30 czerwca 2015

Wakacje z książką? Czysta przyjemność, czyli głównie guilty pleasure

„W Polsce jest tylko 11% rzeczywistych czytelników, czyli takich, którzy w ciągu roku czytają min. 7 książek.” Więc jak przeczytałeś, frajerze, tylko sześć, bo zdecydowałeś się sięgnąć po najnowszego Dukaja, Miłoszewskiego, „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk, biografię Miłosza i „Finneganów Tren”, którego rozszyfrowanie zajęło Ci trzy miesiące, to nie jesteś rzeczywistym czytelnikiem z elitarnego klubu 11 procent, tylko burakiem-analfabetą i w ogóle wyjdź. 

header - 678x239 - zmuszanie_czytanie

Berlin, stacja Hackescher Markt, schodami w górę prosto na kolejkę, lewą ręką jeszcze macham pięknym dziedzińcom, w drugiej, zamiast poręczy, trzymam czytnik, bo „Dobry Troll” Kapeli trzyma mnie z kolei za oko, drogi Jasiu, jeśli się wypierdolę na tych schodach przez Twój literacki talent, będziesz musiał napisać o tym przynajmniej wiersz. Ale nic z tego, wiersza nie będzie, docieram w całości na peron, wsiadam do wagonu, bitte einsteigen, i zajmuję miejsce.

Do Charlottenburg tylko siedem przystanków, ale że jeżdżę z moją lekturą od samej Warszawy, już po chwili ekran mówi do mnie cyfrą – 99%, koniec tego dobrego. Czytnik mój pełniejszy niż lodówka w święta, mam tam i dania główne i desery i nawet przekąski w postaci pojedynczych opowiadań, ale zamiast samotnie konsumować własne zapasy, rozglądam się po współpasażerach. Para z rowerami, pani z psem, pan z gazetą, paru ludzi, wcale nie najmłodszych z czytnikami, paru z tradycyjną książką – Neil Gaiman, Timur Vermes, innych nie widzę z daleka – i jedna dziewczyna, na oko trzydziestoletnia, z książką zawiniętą w gazetę. Za poważna na szkolne okładki i za młoda na starczą pedanterię, więc? Udaję nagłe zainteresowanie szlakiem kolejki i wstaję, żeby przyjrzeć się schematowi nad drzwiami. Strategicznie zasadzam się nad jej ramieniem i czytam fragment razem z nią.

I w tym momencie w mojej głowie rozkręca się impreza powszechnie zwana ambiwalencją. Zazwyczaj jeśli jesteś w stanie zidentyfikować literaturę po paru zdaniach, puchniesz z dumy, że takiś oczytany. Okej, ale ja zidentyfikowałam właśnie sagi „Zmierzch” część pierwszą. I w miejsce dumy wpada lekkie zażenowanie, bo to przecież znaczy, że ja też czytałam, że miałam ją przed oczami, że sama sobie ukradłam ileś wieczorów na taki pop-produkt. I wtedy zaczynam rozumieć, że gazeta na okładce próbuje zakryć guilty pleasure, tę zakazaną, nieczystą przyjemność, zamaskować fakt, że spośród wszystkich dostępnych powieści na świecie nie dość, że dziewczę sięgnęło po tę nieszczególnie ambitną, to jeszcze o jakieś cztery lata za późno.

Z podkulonym ogonem wracam do Polski, gdzie wita mnie zatrzęsienie kampanii promujących czytelnictwo: „Kto czyta, nie błądzi”, „Warto czytać”, „Czytanie jest sexy”, „Nie czytasz – nie idę z Tobą do łóżka”, oraz moja ulubiona „A Ty do czego używasz książek?” z dopiskiem „W Polsce jest tylko 11% rzeczywistych czytelników, czyli takich, którzy w ciągu roku czytają min. 7 książek.”

Więc jak przeczytałeś, frajerze, tylko sześć, bo zdecydowałeś się sięgnąć po najnowszego Dukaja, Miłoszewskiego, „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk, biografię Miłosza i „Finneganów Tren”, którego rozszyfrowanie zajęło Ci trzy miesiące, to nie jesteś rzeczywistym czytelnikiem z elitarnego klubu 11 procent, tylko burakiem-analfabetą i w ogóle wyjdź.

