jest postacią na wpół mityczną, owianą legendą. Kronikarz nędzy czasów wielkiego kryzysu, włóczykij i pisarz. Jego autobiografia „Bound for Glory” natchnęła rzesze nastolatków w takim samym stopniu jak „W drodze” Kerouaca. Pisarstwo Guthriego charakteryzowała prostota formy – nie wiadomo, na ile był to wybór autora, a na ile wynik jego ograniczeń warsztatowych – mówił, co miał do powiedzenia w sposób zrozumiały i dobitny. Bez ozdobników – niepotrzebna ornamentyka odwraca uwagę czytelnika od sedna sprawy. Historie, które opisywał – nędzy i walki o byt robotników w czasach wielkiej suszy z lat trzydziestych, na którą nałożył się jeszcze kryzys w amerykańskiej gospodarce – broniły się same. Być może najważniejszą książką, jaka Woody Guthrie przeczytał w swoim życiu były „Grona gniewu” Johna Steinbecka, opowiadające losy rodziny zmuszonej do pozostawieniu domu i wyruszenia w drogę w poszukiwaniu pracy i przyszłości. Dzieło amerykańskiego noblisty zainspirowało Guthriego do pracy nad własną książką.

 

Nawet w czasach swojej największej popularności nie został milionerem, jak – wydawałoby się – powinien. Niemal wszystkie zarobione pieniądze posyłał rodzinie, sam wciąż ruszając w kolejne podróże bez wyraźnego celu. Jego bezkompromisowość i zaangażowanie w problemy społeczne doprowadziły do przypięcia mu, w Ameryce rozgorączkowanej tropieniem sowieckich spisków, łatki komunisty, choć nigdy nie należał do żadnej partii.

 

W 1960 roku, w szpitalu psychiatrycznym w Greystone Park w New Jersey znalazł go młodziutki Bob Dylan, który zagrał mu kilka swoich utworów, w tym „Song for Woody”, którą dwa lata później umieścił na swojej debiutanckiej płycie. Po przyjeździe do Nowego Jorku, Dylan udał się prosto do „Cafe Wha?” gdzie przechwalał się przyjaźnią z Guthriem na potwierdzenie której miał jedynie zmięty kawałek papieru z krzywo nabazgranymi słowami: „Jeszcze nie umarłem. Woody Guthrie”.

 

„Guthrie reprezentuje to, co nazywamy amerykańskim snem” – napisał o nim Steinbeck.

 

Tymczasem Johnny Depp (tak, Johnny Depp) i pisarz David Brinkley zapowiedzieli w artykule dla „New York Times Book Review”, publikację powieści Guthriego pt. „House of Earth”, napisanej w 1947 roku. Od tamtej pory rękopis uznawano za zaginiony. Odnalazł się na strychu domu na Coney Island, należącego do reżysera filmowego, Irvinga Lernera – jedynej osoby, której Guthrie pokazał ukończony tekst.

 

NICK CAVE

Chyba najbardziej znany australijski muzyk jest również autorem dwóch powieści. Obie ukazały się w ciągu ostatnich lat na polskim rynku: „Gdy oślica ujrzała anioła” w 2006 roku (wcześniejsze wydanie w 1996 roku), „Śmierć Bunny’ego Munro” w 2009. Cave jest znany nie tylko z tego, że jego utwór „People Ain’t No Good” znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu „Shrek2″, ale także z pracy z zespołem The Bad Seeds, a wcześniej z The Birthday Party. W swoich książkach, podobnie jak w tekstach piosenek, jest mroczny i demoniczny; obśmiewa religijne zadęcie, fałszywą duchowość, dekadencję i niegodziwość ludzkiej natury. Ogólnie: perwersja, seks i zepsucie.

 

Strony obu jego powieści wypełnione są depresyjnymi myślami i przytłaczającym moralnym zepsuciem. Cave chyba nie przepada za ludźmi w ogólności. W każdym razie jest wobec nich bezwzględny – miejscami chyba nawet do przesady. Książki zebrały umiarkowane recenzje; zwolennicy podkreślali siłę cave’owskiego języka i metafory, jak również trafność jego spostrzeżeń. Przeciwnicy zarzucali przesadne epatowanie brudem i zwyczajnie męczącą naturą utworu. Niemniej, czarna poezja Nicka Cave’a (przywołująca na myśl prace Charlesa Baudelaire’a) domaga się uwagi. Nawet jeśli jego muzyka domaga się jej znacznie bardziej.

 

LEONARD COHEN

 

Kanadyjski bard, znany jako autor takich utworów jak „Suzanne”, „Famous Blue Raincoat” i „First We Take Manhattan”, zanim rozpoczął karierę muzyczną, zdążył napisać dwie powieści. „The Favourite Game” (1963) i „Piękni przegrani” (1966). W 1959 roku otrzymał stypendium Canada Council, z którego żył skromnie w Londynie i na wyspie Hydra. Właśnie podczas tego ostatniego pobytu napisał swoją debiutancką powieść (wcześniej publikował utwory poetyckie). Gdy powrócił do Kanady, spotkał się z odmową domów wydawniczych. Zarzucały pisarzowi obsesję na punkcie seksu. Leonard wzruszył ramionami, uznał zapewne, że obsesja na punkcie seksu nie jest niczym, z czym trzeba by walczyć, i opublikował swoją książkę w nowojorskim wydawnictwie. Do Kanady „The Favourite Game” trafiła w 1970 roku nakładem tej samej oficyny, która wcześniej podziękowała panu Cohenowi za zainteresowanie usługami firmy i wskazała drzwi wyjściowe. Nowy zarząd wydawnictwa McClelland & Stewart nie miał już problemów z erotyką.

