1 marca 2013

Literatura w służbie Hichcocka

Po latach wiadomo, że powieści, które Hitchcock przeniósł na ekran, wcale nie zniknęły. Wręcz przeciwnie – niczym magik wyczarował im nieśmiertelność.

Podobno już w latach trzydziestych cieszył się opinią człowieka, który macha magiczną różdżką nad książkami i sprawia, że te znikają. Rzeczywiście podczas pracy nad filmem nie był ani wyjątkowo wierny literackim źródłom, ani nie darzył ich szczególnym szacunkiem. O zawrót głowy przyprawiał autorów i producentów niezadowolonych ze zbyt wielu odstępstw od powieściowych oryginałów. Równie często zwano go zachłannym i wnikliwym czytelnikiem, co ignorantem, który nie rozumie do końca głębi literatury. Bez względu na to, czy wybierał do adaptacji książki z najwyższej czy najniższej półki, nie opuszczała go jednak najgenialniejsza z doradczyń – intuicja.

 

Szmira na salonach

 

Beztroskie podejście Hitchcocka do adaptowanych powieści miało swoje odzwierciedlenie w kwotach, które otrzymywali pisarze za sprzedaż praw autorskich – nieprzyzwoicie niskich nawet w złotym okresie popularności reżysera (wówczas to wytwórnie sprytnie „zapominały” poinformować twórców, kto podejmie się ekranizacji). Większość dzieł Hitchcocka jest żywym potwierdzeniem jego przechwałek, że decydując się na adaptację czuje się upoważniony traktować powieść jako szkielet, szkic, na który można nanieść ostateczną wersję scenariusza. A cóż może być lepszym szkicem niż naszpikowana akcją i dialogami literatura drugiej kategorii?

Powieść „Psychoza”, na podstawie której powstał scenariusz do najpopularniejszego filmu w historii kina, nie jest przecież niczym więcej niż dziełkiem. Także krytycy wytwórni Paramount widzieli w niej jedynie płytki horror mało znanego pisarza tanich powieści sensacyjnych; horror zbyt masakryczny, aby dało się go pokazać w Hollywood. Recenzja umieszczona w „New York Timesie”, gdzie chwalono „Psychozę” jako „przerażająco skuteczną” zaintrygowała jednak Hitchcocka na tyle, aby ten pomyślał o zrobieniu taniego filmu, dającemu mu oddech między tworzeniem bogatszych i wspanialszych ekranizacji.

 

Robert Bloch, autor „Psychozy”, stworzył rzecz o samotnym, przygrubym pijaku około czterdziestki, prowadzącym motel, do którego trafia młoda kobieta z kopertą z 40 tysiącami dolarów. Dziewczyna pada ofiarą morderstwa z rąk mężczyzny w kultowej scenie pod prysznicem. Hitchcock zamiast banalnego alkoholika w roli mordercy obsadził Anthony’ego Perkinsa o delikatnym, młodzieńczym wyglądzie „chłopaka z sąsiedztwa” i łagodnym spojrzeniu. Hołubiony zarówno przez reżysera jak i kamerę aktor nadał adaptacji siłę, której brakowało powieści – żywienie nienawiści do mordercy, nawet seryjnego, stanowi bowiem wyzwanie dla każdego widza, który ujrzał na ekranie niewinny wyraz twarzy Perkinsa. Uroda głównej bohaterki również uległa modyfikacji – z książkowej brunetki musiała stać się, a jakże, blondynką z wyglądem „dziewczyny z Phoenix”. Szczególnie istotną różnicę wobec oryginału udało się jednak uzyskać w scenie poprzedzającej morderstwo, kiedy kat rozmawia ze swoją przyszłą ofiarą. Znacznie bogatsza i głębsza dyskusja zmieniła rangę tej ekranizacji – z taniego powieściowego horroru przekształcając w psychologiczne arcydzieło. Hitchcock uszlachetnił powieść Roberta Blocha – i zrobił to niesamowicie skutecznie.