Chodzi o ilość, a wakacje to koniunkturalnie najlepszy moment na zachwalanie tej formy spędzania czasu, bo i na plażę, i nad jeziorem, i na kajaku i w ogóle wszędzie, a co najlepsze brak wymówki, jaką jest brak czasu właśnie i można bić rekordy. Nieważne co, ważne żeby czytać!

Patrząc na zakres słownictwa i ogromny rozmach wobec składni czy ortografii, jaki panuje w komunikacji cyfrowej serwowanej przez młodych i jeszcze młodszych, mam ochotę przyłączyć się, ba, przykuć nawet, do wszelkich akcji zachęcających do kontaktu z literaturą. Sęk w tym, że trudno wyważyć pomiędzy ilością a jakością, pomiędzy aktywnością a jej przedmiotem. „50 twarzy Greya” (inspirowane silnie sagą „Zmierzch”) uzyskało w Polsce sprzedaż na poziomie ponad miliona egzemplarzy, i jeśli dodać do tego fakt, że każda z tych osób pożyczyła tę niegrzeczną lekturkę jeszcze paru znajomym, oczywiście zakamuflowaną, to przynajmniej 5% Polaków wypełniło wielkie zadanie czytelnictwa częstując się czymś takim:

„Zdejmuje mi drugi but i skarpetkę, potem wstaje i ściąga moje dżinsy. Leżę na łóżku w samej bieliźnie, a on wpatruje się we mnie z góry.

– Jesteś bardzo piękna, Anastasio Steele. Nie mogę się doczekać, kiedy znajdę się w tobie. –
Jasny gwint! Co za słowa! Jest taki uwodzicielski. Zapiera mi dech.”

Mi też zapiera dech – i wątpliwe dzieło tłumaczki, która bodaj prześcigała się kiczowatością stylu z oryginałem (i kto wie, czy nie wygrała) – i fakt, że właśnie taka pseudoliteracka materia podbija upragnione statystyki czytelnictwa. W tym sensie zarówno saga „Zmierzch”, jak i „50 twarzy Greya” i inne tego typu mody na szmirę rzeczywiście pozwalają kultywować czytanie jako czynność, jednym przypominają, drugich uczą, że można w ręce trzymać książkę (papierową lub cyfrową) a oczy kierować na litery i te litery układać w słowa a potem zdania. Zdania napisane na granicy poprawności językowej, stylu i literackiej normy, a nie mówimy przecież o drugiej fali awangardy.

Niestety zarówno z kampanii zachęcających do lektury i kampanii komercyjnych prezentujących „idealne książki na wakacje” wyłania się podział na literaturę trudną do czytania, taką niemal za karę, oraz literaturę wakacyjną, relaksującą, „odmóżdżającą”. Jedna z czytelniczek (seksuolog, jak się sama prezentuje, a więc osoba wykształcona) tak komentuje to zjawisko:

„Jasne, obiektywnie patrząc ‘Pięćdziesiąt twarzy Greya’ to strata czasu, zwłaszcza kiedy na półce stoją w kolejce do przeczytania ‘Ulisses’ i ‘Czarodziejska góra’, ale jako guilty pleasure czytane dla totalnego relaksu po ciężkim dniu, sprawdza się doskonale.”

Gazetowa okładka pani z metra pokazuje, że mamy świadomość wątpliwej jakości takiego wyboru, mało tego, że wobec czytelniczych mód, ważnym aspektem jest bycie na czasie, bo ta pseudoliteratura się autentycznie starzeje i to w zastraszającym tempie, czyli do następnego światowego bestselleru. Mamy świadomość, że to nie jest najbardziej ambitna pozycja, ale przecież zewsząd mowa o tym, żeby czytać, więc czytam, i do tego sprawia mi to czystą przyjemność. No może nieczystą.

Czasów, w których zakazaną przyjemnością czytelniczą były książki z drugiego obiegu, książki o niezwykłych walorach estetycznych i intelektualnych, nie mogę osobiście niestety pamiętać, ale mogę o nich pomarzyć. Leżąc na plaży, z Gogolem w ręce, bo jest odporny na słońce, piasek i fale – czytania za wszelką cenę.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także