15 kwietnia 2013

Chandler z Bostonu

Ma wyraźne problemy z poskromnieniem swojej bujnej wyobraźni. Czyni ze zwrotów akcji niełatwą do pokonania literacką serpentynę. Jego powieści nie grzeszą bogactwem języka ani fabularną precyzją, a akcja niemal każdej z nich rozgrywa się w tym samym mieście. Mimo to, w ciągu niecałych dwudziestu lat od wydania swojej pierwszej książki, Dennis Lehane zdobył rzeszę czytelników na całym świecie. Szczególnie cenni okazali się ci z Hollywood. Clint Eastwood, Ben Affleck i Martin Scorsese przenieśli na ekran trzy jego powieści. Z sukcesem, który przerósł literacki pierwowzór.

 

Irlandczyk, czyli Bostończyk

 

Dennis Lehane, jak sam twierdzi, w młodości był biedny, zbuntowany i niewiele potrafił. Gdy uzmysłowił sobie, że jedyne, co potrafi naprawdę dobrze, to zmyślać, postanowił zostać pisarzem. Zmyślił Patricka Kenzie i Angelę Gennaro, parę młodych detektywów, bohaterów powieści „Wypijmy, nim zacznie się wojna” z 1994 roku oraz pięciu kolejnych części cyklu. Jako Irlandczyk z krwi i bostończyk z urodzenia, użyczył śledczym swojej tożsamości. Wprowadził ich w rzeczywistość robotniczego Bostonu „błękitnych kołnierzyków”, mikrokosmos nierówności społecznych, rasizmu, korupcji, szemranych interesów między przestępcami a władzą, świat złowieszczy i niesprawiedliwy zarazem. Boston uczynił miejscem, w którym drogi narkomanów, porywaczy, gangsterów, pedofilów, morderców i wszelkiej maści dewiantów zbiegają się ze ścieżkami ich niewinnych ofiar. Sam Lehane, tak jak bohaterowie jego książek, jest dzieckiem jednego miasta. Zna jego puls, klimat i historię.

 

 

Tę lokalną więź i geograficzną wierność docenił inny sławny mieszkaniec Bostonu – Ben Affleck. Tegoroczny laureat Oskara rozpoczął swoją przygodę z reżyserią ekranizacją powieści Lehane’a „Gdzie jesteś, Amando?” („Gone, baby, gone”). To druga i zarazem najmniej znana adaptacja książek Bostończyka, chociaż sam autor właśnie ją ceni sobie najbardziej. Film powieściową historię przedstawia bez zbędnych trików. Affleck skoncentrował się na moralnych aspektach kryminału, przekształcając go w bliski rzeczywistości dramat.

 

Kiedy zamieszkująca biedniejszą dzielnicę miasta samotna matka zgłasza zaginięcie swojej kilkuletniej córki, śledztwo policji koncentruje się na tym, co najstraszniejsze i jednocześnie najbardziej prawdopodobne – możliwości porwania dziewczynki przez pozostających na wolności pedofilów. Kenzie i Gennaro próbują podążyć innym tropem od chwili, gdy okazuje się, że matka zaniedbywała dziecko i była zamieszana w handel narkotykami. Lehane, a wraz z nim świeżo upieczony ojciec – Ben Affleck, dość sztampową intrygę kryminalną uszlachetnili moralnymi dylematami Patricka Kenzie, który wielokrotnie podejmuje dramatyczne wybory, na szali ważąc religijne przekonania, „nieomylność” prawa natury i zdrowy rozsądek.

 

Kenzie i Gennaro uczynili z pisarza specjalistę od Bostonu, pedofilów i zaginięć. Zarzucając cykl na rzecz niezależnych powieści, Lehane na wiele lat rozstał się z parą detektywów, ale nie zdecydował się na porzucenie poruszanych dotychczas tematów.

 

Z Bostonu do Hollywood

 

Powieść „Rzeka tajemnic” zawiera to wszystko, co wyróżnia twardą prozę Lehane’a: mroczne, nękane przestępczością miasto, mężczyzn, na których piętno odcisnęło traumatyczne wydarzenie z dzieciństwa, zbrodnie, dla których nie ma kary. Ta dojrzalsza i gatunkowo cięższa od poprzednich rzecz ugruntowała pozycję Lehane’a jako pisarza zabierającego głos w sprawach trudnych i obnażającego gorzką prawdę o okrutnej naturze człowieka.

 

Pierwsza książka Lehane’a spoza cyklu była też pierwszą, która odkryła autora dla Hollywood. Ekranizacja Clinta Eastwooda wzbudziła zachwyt zarówno widzów, jak i krytyków. Dwa Oscary za role męskie – dla Seana Penna i Tima Robinsa (pierwszy raz od czasów filmu „Ben Hur” z 1959 roku) – były potwierdzeniem, że „Rzeka tajemnic” to dobre, męskie kino na bazie mocnej, męskiej literatury. Opowieść Eastwooda okazała się jednak bardziej wieloznaczna od książki Lehane’a – film odczytywano nie tylko jako obraz psychologiczny i społeczny, lecz także polityczny. Dzieło z 2003 roku miał być, według niektórych, przyzwoleniem na przemoc ze strony państwa – nie zawsze skierowaną we właściwą stronę, ale zawsze stawiającą na pierwszym miejscu bezpieczeństwo ogółu obywateli. Dla samego Lehane’a „Rzeka tajemnic” stanowiła zwieńczenie dekady, którą poświęcił na „pisanie współczesnego Bostonu”. Nadszedł czas, żeby porzucić zarówno pedofilów, jak i współczesność.

