4 września 2012

Żyć na miarę literatury

20 dolarów za fotografię z Hemingwayem? Mało prawdopodobne. Ale wystarczyłoby na zdjęcie z Gregorio Fuentesem, człowiekiem utrzymującym przez niemal 50 lat, że to właśnie o nim traktuje opowiadanie „Stary człowiek i morze”, które właśnie wkroczyło w całkiem poważny wiek – skończyło sześćdziesiątkę.

 

Drobna książeczka, właściwie opowiadanie Ernesta Hemingwaya, „Stary człowiek i morze”, ukazała się 1 września 1952 roku nakładem nowojorskiego wydawnictwa Charles Scribner’s Sons. W rzeczy samej Hemingway był już wtedy starym człowiekiem. Starym rybakiem nawet. Swój tekst napisał na Kubie, gdzie z przerwami przebywał od końca lat 30. Sam pisarz twierdził, że postaci Santiago – rybaka, walczącego ze złapanym przez siebie wielkim marlinem – nie oparł na „nikim szczególnym”. Gdyby jednak zapytać o to samo kubańskiego rybaka Gregorio Fuentesa, ten powiedziałby coś zupełnie innego. Fuentes przez lata utrzymywał, że właśnie on jest pierwowzorem głównego bohatera. Faktycznie, długo służył jako majtek na łodzi należącej do pisarza, „Pilar”. Fuentes zlał się z postacią z książki. Do końca życia pobierał opłaty od turystów za wspólne zdjęcie. Fotografia pamiątkowa z oryginalnym „starym człowiekiem” kosztowała fanów twórczości Hemingwaya zaledwie 20 dolarów. Zmarł w 2001 roku w wieku 104 lat. Nigdy nie przeczytał książki, która – jak utrzymywał – opowiada o nim samym.

 

Jeśli jednak autor „Komu bije dzwon” faktycznie wzorował na kimś postać Santiago, tą osobą musiał być Carlos Gutierrez. Gdy Hemingway go poznał, Gutierrez miał już za sobą 40 lat doświadczenia rybackiego. Panowie zaprzyjaźnili się; Hemingway dzielił się swoją ogromną wiedzą z zakresu połowów, Gutierrez rewanżował się opowiadaniem kubańskich legend. Jedną z nich była historia niezłomnego rybaka, który walczył z marlinem, tylko po to, by stracić rybę w trakcie powrotu do domu. Marlin został zjedzony przez rekiny. Tej opowieści Hemingway słuchał wyjątkowo uważnie. Swoje opowiadanie ubrał w biblijną niemal alegorię; z bajki Gutierreza zrobił opowieść o prymacie ludzkiej woli nad ograniczeniami wieku i ciała. O wyższości ducha nad materią.

 

Hemingway urodził się w 1899 na przedmieściach Chicago w majętnej rodzinie. Matka zmuszała Ernesta do nauki gry na wiolonczeli, czego chłopiec nienawidził. Od ojca natomiast uczył się strzelać i boksować. W szkole był najlepszy we wszystkich sportach, jakie uprawiał. Pisywał również do szkolnej gazetki. Pierwszym opublikowanym tekstem Ernesta Hemingwaya była relacja z koncertu Chicago Symphony. Zamierzał zostać reporterem. W 1918 roku zaciągnął się do armii i został wysłany jako kierowca karetki na front włoski, gdzie został ranny. Mimo strzaskanego kulą kolana, zaniósł włoskiego żołnierza na własnych plecach do schronu niczym Robert Jordan czy inny z bohaterów jego późniejszych książek. Otrzymał za ten czyn Medal Waleczności Wojskowej. 18-letni wówczas Hemingway mówił o doświadczeniach wojennych: „Jeśli idziesz na wojnę jako chłopiec, masz fałszywe przekonanie o własnej nieśmiertelności. Umierają wszyscy na około, poza tobą. Potem zostajesz ranny i dociera do ciebie, że tobie też się to może zdarzyć”. Wątki wojenne będą powracały niemal w każdym tekście w jego karierze.

Po powrocie z frontu Hemingway zmierzył się z trudną rzeczywistością braku pracy i pieniędzy. Podłamany błąkał się po Chicago, chodził na walki bokserskie i przesiadywał w nocnych lokalach. Na ratunek przyszedł mu Paryż. W stolicy Francji i świata (tak, wówczas jeszcze świata) Hemingway spotykał artystów – poetę Ezrę Pounda (poznali się w księgarni Sylvii Beach, Shakespeare & Company), malarzy Amadeo Modiglianiego, Moïse’a Kislinga, Pabla Picassa i Tsuguharu Foujitę, a także prozaików Francisa Scotta Fitzgeralda i Jamesa Joyce’a (z którym Hemingway znalazł wspólny, alkoholowy język). Wszyscy oni w Paryżu szukali rimbaudowskiego raju, w którym mogliby stać się gigantami współczesnej sztuki. W rozwoju karier pomagała im Gertrude Stein, która nazywała tę bohemę „straconym pokoleniem” – termin ten przejął od niej Hemingway na potrzeby powieści „Słońce też wschodzi”. Zamieszkał w Dzielnicy Łacińskiej, przy 74 rue du Cardinal Lemoine, ale całe dnie spędzał w kawiarniach na Montparnasse. Coraz więcej było w nim pisarza, coraz mniej reportera. W 1923 roku opublikował swoją pierwszą książkę, „Three Stories and Ten Poems”. Trzy lata później przyszła pora na pierwszą dużą rzecz – „Słońce też wschodzi”, czyli opowieść o pokoleniu doświadczonym I wojną światową. Pod koniec roku 1927 pisarz był już zmęczony paryskim blichtrem. Za radą poznanego jeszcze we Włoszech prozaika, gwiazdy ówczesnej literatury amerykańskiej Johna Dos Passosa, wrócił do Stanów Zjednoczonych i osiedlił się na Key West na Florydzie.

