15 października 2016

Dobrze, że nie zostałem w banku. Rozmowa z Jakubem Małeckim

28 września w księgarniach ukazała się najnowsza powieść Jakuba Małeckiego pod tytułem Ślady (Wydawnictwo: Sine Qua Non). Przy okazji premiery Damian Nowicki przeprowadził wywiad z autorem.

slady_slider
Damian Nowicki – Jakub Małecki. Ekonomista, tłumacz, pisarz. W takiej kolejności czy innej?

Jakub Małecki – Z wykształcenia na pewno ekonomista, z zawodu – w połowie tłumacz, a w połowie pisarz. W ogóle głupio mi tak mówić – pisarz – to brzmi jakoś… niepoważnie, jakbym zarabiał 30 złotych na miesiąc. No, ale mimo tych wszystkich reakcji znajomych, gdy odchodziłem z banku, to okazuje się, że z tego pisania, no da się.

D.N. – Czyżby się podśmiechiwali?

J.M. – Bardziej mówili, że to samobójcza decyzja.

D.N. – Jak zaczęła się twoja przygoda z tłumaczeniami, skoro byłeś zajętym bankowcem i rozwijającym się pisarzem? Dlaczego ten „trzeci” świat?

J.M. – Pamiętam, że siedziałem w banku i wpadłem na pomysł, żeby wysłać zapytania do wydawnictw i gazet, przy czym były to pytania na zasadzie: „dzień dobry, chciałbym coś przetłumaczyć, chociaż nigdy nie tłumaczyłem”. O dziwo odezwał się do mnie redaktor prozy zagranicznej z „Nowej Fantastyki”, przesłał mi fragment na próbę, a potem pojawiły się opowiadania do tłumaczenia. Tych opowiadań zrobiłem całkiem sporo, a po jakimś czasie odezwało się wydawnictwo Prószyński i S-ka. Przełożyłem dla niego cztery książki z rzędu, ale już byłem tak zawalony pracą w banku i tym wszystkim, że musiałem się na coś zdecydować. W ogóle czasu nie miałem. Zresztą, pisałem i tłumaczyłem również w pracy, do dziś nie wiem, jak to się stało, że nikt mnie nie przyłapał.

D.N. – Aż w końcu odszedłeś sam i napisałeś „Ślady”. Długo powstawały?

J.M. – Trudno powiedzieć. Jeden czy dwa fragmenty napisałem jeszcze przed „Dygotem”, kilka w trakcie. Pamiętam, że podczas pracy przy „Dygocie” miałem w głowie mnóstwo takich historyjek i strasznie się wkurzałem, że muszę dokończyć powieść. Cały notes zawaliłem pomysłami, a kiedy skończyłem „Dygot”to się po prostu rzuciłem na te teksty. No i coś takiego mi z tego wyszło. A samego pisania nie było aż tak dużo. Teraz najwięcej czasu zajmuje mi wymyślanie i opracowywanie moich książek.

D.N. – Nie zdradzając fabuły, muszę cię zapytać o Chwaściora – najbardziej odrealnioną i frapującą postać w Śladach.

J.M. – Tak jak z reguły nie potrafię odpowiadać na takie pytania, na to akurat mogę. Wybrałem się do Muzeum Narodowego, gdzie zobaczyłem obraz Jacka Malczewskiego „Sztuka w zaścianku”. Widnieje na nim chłopiec o takich wykrzywionych, jakby kozich nogach.

D.N. – Diabelskich.

J.M. – Diabelskich. Przed nim stoi dziewczynka, a on gra na flecie. No i tak to mnie to chwyciło.

D.N. – Nie tylko w „Śladach” czy „Dygocie”, ale i we wcześniejszych twoich książkach dominują rzeczy złe, smutne. I właśnie dlatego muszę zapytać, czy z perspektywy twojej osoby – uśmiechniętego faceta w ładnej koszuli i wściekle czerwonych butach – z takich smutnych historii czerpiesz literacką siłę?

J.M. – (śmiech) Wszyscy na to narzekają, żona, rodzice, przyjaciele. Na co dzień jestem raczej wesoły, ale chcę, żeby moje książki mówiły o życiu, które najczęściej zbyt wesołe nie jest. Chcę pisać książki, które są smutne, ale nie dobijają.

