15 listopada 2012

Drżyjcie rodzice, nadchodzi Rowling!

Przez ostatnie piętnaście lat deprawowała niewinne serca Waszych dzieci opowieściami o krnąbrnym czarnoksiężniku. To przez nią wpadły bezpowrotnie w szpony alchemii, demonologii i dobrej zabawy. Po pięciu latach zbawiennego milczenia ta bezwstydnica powraca ze swoim zatrutym piórem na scenę. Tym razem pisze o Was i dla Was, drodzy Mugole. Drżyjcie rodzice, walą się mury Hebronu. Co czynić? Książkę spalić czy przeczytać? Który wybór to Trafny wybór.

 

Od zera do milionera – jak sprzedać książkę w epoce obrazu

 

Kiedy ktoś dorobi się w biznesie – wiadomo: ukradł. W sztuce, kulturze i szeroko pojętym show biznesie po prostu się sprzedał. Wszyscy pamiętamy, jak było z J.K. Rowling. Miała szczęście z pierwszą częścią Harry’ego Pottera, a potem zamieniła się w maszynkę do robienia pieniędzy. Taśmowo produkowała kolejne tomy, powielając pomysły, zaniedbując formę. Tajemnicą pozostaje, dlaczego dzieci bezkrytycznie zachwycały się każdą kolejną częścią przygód małego czarodzieja (zapewne narkotyczne uzależnienie), a krytycy za najlepszy uznali finalny tom serii (przekupne dranie).

 

Rękopis „Harry’ego Pottera” został odrzucony przez 12 wydawców, 12 plujących sobie zapewne po dziś dzień w brodę wydawców. Dopiero wydawnictwo Bloomsbury oceniło właściwie komercyjny potencjał historii. Sukces oczywiście nie zrodził się sam. Spece od promocji włożyli odpowiednio dużo starań w to, aby książka od początku stała się przedmiotem kultu. Najpierw działanie przez analogię. Wszyscy znają historię wydania „Hobbita”. Sir Stanley Unwin zlecił swojemu dziesięcioletniemu synowi sporządzenie recenzji książki wszech czasów. Chłopiec był zadowolony, „Hobbit” szybko ukazał się w księgarniach. W przypadku Rowling małego Raynera zastąpiła Alice Newton, która po przeczytaniu pierwszego rozdziału, natychmiast zażądała następnych. To mit pierwszy, związany z wydawniczą autonomią dzieci. Ich niewinne, czyste umysły potrafią najlepiej rozpoznać, która książka jest dobra. Dziecko zyskuje krytyczną samodzielność.

 

 

Mit drugi wiąże się z postacią samej Rowling. Była już trochę za stara, żeby lansować ją na młodego geniusza. Postawiono więc na taktykę człowieka znikąd. W każdym artykule podkreślano, że ta genialna książka wyszła spod ręki „zwykłej”, biednej nauczycielki. Owa bieda była podkoloryzowana do granic karykatury. Powtarzano historię o nieogrzewanym mieszkaniu, które zmuszało ubogą kobietę do pisania książki w kawiarniach na skrawkach serwetek (nie stać jej było w końcu na papier, ale na kawę jak najbardziej). Właściwie gdyby nie nagły sukces pani Joanna pewnie poniosłaby śmierć głodową wraz ze swoją córką. Choć autorka starała się dementować te informacje, plotka zaczęła już żyć własnym życiem i okazała się najlepszą reklamą. Rowling chcąc nie chcąc została Rockefellerem literatury.

 

Szczęśliwie dla autorki publikacja „Harry’ego Pottera” zbiegła się z rozwojem Internetu. Nowe medium pozwalało nastoletnim fanom spotykać się na forach i toczyć zaciekłe dyskusje o ukochanej książce. Powstawały blogi obfitujące w fan fiction, czyli kontynuacje historii małego czarodzieja, napisane przez samych czytelników. To podsycało podniecenie, pasję i nakręcało histerię, która swój szczyt osiągała wraz z publikacją każdej kolejnej części, a później przy okazji premier filmowych.

 

Żadna z tych rzeczy nie miałoby zapewne miejsca, gdyby historia dzieci z Hogwartu nie była po prostu dobra. Rowling sama przyznaje, że pisanie kolejnych tomów na czas, pod presją wydawnictwa, nie było sytuacją komfortową. Dlatego właśnie o pisaniu swojej najnowszej powieści dla dorosłych nie mówiła głośno. A wydawcę wybrała dopiero wtedy, kiedy książka była już ukończona. Teraz ona mogła stawiać warunki. Była już przecież zamożniejsza od królowej Elżbiety.

 

Czarownica czy święta wybawicielka?

 

Harry Potter to biblia satanizmu dla najmłodszych, wstęp do fascynacji okultyzmem, twardy New Age, podręcznik relatywizmu etc. Wie o tym każdy, kto słuchał kazań księdza Natanka czy też zetknął się z interpretacjami niemieckiej socjolożki Gabriele Kuby. Ta ostatnia zadała sobie chociaż trud i wnikliwie przestudiowała serię, doszukując się w zmyślnej narracji wprowadzania dzieci w trans, by następnie wpoić im relatywizm, nakarmić kultem zła, zaszczepiając niepozorne nasiona egoizmu. Literacka sprawność została utożsamiona z tajemniczą mocą perswazji i manipulacji.