 

W latach 30. Hemingway był znów na froncie. Tym razem w Hiszpanii, skąd miał opisywać przebieg wojny domowej. Ówczesne doświadczenia zaowocowały jego najsłynniejszą powieścią, „Komu bije dzwon” – przejmującą historią partyzantów antyfrankistowskich, którzy usiłują zachować ludzkie odruchy i uczucia w obliczu bezwzględności wojennej machiny. Tę książkę napisał już na swojej łodzi „Pilar” (nazwanej na cześć jednej z głównych bohaterek powieści), żeglując u wybrzeży Kuby. Hemingway łowił ryby, ale był w tym okresie również współpracownikiem CIA i tajnym agentem w Hawanie. Romantycznie, literacko, bohatersko, z drobnym elementem grozy – o takiej biografii marzy chyba każdy mężczyzna. Pisarz patrolował wody Atlantyku na swojej łodzi. Uzbrojony jedynie w pistolet i kilka granatów wypatrywał faszystowskich łodzi podwodnych. Jego przełożeni podawali w raportach, że literat „wykazuje niezwykłą ochotę do ryzyka”.

 

„Komu bije dzwon” ukazało się w 1940 roku i otrzymało nominację do nagrody Pulitzera. Zupełnie słusznie zresztą. W 1944 roku Hemingway znów podróżował, znów jako dziennikarz i ponownie trafił na wojnę. Jakby dobrowolnie pakował się w kłopoty, jakby ciągle było mu za mało. Tym razem był obecny podczas lądowania wojsk alianckich w Normandii. Nie pozwolono mu jednak uczestniczyć w desancie jako „zbyt wartościowemu towarowi”. Biograf Kenneth Lynn twierdzi jednak, że pisarz brał udział w natarciu. Ja mu wierzę. 22 sierpnia był obecny przy uwalnianiu Paryża – metropolii, w której dwadzieścia lat wcześniej wystartowała jego kariera literacka. Nie został jednak długo w „mieście miłości”. Znów zmienił miejsce zamieszkania. Na dłużej zatrzymał się w przedrewolucyjnej Hawanie gdzie cierpiał z powodu kłopotów zdrowotnych. Podczas podróży do Wenecji w 1948 roku, pisarz zakochał się w 19-letniej Adriannie Ivancich. Niespełniona, przykra miłość natchnęła go do napisania „Za rzekę, w cień drzew”. Powieść została źle oceniona przez krytykę, co przysłużyło się pogłębiającej się depresji pisarza.

Następne lata prowadzą do „Starego człowieka”. Kolejne poważne wypadki – m.in. katastrofy lotnicze w Afryce – zrujnowały jego zdrowie i wpędziły w depresję. Choć „Stary człowiek i morze” przyniósł mu nie tylko uznanie krytyki, lecz również również literacką Nagrodę Nobla w 1954 roku, Hemingway był przybity. Popadał też w coraz większą obsesję – wydawało mu się, że śledzi go amerykański wywiad. Oczywiście, wpadł w alkoholizm. Latem 1961 roku zastrzelił się w swoim domu w Idaho.

 

Trudno nie darzyć Ernesta Hemingwaya ciepłymi uczuciami, prostymi i prawdziwymi, wzorowanymi na jego powieściach, które kojarzą mi się z piosenkami Bruce’a Springsteena. Hemingway był ucieleśnieniem, niemal karykaturalnym, „prawdziwego mężczyzny” – w jego pracach nawet jedzenie śniadania może być męską przygodą; bywa kiczowaty, ale w sposób, w jaki każdy chyba chciałby być kiczowaty – stylowy. Jedną z cech jego wyrazistego stylu jest to, że da się go sparodiować. Tak jak muzyka „Bossa”, która w swojej rozbrajającej prostocie trafia prosto do celu, bez przesadnego intelektualizowania. Springsteenowi wierzę, gdy patrzę jak zachowuje się na scenie. Nie widzę w nim żadnego zakłamania i sprzedawania publiczności czegoś, za czym nie stoi murem. To samo widzę w prozie Ernesta Hemingwaya – prostotę i szczerość. No i brodę. Brody się liczą.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także