D.N. – Czy pośród wszystkich bohaterów, którzy przewijają się przez opowiadania „Śladów”, są jacyś wzorowani na realnych postaciach?

J.M. – Jedna. Może dwie. Na pewno opowiadanie, które otwiera książkę, historia Tadeusza Markiewicza. Był bratem mojej babci, a po wojnie jego ciała nigdy nie odnaleziono. Przeryłem w Bibliotece Narodowej wszystko, co tam znalazłem na temat pułku, w którym służył, i odwzorowałem tę jego historię na tyle, na ile było to możliwe.

D.N. – Czyli znajomi raczej się nie poobrażąją?

J.M. – (śmiech) Nie, nie. Raczej nie powinni.

D.M. – Jeden z ostatnich tekstów w „Śladach” przedstawia życie samotnego, starszego mężczyzny. Intymność i detaliczność, z którymi go przedstawiasz są tak niezwykłe, reporterskie niemal, że muszę zapytać, czy to nie był ktoś bliski? Ktoś, z kim miałeś kontakt?

J.M. – To jest ta druga historia, którą nie do końca zmyśliłem. Pierwszego dnia po rzuceniu pracy w banku postanowiłem, że zrobię coś fajnego. Zacząłem chodzić do domów opieki społecznej w Poznaniu i pytałem, czy by mnie od tak nie przyjęli na zmywak, szczotę czy gdziekolwiek do pomocy. Okazało się, że to wcale nie jest takie proste – przy każdym spotkaniu patrzyli na mnie podejrzliwie, że o co mi chodzi, że nie mogą mi zapłacić. Ja mówiłem, że nie chcę, żeby mi płacili, że tak po prostu, no ale na tym kończyła się rozmowa. Dopiero pani dyrektor chyba piątego ośrodka wyraziła zgodę, abym się zaopiekował takim starszym małżeństwem, ponieważ oni wymagali czegoś więcej niż standardowa pomoc. Pani dyrektor nie powiedziała mi jednak, że oni byli mocno niepełnosprawni, na wózkach inwalidzkich, po kilku porażeniach. No i ja tam chodziłem przez jakieś pół roku, do momentu,aż się wyprowadziłem z Poznania. Tę panią prowadzałem na wózku na zakupy, z panem grałem w szachy, coś tam układałem w pokoju i tak dalej. Jest jedna zabawna historia, ponieważ oboje porządnie jarali, ale nie byli w stanie odpalić sobie papierosa. Regularnie więc zamykałem się z nimi w kiblu i pomagałem im kopcić te popularne bez filtra, które z trudem dla nich zdobywałem gdzieś po kioskach. W domu opieki społecznej, rozumiesz – straszny mieliśmy we trójkę z tego ubaw. A sam pomysł na opowiadanie powstał później, już po mojej przeprowadzce.

D.N. – Wspomniałeś, że pierwsze teksty „Śladów” powstawały równolegle z pisaniem „Dygotu”. Bałeś się, że przez przypadek popełnisz „Dygot 2: reaktywacja”?

J.M. – Trochę się bałem. I teraz też trochę się boję, że przy kolejnej książce ktoś mi wytknie coś podobnego. Z drugiej strony, wielu moich ulubionych pisarzy ma swoje wybrane tematy, których się kurczowo trzyma i jakoś to chyba zrozumiałe, że obsesje się człowiekowi nie zmieniają raz na kwartał.

D.N. – Pilch ciągle pisze o chorobie.

J.M. – No na przykład. Ale czy to jest coś złego? Nawet kiedy czytam polskich pisarzy, których lubię, to też widzę, że mają swoją tematykę, spojrzenie na świat, wrażliwość czy sposób pisania. Nie widzę w tym nic niedobrego. Na pewno nie będę się starał, żeby coś udziwnić i na siłę zaspokoić gusta krytyków, bo takie myślenie może zapędzić w kozi róg.

D.N. – W której strukturze czujesz się swobodniej: w „pełnej” powieści, jaką jest „Dygot”, czy właśnie takiej, podobnej do zbioru opowiadań jak „Ślady”?