 

Argumenty drugiej strony wcale nie były lepsze. Powtarzanym jak mantra frazesem dorosłych zwolenników Harry’ego Pottera było twierdzenie, jakoby książka była dobra, ponieważ dzieci wreszcie czytają. Nieważne, co czytają. Zadowolone mamusie i dumni tatusiowie, którzy nie mieli czasu dzielić pasji ze swoimi pociechami, cieszyli się, że kiedy przyjdą goście, Jaś nie będzie siedział przed telewizorem, ale w fotelu z książką, jak przyszły intelektualista.

 

Tak ignorancja i lenistwo intelektualne dorosłych zaprzepaściły intertekstualny potencjał książki. Zamiast wykorzystać fascynacje dzieci tekstem przeładowanym odwołaniami do kultury, historii i nauki, rodzice albo wyrywali im ulubioną lekturę z rąk, albo zasypywali je tonami niepotrzebnych gadżetów. Do kin zbiegały się tłumy dziesięciolatków wyposażonych w różdżki i peleryny. Wszyscy się cieszyli i chrupali popcorn.

 

Te straszne rodziny

 

Choć konserwatywne skrzydło, krytykując Harry’ego Pottera, skupia się głównie na wątkach magicznych, źródła niechęci upatrywałabym gdzie indziej. To Mugole są prawdziwą kością niezgody. Rowling w perfidny i zakamuflowany sposób odważyła się podnieść zdeprawowaną rękę na ostoję mieszczańskich wartości – rodzinę. To śmieszne oskarżać Hogwart o szerzenie satanistycznych wartości. Na pierwszy rzut oka widać, że to po prostu baśniowy obraz szkoły, a demoniczni czarodzieje są niczym innym jak pierwszym tak pozytywnym portretem nauczyciela w literaturze. Konserwatywni czytelnicy dostrzegli to i zaatakowali. To w końcu rodzina (nawet patologiczna), a nie zepsuta, liberalna szkoła powinna moralnie kształtować przyszłe pokolenia.

 

Rodzina (a nie seks i narkotyki, jak głoszą reklamy) jest też głównym tematem najnowszej powieści Rowling „Trafny wybór”. Pisarka bezpardonowo wchodzi w zakazane, intymne rewiry czterech ścian brytyjskich domów i wywleka na wierzch wszystkie mroczne sekrety. Historie brutalnych mężów i wścibskich żon – ludzi, którzy uzależnili się od siebie i po drodze zgubili coś ważnego – składają się na treść tej książki. Pisarka znęca się nie tylko nad zaściankowymi, zamulonymi przez tradycję rodzinami, problem dostrzega też w nowoczesnych, liberalnych domach. Strzeżcie się Mugole, nikt nie jest bezpieczny.

 

Po stronie dzieci

 

Nie dość, że Rowling grzebie w prywatnych sprawach porządnych obywateli, to w dodatku opiewa losy zwykłych chuliganów. Nurza się w świecie brudnych graficiarzy, okrutnych chłopców, puszczalskich dziewcząt i jeszcze staje po ich stronie. Pisarka nie wybiela obrazu tak bliskiej jej młodzieży. Wręcz przeciwnie, rysuje jej portret z niespotykana wnikliwością. A jednak to w gburowatych i krnąbrnych nastolatkach czytelnik odnajdzie iskierkę nadziei. Rodzice kultywują jedynie swój egoizm, który stawia nieprzenikniony mur między pokoleniami. Czasami bywa też gorzej. Połowa młodych bohaterów książki tęskni za tym, co im się naturalnie przynależy, za domem jako bezpiecznym schronieniem.

 

Nić porozumienia między Rowling a dziećmi wydaje mi się czymś niebywałym. Tak samo, jak świetnie potrafi pisać o nich, tak kiedyś potrafiła pisać dla nich. Wydaje mi się, że w tym właśnie tkwi źródło jej sukcesu. Zawsze stała po stronie dzieci.

 

Co dalej?

 

Nie sądzę, żeby „Trafny wybór” spotkał się z tak ostrą nagonką, jak Harry Potter. Atak na powieść realistyczną, która przedstawia wnikliwą diagnozę współczesnego społeczeństwa wypadłby zapewne groteskowo. Łatwiej jest oskarżyć autorkę książek dla dzieci o demoralizowanie młodzieży, niż doszukiwać się w prozie dla dorosłych czegoś szokującego czy skandalizującego. Trąciło by to myszką (wiktoriańską) w czasach, gdy rekordy sprzedaży biją powieści pornograficzne, a rynek pełen jest portretów o wiele ostrzejszych i zjadliwszych od tych przedstawionych przez Rowling. Mugole raczej nie odważą się rzucić najnowszej książki autorki Harry’ego Pottera na stos. Ale czy odważą się ją przeczytać?

Książki, o których pisał autor