 

Psychiatrzy i psychopaci

 

Wydawać by się mogło, że w swojej kolejnej książce, „Wyspie tajemnic” („Shutter Island”; pierwsze polskie tłumaczenie nosiło tytuł „Wyspa skazańców”), autor porzucił także stolicę stanu Massachusetts. Odizolowana od świata wyspa, gdzie toczy się fabuła, pozornie ma niewiele wspólnego z amerykańską metropolią. Lehane przyznaje jednak, że pomysł na miejsce akcji zaczerpnął przypatrując się miejskiemu wybrzeżu, a sama wyspa, podobnie jak Boston w poprzednich powieściach, zyskała głęboką symbolikę.

 

„Wyspa tajemnic” to najmroczniejsza, najmocniejsza psychologicznie i, zdaniem wielu, najlepsza książka Dennisa Lehane’a. Opowiada historię Teda Danielsa, który na własną rękę próbuje odkryć tajemnicę bacznie strzeżonego szpitala psychiatrycznego. Jest rok 1954. W Stanach Zjednoczonych przebrzmiewa powoli echo II wojny światowej, a psychiatria przeżywa złotą, choć jak się później okaże niechlubną, epokę. Lehane wybrał więc doskonałe miejsce i czas dla wybuchowej mieszanki powieści noir, kryminału i thrillera psychologicznego. „Wyspa tajemnic” podkreśla wyjątkowe umiejętności autora do tworzenia historii, które czyta się jednym tchem, w oczekiwaniu na błyskotliwy i niekonwencjonalny finał. Siedem lat po publikacji powieści Martin Scorsese podjął się jej ekranizacji. Był to kolejny strzał w dziesiątkę – kunszt reżyserski, doskonała gra aktorska (w rolę Teda Danielsa wcielił się Leonardo DiCaprio), świetne zdjęcia i niepokojąca ścieżka dźwiękowa spotęgowały napięcie i mroczny nastrój książki. Zakotwiczenie w przeszłości nie odebrało powieści Lehane’a wiarygodności, za to ożywiło historię i wzbogaciło jej scenerię. Autor postanowił pójść za ciosem.

 

Kiedy Ameryka była sexy

 

W ten sposób powstały jego dwie kolejne książki: „Miasto niepokoju” oraz ukazujące się właśnie w Polsce „Nocne życie”. Boston i tu powrócił jak bumerang, ukazując swoje starsze, barwniejsze oblicze. W obu powieściach otrzymujemy intensywny, choć dość egzotyczny obraz miasta lat 20. i 30. XX wieku, w czasie strajków robotniczych, zamieszek na tle rasowym, prohibicji i złotej epoki przestępczości zorganizowanej. Znacznie wyraźniej niż w poprzednich książkach Lehane skoncentrował się na przedstawieniu ducha epoki, łącząc fikcyjnych bohaterów z historycznymi postaciami i wydarzeniami. Obie pozycje stanowią wyraźny ukłon w stronę gangsterskich pulp magazines, powieści noir i filmów Nicolasa Raya z lat czterdziestych. Niestety, w „Nocnym życiu” romans z historią odbił się na fabule, zwroty akcji nie zaskakują, a kryminalnych intryg starczyłoby na kilka następnych tytułów. Wydaje się, że Dennis Lehane przestał panować nad światem, który wykreował. Wciąż najbardziej intryguje obserwacja moralnych dylematów i wyborów głównego bohatera, Joego Coughlina. Ten syn zasłużonego policjanta wybiera drogę buntownika i drobnego przestępcy. Wybory, które przekształcają „dziecko nocy” w gangstera z krwi i kości, niełatwo jednak wydobyć spośród niezliczonej ilości strzelanin, napadów i gęsto ścielących się trupów.

 

O ile poprzednie książki Lehane’a stanowiły doskonały materiał na scenariusz filmowy, o tyle dwie ostatnie powieści (wraz z kolejną, która jest planowana jako zwieńczenie historycznej trylogii) dają się wyobrazić wyłącznie jako scenariusz do serialu. Byłby to serial długi i wysokonakładowy, bo niemal każdy odcinek działby się w innej scenerii (samo „Nocne życie” to mieszczański Boston, więzienie o zaostrzonym rygorze, gorąca Floryda i rewolucyjnie nastawiona Kuba). Ale, jak historia pokazuje, serial ten miałby realne szanse na sukces.

 

Dennis Lehane, tworząc lekkie czytadła z moralnym przesłaniem, zdążył już odcisnąć na popkulturze swoje piętno. Być może wynika to z faktu, że, jak sam twierdzi, woli być bliżej prawdy niż faktów. To czyni z niego pisarza niekoniecznie ambitnego, za to wielce wiarygodnego. Czy będzie drugim Raymondem Chandlerem, z którym łączy go już teraz filmowy sukces i grubo ciosana fraza? Nie wiadomo, ale pewne jest jedno: od lat żaden amerykański autor kryminałów nie był tego tak blisko.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także