J.M. – Chyba jednak lepiej mi przedstawić mniejsze historie, bo masz chwilę oddechu pomiędzy nimi. I to nie jest taki wielki moloch, którego ciągniesz za łeb i czujesz, że nie dociągniesz. Z drugiej strony, w jednej spójnej powieści masz główną historię, której się trzymasz i łatwiej to wszystko objąć, opanować. Trudno powiedzieć.

D.N. – A nie korci cię napisanie kryminału, jakiejś akcji?

J.M. – W ogóle nie. Szkoda by mi było czasu na pisanie o czymś, co mnie w ogóle nie kręci. To już równie dobrze mogłem zostać w banku i przez następne 10 lat robić to, co mi się nie podoba.

D.N. – Najmocniejszą stroną „Śladów” jest właśnie zwyczajność tych historii. We wszystkich dziewiętnastu opowiadaniach unikasz pościgów, strzelanin i wybuchów. Wydarzenia, które spotykają twoich bohaterów, mogłyby przytrafić się każdemu z nas. A mimo to, czytelnik utożsamia się z postaciami, a książkę wciąga jednym tchem. Skąd pomysł na to „królestwo zwyczajności”?

J.M. – Takie właśnie historie najbardziej mi się podobają. Nie wiem, czy kojarzysz taki film albo sztukę McCarthy’ego „Sunset Limited”. Film wyreżyserował Tommy Lee Jones i oprócz niego na ekranie pojawia się Samuel L. Jackson. No i oni siedzą w pokoju przy stole, tak jak my teraz, i po prostu gadają. Motyw jest taki, że chwilę przed spotkaniem bohater grany przez Tommy Lee Jones’a chciał się rzucić pod pociąg metra, a Samuel L. Jackson go powstrzymał. No i siedzą, rozmawiają, a Jackson stara się przekonać Jonesa, żeby po wyjściu ten się znowu nie rzucił. Na co on mówi wprost, że w jego życiu nie ma lepszego rozwiązania. No i masz film, gdzie dwóch gości przez półtorej godziny siedzi i gada, ale to jest właśnie coś, co mnie najbardziej kręci – wierci w bebechach, po głowie, po wszystkim, i właśnie takie rzeczy marzy mi się pisać. Wywierać bardzo duże wrażenie na czytelniku przy użyciu bardzo oszczędnych środków.

D.N. – Skoro padł McCarthy, to muszę zadać podstawowe pytanie: „Droga” czy „To nie jest kraj dla starych ludzi”?

J.M. – Raczej Droga, chociaż najbardziej ze wszystkiego podobała mi się chyba „Przeprawa”. Nie wiem dlaczego – jest w niej coś takiego, co w tobie zostaje. W ogóle McCarthy niby w kółko pisze o tym samym, a czyta się go z wypiekami na twarzy, przynajmniej ja go tak czytam.

D.N. – Ostatnie pytanie: zwróciłem uwagę, że bardzo mało przeklinasz, kiedy u innych kurwy ścielą się gęsto, „Dygot” i „Ślady” są prawie czyste, aż chciałoby się powiedzieć – niezbrukane.

J.M. – Rzeczywiście trochę tak jest. We wcześniejszych książkach częściej korzystałem z przekleństw, a mój język był surowszy, ale teraz, opisując już trochę inne historie, widzę, że mi to niepotrzebne.

Jakub Małecki (1982 r.), pisarz, tłumacz, publicysta. Autor takich książek jak Przemytnik cudu, Dżozef, W odbiciu. Z języka angielskiego przełożył między innymi Brudne wojny Jeremy’ego Scahilla, Paryż wyzwolony Anthony’ego Beeyora, Moją prawdę Mike’a Tysona. Publikował w „Newsweeku”, „Polityce”, „Agorze” i „Tygodniku Powszechnym”. Laureat Złotego Wyróżnienia Nagrody im. Jerzego Żuławskiego i nagrody Śląkfa w kategorii Twórca Roku, nominowany do Poznańskiej Nagrody Literackiej, Nagrody im. Janusza A. Zajdla oraz „Angelusa” (Nagrody Literackiej Europy Środkowej). Obecnie mieszka w Warszawie.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także