 

„Psychoza” nie była pierwszym bazującym na pulpowym czytadle filmem mistrza suspensu. „Człowiek, który wiedział za dużo” powstał jako luźne odzwierciedlenie prozy H.C. MacNeile’a, żołnierza i autora thrillerów szpiegowskich. W jednym ze swoich powieściowych cykli MacNeile wykreował prototyp Jamesa Bonda. Pierwowzór 007 był wytwornym detektywem o niezbyt wytwornym nazwisku Bulldog Drummond. O ile pierwsza wersja „Człowieka…”, stworzona przez Hitchcocka w latach 30., jest dosyć wierna oryginałowi, o tyle remake z 1956 roku – niekoniecznie. „Robiąc ten film po raz pierwszy nie byłem świadomy publiczności, za drugim razem – już owszem” – twierdził sam reżyser. W obu przypadkach zmienił on jednak fabularny punkt ciężkości, przekształcając prostą sensacyjną opowieść w melodramat wzbogacony o wiele politycznych aluzji. Zarówno w pierwszej ekranizacji, jak i w remake’u historia MacNeille’a została uwspółcześniona. Kruchą równowagę świata reżyser przedstawił poprzez ukazanie za pierwszym razem brytyjskiej obawy przed odradzającymi się Niemcami, za drugim zaś zimnowojennej atmosfery lat pięćdziesiątych. Również w tym przypadku sięgnięcie po niezbyt ambitną historię okazało się trafioną decyzją. „Człowiek, który wiedział za dużo” stanowił punkt zwrotny w karierze Hitchcocka, a jego remake – jej wyraziste zwieńczenie.

 

Wysokie loty

 

O ile wyobraźnia scenarzystów i polot reżysera nadawały szlachetnych rysów tanim czytadłom, o tyle majstrowanie przy ambitniejszej literaturze miało raczej odwrotne skutki. Dobrym tego przykładem jest „Niebezpieczna próba” (znana także jako „Bogaci i dziwni”), której tytuł i fabuła nawiązują do „Burzy”, ostatniego dramatu Shakespeare’a. Film opowiada o przeciętnym młodym małżeństwie, które za pieniądze z otrzymanego spadku decyduje się na podróż dookoła świata. Na statku małżonkowie nawiązują romanse, tym samym oddalając się od siebie, a okrutna opatrzność karze ich morską katastrofą i oddaje w ręce chińskich piratów.

 

Hitchcock wciela się w Prospera tylko w jednej scenie. Gdy małżeństwo – już po całej przygodzie – wraca do hotelu, w holu spotyka korpulentnego mężczyznę, którego nie da się pomylić z nikim innym. Para opowiada mu swoją historię a ów profetycznie odpowiada: „Nie, nie sądzę, żeby z tego był dobry film”. Chociaż współcześni historycy kina doszukują się w tej produkcji zakodowanej autobiografii oraz złożonego i poważnego dzieła, wobec późniejszych obrazów Hitchcocka wypada ona blado i mizernie.

 

Niektórym klasykom literatury udało się stworzyć jednak powieści dużo bliższe filmowej wyobraźni Hitchcocka. Obraz sabotażowo-szpiegowski „Tajny agent” z 1935 roku, uznawany dzisiaj za arcydzieło, powstał jako adaptacja powieści Josepha Conrada o działającej w Londynie organizacji terrorystycznej. Hitchcock szybko dostrzegł jej uniwersalność i postanowił dostosować do ówczesnych realiów (nota bene, także w XXI wieku w kontekście ataków terrorystycznych jest to wciąż jedna z częściej cytowanych powieści). Reżyser umiejscowił kwaterę główną terrorystów w sklepie z ptakami (już wtedy skrzydlate stworzenia uznając za zwiastun klęski i zapowiedź śmierci), a głównego bohatera, pana Verloca, uczynił właścicielem londyńskiego kina. Kolejną zmianą względem książki, wprowadzaną w przyszłości jeszcze wielokrotnie, było zbudowanie wątku miłosnego, który miał przyciągnąć nie tylko widownię, lecz także wybranych przez Hitchcocka aktorów. Prawa, jakimi rządzi się kino, wymusiły również modyfikację finału – opis samobójstwa mógł zakończyć powieść, ale publiczności nie należało odbierać nadziei.

 

Przychodzi Hitchcock do cenzora

 

Myli się jednak ten, kto uważa, że Hitchcock miał wpływ na wszystkie odstępstwa od literackich wzorców, które pojawiają się w jego filmach. Restrykcyjny kodeks Haysa czy katolickie obostrzenia Legionu Przyzwoitości sprawiały, że tytuł mistrza gry z cenzurą należał mu się nie mniej niż tytuł mistrza suspensu. Pozostawienie odważniejszych scen wywalczył sobie reżyser niejednokrotnie wytrwałością i uporem. Bardzo często jednak świadomość kontroli wymuszała na nim takie operowanie opowieścią i obrazem, aby wieloznaczność umieli odczytać wyłącznie zainteresowani.

