17 grudnia 2012

Wściekły

My, ludzie piłki, ukształtowani przez atmosferę i wartości lat 80. oraz 90., w obecnych czasach czujemy się coraz bardziej nieswojo. Co jakiś czas jesteśmy zaskakiwani upadkiem kolejnego przyczółka piłkarskiego świata, w którym się wychowaliśmy.

 

Prawo Bosmana, obowiązkowe miejsca siedzące na stadionach, katolicy w barwach Glasgow Rangers, reklama na koszulce Barcelony. To tylko niewielka część świętości, które poległy. Dzielnie trzyma się jeszcze Athletic Bilbao, w którego barwach – zgodnie z tradycją – grają wyłącznie Baskowie. No i oczywiście trzyma się Alex Ferguson…

 

To już 27 lat panowania „Wściekłego” w Manchesterze United, co jest wynikiem we współczesnym futbolu właściwie niespotykanym, szczególnie na tak wysokim poziomie sportowej i finansowej rywalizacji. Nie jest tajemnicą, że we własnym gronie zawodnicy Manchesteru od lat mówią o Szkocie właśnie per „Furious”, choć w jego obecności oczywiście nigdy nie odważą się nazwać go inaczej niż „Boss”. Od 1999 roku, kiedy to zdobył Puchar i Mistrzostwo Anglii oraz Puchar Mistrzów, znany jest również jako „Sir Alex”, wtedy to bowiem otrzymał od królowej tytuł szlachecki. Tak właśnie ojczyzna futbolu honoruje swych najlepszych synów.

 

Wspomniane przydomki bardzo dobrze oddają różne twarze Fergusona. W towarzystwie Elżbiety II jawi się jako elegancki dżentelmen. Kiedy jego „Czerwone Diabły” wygrywają, jest po prostu ich szelmowsko uśmiechniętym bossem. Gdy jednak odważą się zagrać źle, to z kolei on staje się Diabłem. Przybiera postać furiata ciskającego butami lub tacami w najlepszych i najbogatszych graczy na świecie (np. Davida Beckhama czy Gordona Strachana), niejednokrotnie poważnie ich kalecząc. Dosłownie demoluje wtedy szatnię. Funduje też słynne „suszarki Fergusona” – wrzeszczy prosto w twarz z odległości kilku centymetrów od nosa nieszczęśnika. Oto jest cena, jaką musi zapłacić każdy piłkarz chcący występować w „Teatrze Marzeń Despoty”, czyli na stadionie United. I nie ma tu wyjątków. Dotyczy to zarówno zasłużonych legend klubu, takich jak Ryan Giggs, Paul Scholes, czy Beckham, jak i debiutujących młokosów. Przy czym w ostatnim czasie Ferguson i tak się uspokoił, kiedy był młodszy zdarzało mu się nawet wdawać w bójki z własnymi graczami.

 

Prawdopodobnie właśnie ten strach zawodników przed reakcją „Wściekłego” sprawił, że w 1999 roku obejrzeliśmy jeden z najlepszych finałów Pucharu Europy w historii. Podczas ostatnich dwóch minut spotkania gracze United odwrócili jego losy i pogrążyli Niemców z Monachium. A to przecież o tych drugich zawsze mówiło się, że grają do końca i nie odpuszczają. Każdy, kto oglądał ten finał nigdy nie zapomni jego dramaturgii. Właśnie takie mecze zbudowały legendę Fergusona, trenera, który nie wybaczy swojemu piłkarzowi braku maksymalnego zaangażowania. Nie wybaczy też nielojalności i to niezależnie od tego, czy ma rację, czy nie. To on jest bossem i albo idziesz razem z nim, albo jesteś przeciwko niemu. Podkreślają to niemal wszyscy, którzy się z nim zetknęli. Dość powiedzieć, że po przegranym meczu jego zawodników obowiązuje zakaz uśmiechania się, a ten, kto go złamie, płaci karę finansową. Kiedy boss jest smutny, wtedy wszyscy muszą być smutni razem z nim.

 

Ferguson ma już 71 lat. Kilka lat temu jeden jedyny raz zastanawiał się, czy nie powinien już zakończyć swej trenerskiej kariery. Przestraszył się jednak, że jeśli przejdzie na emeryturę to zaraz umrze, podobnie jak to miało miejsce w przypadku jego ojca. Człowiek odcięty od swojej największej pasji traci po prostu chęć do życia. W tym kontekście można go określić jako papieża Manchesteru, czy nawet papieża futbolu. Tym bardziej, że już za życia doczekał się swoich pomników. Od 2011 roku jego imię nosi jedna z trybun na Old Trafford, a od 2012 przed stadionem faktycznie stoi pomnik. Jedno jest pewne, wraz z kresem Fergusona w futbolu skończy się pewna epoka. Skończy się epoka menedżerów.

 

O tych i wielu innych kwestiach przeczytacie w wydanej niedawno biografii Fergusona pióra Patricka Barclaya, brytyjskiego dziennikarza, który „Wściekłego” zna osobiście już od ćwierćwiecza. Niestety, póki co zalecam jednak zapoznać się raczej z angielskim oryginałem. Książka jest bardzo źle przetłumaczona. Ilość fatalnych kalek językowych z angielszczyzny jest po prostu rażąca. Dowiadujemy się na przykład, że „była cała grupa, która przyjechała z Glasgow i niektórzy byli szemrani” (s. 41), czy też, że Ferguson „podszedł i prawie natychmiast weszli w związek” (s. 43). Tego typu fatalnych sformułowań jest w polskim przekładzie mnóstwo. Niestety, jest to kolejna tak źle przetłumaczona książka o futbolu, która pojawiła się w ostatnim czasie na naszym rynku.

Książki, o których pisał autor