27 listopada 2016

Demaskatorska moc obrazu

Charakterystyczna, przystojna brunetka zatopiona w orientalno-złotej mozaice: „Adela Bloch-Bauer I”, zwana również „austriacką Moną Lisą”, to bez wątpienia arcydzielne dziecko secesyjnego malarza, Gustava Klimta. Jego estetyka nie pozostawiła mnie obojętną – przechodząc koło tak „wyględnej” okładki książkowego debiutu Anne-Marie O’Connor, postanowiłam pobieżnie zapoznać się z jego tematyką, aby następnie poszerzyć domową bibliotekę o kolejny utwór. „Złota dama”, jak miałam okazję się zdziwić, nie jest tylko opowieścią o wiedeńskim światku artystycznym przełomu wieków. O’Connor z prawdziwą rzetelnością wzięła pod lupę niecodzienną proweniencję tytułowego obrazu, której wyjawienie pociągnęło za sobą istotne zmiany w narracji historycznej zachodniego świata.

Akcja utworu zaczyna się w czasach nam współczesnych; młody prawnik z Los Angeles, Randy Schoenberg (rewolucyjne zapędy, jak widać po nazwisku, otrzymał po dziadku) wkracza do narodowego muzeum sztuki w Belwederze, aby domagać się zwrotu „Złotej damy” – dzieła Klimta, którego nazwa brzmi zgoła inaczej, jednak niosąc za sobą niewygodną dla rządu prawdę, była przez lata skrzętnie ukrywana. W ten sposób zaczęła się wieloletnia bitwa sądowa o przyznanie obrazu jego prawowitej właścicielce, Marii Bloch-Bauer Altmann, eleganckiej staruszce ograbionej podczas wojny przez nazistów.

Uzbrojony w te informacje czytelnik, zostaje przeniesiony sto pięćdziesiąt lat wstecz, aby wyruszyć w trzyczęściową podróż przez dzieje Austrii. Akcja zaczyna się w połowie XIX wieku, kiedy cesarstwo Habsburgów przeżywa czasy pozornej świetności. Pozornej, bowiem wszystko jest w tym świecie ułudą, a społeczne życie wiedeńskiej socjety, wywijającej grzecznie walce i pojadającej okrutnie słodkie ciasta, posiada drugie, przybrudzone syfilisem oblicze. Po zaintrygowaniu czytelnika paroma „pieprznymi” ciekawostkami, autorka przechodzi do sprawy najważniejszej – dogłębnego wytłumaczenia kwestii żydowskiej. Dowiadujemy się w jaki sposób nacja ta stała się członkiem wiedeńskiej arystokracji, głównym potentatem na rynku oraz czołowym odbiorcą kultury wyższej, a tym samym, obiektem nienawiści coraz liczniejszej grupy antysemitów. Mając tę świadomość, odbiorca zostaje skonfrontowany ze zbiorem minihistorii poszczególnych osób rodziny Bloch-Bauerów. Przedstawiają one ich losy w obliczu Anschlussu, a następnie II Wojny Światowej, do której Żydzi, jako członkowie bujającej w obłokach, najwyższej klasy społecznej, w ogóle nie byli przygotowani. Co istotne, O’Connor nie wzbrania się przy tym pokazać entuzjazmu Austriaków wobec przybycia wojsk niemieckich oraz faktu ich tłumnego zasilania szeregów partii nazistowskiej. Ostatnia część utworu jest natomiast reprezentacją powojennej postawy mieszkańców tego kraju, wyrażonej wygodnym alibi pt. „Austria pierwszą ofiarą Hitlera”. Znajdziemy tu opis tego, jak nazistowscy biurokraci tuszują historię, czym podkreślają swoją obsesję na temat „wspaniałej przeszłości Austrii”, która stała się dla nich psychologicznym schronieniem przed wątpliwymi moralnie uczynkami, których się dopuścili.

Oprócz historii ogólnej, autorka nakreśliła również dzieje samego Klimta, fakty biograficzne urozmaicając ciekawymi uwagami na temat jego stylu oraz źródeł inspiracji. Na prowadzenie wysuwają się dwa z nich; pierwszymi były dla artysty zakłamanie i fałsz przenikające wiedeńskie elity, drugim – kobiety. Subtelne zaznaczenie ich roli w twórczości Klimta stanowi osobną kwestię zwracającą uwagę czytelnika. Znajdziemy tu sylwetkę austriackiej cesarzowej Elżbiety, która obrzydzona ułudą dworskiego życia, podróżowała samotnie po kontynencie. „Sisi”, tak nazywana przez lud i przez niego uwielbiana, rychło stała się symbolem pierwszej nowoczesnej, wyzwolonej kobiety. Adela Bloch-Bauer z kolei, jedna z licznych modelek Klimta, jego „intelektualna przyjaciółka”, doczekała się obszernego opisu, ukazując jak rozwijało się życie kulturalne wiedeńskiego ówczesnego świata intelektualnego. Adela była przykładem oświeconej Wiedenki: ateistki, socjalistki, zwolenniczki praw kobiet, co sobotę zrzeszającej w swoim salonie twórców nowego porządku. Jak pisze autorka:

„Adela była ikoną wyrafinowanego, kosmopolitycznego Wiednia z przełomu wieków, symbolem wspaniałości umierającego cesarstwa, demaskującym fałsz i zakłamanie leżące u podstaw nazistowskiej teorii rasowej.”

Skrupulatność oraz wielowymiarowość przedstawionej historii są niezaprzeczalnymi plusami dzieła O’Connor, jednak jest jeszcze jeden aspekt, o którym trzeba wspomnieć: rola, jaką sztuka potrafi odegrać w narracji historycznej. Dla jednych, portret Adeli Bloch-Bauer jest jedynie oryginalnym przedstawieniem niezwykłej urody arystokratki. Jeśli jednak spojrzymy na warstwę symboliczną dzieła, ujrzymy postać znanej, niezależnej intelektualistki, a co najgorsze – w obliczu nazistowskiej koncepcji białej rasy – Żydówki. Przeszło pół wieku musiało minąć, aby nowe pokolenie Austriaków, niebojących się zanurzenia w meandrach niechlubnej przeszłości, mogło umożliwić wydostanie się historii obrazu na światło dzienne. Dzieło sztuki nie jest tylko przedmiotem – jest owocem czasu i miejsca, w którym powstało, a Adela, jako symbol upadającego cesarstwa Habsburgów oraz austriackiego oportunizmu, stała się „symbolem czegoś zupełnie nowego – powojennej obłudy Austrii w kwestii jej ochoczej współpracy z Adolfem Hitlerem”.

Sięgając po „Złotą damę”, oczekiwałam drobnego dokształcenia w temacie wiedeńskiego życia kulturalnego przełomu wieków. W rezultacie, nie tylko „spotkałam własne oczekiwania”, ale i znalazłam wartości, których się nie spodziewałam. Książka Anne-Marie O’Connor to nie tylko historia pewnego arcydzieła – to opowieść o ujawnieniu niechlubnej, ukrywanej przez wiele lat, twarzy narodu austriackiego. Gdy zasiadłam do pisania tej recenzji, nie spodziewałam się ilości cukru wysypanego na klawiaturę. Do czego się przyczepić, gdzie pokazać pazur? Próbowałam. Książka tak przyjemna i estetyczna, nie zasłużyła sobie jednak na krytykę. Nie muszę chyba pisać, że pozycja ta godna jest polecenia, pozostaje mi więc pozdrowić Was i wyrazić nadzieję, że następna pozycja będzie bardziej „pazurogenna”.

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także