 

Skutkiem ubocznym swoistej wojny partyzanckiej, którą Hitchcock prowadził ze strażnikami moralności, były subtelności i sugestie nadające kolorytu wielu jego filmom. Przykładem historii „z rumieńcem” jest ta przedstawiona w filmie „Rebeka” z 1940 roku. Ekranizacja, która powstała na podstawie powieści Daphne du Maurier, nie mogła być równie odważna, co jej literacki odpowiednik. Książka sugerowała bowiem jednoznacznie homoseksualną więź łącząca tytułową bohaterkę ze służącą, a to w dwójnasób łamało etyczne wymogi Hollywood. Hitchcock ośmielił się jednak ukazać nadzwyczajne przywiązanie służącej do zmarłej Rebeki. W jaki sposób? W najodważniejszej scenie filmu pokojowa wyjmuje z komody i głaszcze odzież należącą do nieboszczki. Także tę spodnią.

 

„Rebeka” była pierwszym hollywoodzkim filmem Hitchcocka. Później poczynał on sobie z cenzurą coraz śmielej. Na podobny co w „Rebece” problem natknął się podczas kręcenia filmu „Nieznajomi z pociągu”. I tym razem literatura okazała się znacznie bardziej chłonna i liberalna od kina. Powieść Patricii Highsmith, na której opiera się scenariusz „Nieznajomych…”, opowiada o przypadkowym spotkaniu dwóch mężczyzn, z których jeden najchętniej uśmierciłby swoją żonę, drugi – ojca. Hitchcock zmienił protagonistom profesje, życiorysy i poglądy polityczne, ale nie zrezygnował z – sugerowanego przez autorkę książki – seksualnego napięcia między nimi. Po raz kolejny uniknął dosłowności. Jednak w porównaniu do służącej z „Rebeki” Bruno z „Nieznajomych…” był dużo zuchwalszy. Obecnie może wręcz zadziwiać, że ta odważna kreacja dandysa i maminsynka, który ignoruje całkowicie kobiety i którego ojciec najchętniej „wysłałby na leczenie”, nie zrobiła na cenzurze większego wrażenia.

 

Uniknięcie cenzorskich ingerencji okazało się jednak największym wyzwaniem w najpopularniejszym obrazie Hitchcocka – „Psychozie”. Długie sceny miłosne, brutalne przedstawienie morderstwa, transwestytyzm, sugestia kazirodczych relacji… A to wszystko nic wobec oburzającego ujęcia, w którym główna bohaterka drze swoje zapiski i spłukuje je w toalecie. Kamera najeżdża na muszlę klozetową, a publiczność, tuż przed sceną morderstwa, obserwuje spuszczaną w ubikacji wodę! Wołające o pomstę do nieba i moralnie naganne… Mimo takiego nagromadzenia bulwersujących treści, a może właśnie dzięki niemu, cenzura pozostawiła niemal wszystkie ujęcia, na których zależało twórcy. Ucierpiały jedynie sceny łóżkowe, ale one, rzecz jasna, były najmniej istotne.

 

Chandler, Steinbeck, Bradbury, czyli literacki snobizm

 

Hitchcock lubił intrygujące opowieści, a literatura stanowiła dla niego niewyczerpane źródło pomysłów. Dramaty psychologiczne, amerykańskie powieści noir, thrillery z czasów pierwszej wojny światowej czy tanie horrory – wszystko to można było przetworzyć według własnych potrzeb i przenieść na ekran. Pisarze byli zresztą dla reżysera cennym nabytkiem jako twórcy scenariuszy filmowych. Hitchcock szczycił się współpracą z uznanymi prozaikami, chociaż była ona często trudna, choćby ze względu na megalomanię reżysera. Ray Bradbury, John Steinbeck czy Raymond Chandler to jedne z większych nazwisk, choć nie jedyne, które pojawiały się w czołówkach filmów Hitchcocka (lub tych przez niego rekomendowanych w cyklu „Alfred Hitchcock przedstawia”). Czasami jednak znane osobistości umieszczano wśród scenarzystów wyłącznie ze względu na próżność reżysera, czego najlepszym przykładem jest film „Nieznajomi z pociągu”. Wśród autorów scenariusza pojawia się Raymond Chandler, a przecież nie miał on żadnego wkładu w ostateczną wersję adaptacji. Cóż, tak to bywa, gdy ma się czelność określać mistrza suspensu mniej chlubnym mianem „tłustego bałwana”.

 

W złotej epoce rozwoju dziesiątej muzy udało mu się rozbudzić apetyt na słowo. Sprawił, że wartością stało się to, co literatura potrafi zaoferować – wciągająca historia, zaskakujący finał, ale też refleksja i dowcip. Sam jednak zgryźliwie twierdził, że najlepsze książki to te w twardej oprawie. Pozostałe nie sprawdzają się bowiem za bardzo w roli podstawek pod drzwi.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także