 

Druga powieść autora „Bird on a Wire” jest już troszkę jak jego piosenki – o miłości i nienawiści. „Piękni przegrani” to historia skomplikowanego trójkąta seksualnego, błogosławionej kościoła katolickiego Katarzyny Tekakwitha i ruchów separatystycznych w Quebecku. Osobliwa mieszanka, a to wszystko jeszcze zanurzone w metaforyce cohenowskiej – dowcipne gierki słowne przeplatają się z niepokojącymi analizami religijności i seksualności, z symboliką biblijną i mistycyzmem. Pisząc, Cohen wspomagał się amfetaminą. Eksperymentował również z LSD (jak podkreślał: dopóki było to legalne).

Krytyk gazety „Boston Globe” porównywał nawet styl „Pięknych przegranych” do poetyki utworów Jamesa Joyce’a. Opinie są podzielone zupełnie jak w odniesieniu do jego piosenek. Jednych pociąga aura mnicha i hedonisty, innych odstrasza widmo grafomanii i przesady. Cały Leonard Cohen.

 

CHARLES MINGUS

 

Jeden z największych i najbardziej niedocenionych geniuszy amerykańskiej muzyki współczesnej, Charles Mingus również ma na swoim koncie książkę – autobiograficzną „Beneath the Underdog”.

 

Kontrabasista był jedną z najbardziej ekscentrycznych osobistości w historii jazzu. Przez całe życie czuł się zupełnie wyalienowany ze społeczeństwa, mając zbyt ciemną skórę, by być „biały” i zbyt jasną, by być „czarny”. Sam nazywał się „żółtym”. Charles był wielkim człowiekiem – tak duchem, jak ciałem. Swój ogromny apetyt zaspokajał podbojami seksualnymi, alkoholem, narkotykami i muzyką. Był osobą impulsywną i głęboko niekonwencjonalną. Potrafił wdać się w bójkę z kimś na widowni, a nawet z członkami własnego zespołu. I to w trakcie występu. Jak się okazało – cierpiał nie tylko z powodu geniuszu, ale i schizofrenii.

 

Jego książka daje temu wyraz – jednym z najlepszych jej fragmentów jest opis strachu, jaki w kontrabasiście wywołał widok okien drapaczy chmur w Nowym Jorku. Mingus był kobieciarzem, czego dał świetny przykład w swojej pracy alfonsa. I to – jeśli wierzyć jego książce – alfonsa własnej żony. Dla Charlesa Mingusa nie istniały konwenanse.

 

HENRY GRIMES

 

Być może talent literacki idzie w parze z talentem do gry na kontrabasie. Przykład Mingusa nie jest odosobniony – jest jeszcze Henry Grimes, kontrabasista, który zniknął. Grimes radził sobie bardzo dobrze – grał z Theloniousem Monkiem, Sonnym Rollinsem i samym Mingusem. W 1968 roku przeprowadził się z Nowego Jorku do Kalifornii i przepadł. Słuch o nim zaginął. Do tego stopnia, że w oficjalnych encyklopediach jazzowych traktowano go jak zmarłego.

 

Dla świata jazzu Henry Grimes nie żył. Jednak był bardzo żywy dla świata literatury. Jak się okazało – przybył do Kalifornii bez pieniędzy, a jego kontrabas poważnie ucierpiał w trakcie podróży. Zmuszony zastawić instrument w lombardzie, muzyk zaczął zarabiać na siebie pracując na budowie i „na zmywaku”. Cierpiał na psychozę maniakalno-depresyjną. W 2003 roku odnalazł go w jednopokojowym mieszkaniu w Los Angeles Marshall Marotte – fan jazzu i twórczości kontrabasisty, zafascynowany jego tajemniczym zniknięciem przed 35 laty.

 

Razem z Grimesem Marotte znalazł tysiące stron rękopisów muzyka, który w międzyczasie stał się pisarzem. Grimes poświęcał się poezji, filozofii, jodze i mistycyzmowi. Nie był świadom własnego statusu „zmarłego”, jak również nie miał pojęcia o śmierci swoich dawnych przyjaciół m.in. Alberta Aylera.

 

Zaopiekowali się nim koledzy po fachu; kontrabasista William Parker kupił mu nowy instrument, nazwany „Olive Oil”, a Grimes wrócił na scenę. Zguba się znalazła. Dodatkowo, w marcu 2007 roku, opublikowany został tom jego poezji, „Signs Along the Road” ze wstępem autorstwa Marca Ribota, wybitnego gitarzysty znanego m.in. ze współpracy z Tomem Waitsem.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także