2 października 2012

Świat według Irvinga

Trzynasta powieść Johna Irvinga trafia właśnie na półki polskich księgarń. Fani prozy amerykańskiego pisarza powinni być zadowoleni, ale „W jednej osobie” nie przyciągnie raczej nowych czytelników.

Pisarz zdradził, że rozpoczynając pracę nad swoją książką musiał zmierzyć się z poważnym problemem, o którym kiedyś Salmanowi Rushdie opowiadał Kurt Vonnegut: „Przyjdzie czas, gdy nie będziesz już miał o czym pisać. Mimo to będziesz musiał przygotować następną książkę”. Irving w jednym z wywiadów powiedział: „Zanim napisałem ‚W jednej osobie’, myślałem: Na litość boską, znowu będzie o tym samym”. I tak właśnie jest. Nie będzie chyba przesadą ocena Irvinga jako pisarza solidnego, rzetelnego i nieco przewidywalnego. „Potem przyjrzałem się temu, kim jesteśmy i po prostu wiedziałem, że jednak tak. To musi być to samo, tak długo, jak długo trwa ta historia” – przyznał autor „Światu według Garpa”.

 

Najnowsza powieść przypomina najsławniejszą pracę Irvinga i są tego tak dobre, jak i złe strony. Pozytywny aspekt tego „powtórzenia” jest taki, że fani prozy amerykańskiego pisarza nie będą mieli powodu do narzekań. Złą stroną wydaje mi się to, że niewielka jest szansa na to, że ktoś, kto zwolennikiem talentu Irvinga nie jest, przekona się do niego dzięki lekturze „W jednej osobie”. To rzecz zdecydowanie dla fanów.

 

 

Złośliwie można by napisać, że tytułową „jedną osobą”, jest znów osoba Garpa, miotającego się po absurdach i niejasnościach dorosłego życia. Tym razem Garp jest biseksualistą i nazywa się Billy Abbott. Chłopiec przeżywa seksualne przebudzenie za sprawą zetknięcia z atrakcyjną bibliotekarką i postanawia zostać pisarzem. Żyje nadzieją, że pewnego dnia znajdzie się z nią w łóżku. Billy opowiada swoją historię będąc już dojrzałym, 60-letnim mężczyzną. Cofa się do czasów dzieciństwa, by opisać nie tylko dzieje swoich własnych przypadków, ale także by opowiedzieć o Ameryce i jej zmiennych nastrojach – w tym wypadku głównym przedmiotem tej zmienności jest ocena tego, co uchodzi za „normalne” od tego, co od normy odstaje. „Jesteś inny niż wszyscy, Billy” – słyszy narrator. Problemem Billy’ego jest jego tożsamość seksualna. Czuje na przemian pociąg do bibliotekarki i do różnych mężczyzn (w tym do własnego ojczyma). A więc Billy/Garp jest biseksualistą i musi zderzyć się ze wszystkimi przypadłościami społeczeństwa amerykańskiego przełomu lat 50. i 60.: homofobią, zaściankowym myśleniem i źle pojętą bogobojnością. Granice „normalności” są jak zwykle bardzo rozmyte i to, co wydaje się dopuszczalne, gwałtownie przeradza się w obłęd i absurd.

 

Pierwszą osobą, która wywarła wpływ na kształtującą się seksualność Billy’ego jest jego dziadek – aktor, występujący wyłącznie w żeńskich rolach, zdumiewająco w nich naturalny. Uwielbia się przebierać i te przebieranki pozostające w zgodzie z „naturalną skłonnością” dziadka, stawiają w umyśle chłopca pytanie o to na ile „naturalne” pokrywa się z „normalnym”. Billy skarży się, że odczuwa „zły pociąg” wobec „niewłaściwych ludzi”.

 

Oczywiście, wszyscy jesteśmy aktorami, odgrywającymi swoje role na potrzeby społeczeństwa. To kapryśna publiczność, która uwielbia wyłapywać każde niedociągnięcie, piętnując je bezlitośnie. Billy nie będzie miał łatwo. Będzie musiał zmierzyć się z niezrozumieniem, agresją, problemami społecznymi, wynikającymi z utrudnień związanych z jego „nienormalnością”. Irving podejmuje więc problematykę homoseksualizmu i transseksualizmu, która wcześniej pojawiła się w „Synu cyrku”.

 

„W jednej osobie” to właściwie Irvingowski ekstrakt. Znajdziemy tutaj niemal wszystkie ulubione motywy autora „Hotelu New Hempshire” : od głównego bohatera, który jest pisarzem, przez uprawianie zapasów, po wyeksponowany kontekst historyczno-społecznego.

 

Irving pojawił się na amerykańskiej scenie literackiej pod koniec lat 60., debiutując powieścią „Uwolnić niedźwiedzie”. Książka została nieźle oceniona przez krytykę, podobnie jak dwa kolejne jego utwory, jednak pisarz narzekał na brak promocji ze strony wydawnictwa. Swoją kolejną powieść, „Świat według Garpa” (1978) wydał w nowej oficynie, Dutton, która w zamian obiecała mu większy rozgłos. Słowa dotrzymała – „Garp” stał się światowym bestsellerem, również dzięki filmowej adaptacji w reżyserii George’a Roya Hilla, która uczyniła z Irvinga gwiazdę pierwszej wielkości. Następna książka, „Hotel New Hampshire” (1981), podzieliła sukces „Garpa” tak pod względem książkowym, jak i filmowym (tym razem obraz wyreżyserował Tony Richardson). Być może najciekawszą powieścią Irvinga jest jednak „Syn cyrku”(1994). Rzecz, która zrywała na chwilę z klasyczną poetyką jego dotychczasowych prac, opowiadając historię kryminalną (jak późniejsza „Ostatnia noc w Twisted River”). Krytyka oburzyła się erotycznym wydźwiękiem książki, która mimo chłodnych recenzji sprzedawała się znakomicie. Irving poczuł się siłaczem (nie bez powodu) do tego stopnia, że wdał się w przepychanki werbalne z Tomem Wolfem, który na zarzut Irvinga o grafomanię i nieumiejętność pisania, odpowiedział w programie telewizyjnym „Hot Type”, nazywając Irvinga, Normana Mailera i Johna Updike’a „trzema błaznami”.

 

John Irving traktowany jest jak wielki pisarz, którym nie jest. To autor bardzo solidny, ale na pewno nie wybitny. Jego status literackiego celebryty związany jest raczej ze słabością środowiska niż realną oceną jego prac. „W jednej osobie” jest tego równie dobrym tego dowodem jak wcześniejsza „Ostatnia noc w Twisted River”, „Uwolnić niedźwiedzie” czy „Regulamin tłoczni win”. To wszystko równe powieści, które zwolenników chwytów Irvinga wprawią w zadowolenie. „W jednej osobie” pewnie trafi na ekrany kin, pewnie sprzeda się dobrze i zapewne okaże się kolejnym sukcesem komercyjnym. Ale nic nowego – a tym bardziej nic nowatorskiego – Irving nam nie opowiedział.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także