26 października 2012

Houellebecq poszerza pole walki

Publikacja korespondencji Michela Houellebecqa i Bernarda-Henri Lévy’ego, zebrana w tomie „Wrogowie publiczni“, jest świetną okazją do przyjrzenia się dziełu tego pierwszego. Dziś uważanego za jednego z najważniejszych pisarzy na świecie.

 

Chociaż może lepiej mówić o Houellebecqu jako o diagnoście stanu współczesnej cywilizacji. Bo autor „Platformy“ jest pod wieloma względami współczesną wersją Roberta Musila. Podobnie jak Austriak, wykształcony technicznie i świadom statusu aktualnej wiedzy, przykłada kategorie naukowe do człowieka i wyciąga z nich konsekwencje. A one, co trzeba od razu dodać, nie pozostawiają złudzeń co do naszej kondycji. Dla pokolenia Musila doświadczeniem granicznym w kształtowaniu świadomości były dwa wielkie odkrycia XX-wiecznej fizyki: teoria względności i mechanika kwantowa. Jeśli dodamy do tego wpływy filozofii nietzscheańskiej to otrzymamy materiał, który stał się źródłem diagnozowania człowieka bez właściwości: pogrążonego w relatywizmie, opuszczonego przez wyższą instancję, pozbawionego transcendencji. Houellebecq obficie korzysta z tej aparatury (wielokrotnie zresztą odwołując się w korespondencji z Lévym do Nietzschego), dodając do tego refleksję na temat najnowszych osiągnięć biologii. Wyniki obserwacji są w większości zbieżne, chociaż Francuza cechuje znacznie większy fatalizm.

 

Bohaterowie Houellebecqa nie mogą się pogodzić z tą permanentną stratą, którą naznaczona jest cywilizacja zachodnioeuropejska. Europa to ziemia jałowa, bez żadnych wartości. Jeśli jest jakaś nadzieja, to leży ona gdzie indziej. Houellebecq w mailach do Lévy’ego wzdycha do „niesamowitej słowiańszczyzny“ i wygłasza laudacje na cześć elan vital Rosjan i imprez w Moskwie. Za to bohaterowie jego książek rozwijają platformę łączącą Zachód z Kubą czy Tajlandią. Niestety, choroba Europy jest ekspansywna i degeneruje te miejsca. Autochtoni, mimo że bogaci, duchowo godzą się na urynkowienie kolejnych sfer swojego życia, prostytuując się z emocjonalnymi bankrutami. Kwestią do rozważenia jest, jak przemyślenia Houellebecqa wpłynęły np. na Ulricha Siedla, który w „Import/Export“ czy „Raj: Miłość“ kreuje podobną wizję.

 

W twórczości Francuza nie ma drugich szans albo powrotów. I dotyczy to zarówno bohaterów jego powieści, jak i całego świata chylącego się ku upadkowi. Przed nami jest tylko jedna alternatywa. Albo laicyzacja, pozorny postęp i konsumpcja, albo jak w „Możliwości wyspy“ – republika islamska. Status quo nie będzie jednak trwać wiecznie i kwestią czasu jest zmiecenie starego świata. Kto zafundował nam to położenie? Zdaje się, że odpowiedź, gdzieś między wierszami, zawarta jest w „Cząstkach elementarnych“. To pokolenie, którego wyrazem manifestu pokoleniowego były strajki studenckie w 1968 i rewolucje „dzieci kwiatów”. Do tego pokolenia należała matka autora, którą jak pisze Lévy`emu, widział tylko kilka razy w życiu, bo zdecydowała się ona na prowadzenie nomadycznego trybu życia porzucając rodzinę. Nic dobrego to pozorne wyzwolenie nie przyniosło. Houellebecq krok po kroku pokazuje jak ruchy emancypacyjne i posunięty liberalizm ukradły naszą seksualność (nawiązując do „Pornoland“ Dines). To nad czym Francuz ubolewa, to zanik miłości (tak, miłości!). Widać to wyraźnie w jednej z kluczowych scen w „Możliwości wyspy“, podczas urodzinowej imprezy Eshter. Daniel, beznadziejnie w niej zakochany, obserwując swoją kochankę na tle jej rówieśników, dochodzi do wniosku jak bardzo się różnią. On szukał w związku nie tylko seksu (choć przyznawał tej strefie bardzo ważne miejsce), ale także uczucia. Eshter szukała tylko dobrej zabawy. Daniel w końcu ocenia ją jako amoralne zwierzątko i sąd ten spokojnie można rozszerzyć na prawie cało to pokolenie urodzone pod koniec lat 70. czy w latach 80.

 

Houellebecq, w gruncie rzeczy, ze swoimi tęsknotami i romantyzmem, jeśli na chłodno rozważyć jego twórczość, wydaje się myślicielem o wyraźnym rysie konserwatywnym. Jego bohaterowie piszą swoim życiem elegie na odchodzący świat. Warto tu jeszcze raz przypomnieć nazwisko Musila i wspomnieć o jednym z kilku szkiców zakończenia „Człowieka bez właściwości“, zwanym „mistycznym“. Ulrich wraz ze swoją siostrą udaje się w nim na włoskie wybrzeże by zespolić się w miłosnym uniesieniu. Jedno z kolejnych wcieleń Daniela w „Możliwości wyspy“, setki lat po wyginięciu ostatnich ludzi, będzie zastanawiać się nad krzywdą, jaką ludziom wyrządził Platon wraz z wizją miłości jako jedni. Daniel25 będzie analizował jej fenomen, a jego poprzednik Daniel1 będzie jej po prostu szukał – jak się okazuje, bezskutecznie. W „Możliwości wyspy“ zawarta jest jeszcze jedna, bardzo ważna myśl. Jedyne, czego może dokonać człowiek, to przedłużanie w nieskończoność czysto biologicznej egzystencji. Duch konsekwentnie zamiera.

 

Tyle jeśli chodzi o przekaz. Warto jeszcze jeszcze napisać o formie. Większość powieści Houellebecqa jest zaledwie poprawna w budowie i wszystko zostaje tam podporządkowane treści. Inaczej w przypadku „Mapy i terytorium“, dzieła stricte artystycznego. Francuz od lat kreował (albo i nie) swój wizerunek mizantropa. Media swego czasu trąbiły o jego zaginięciu, a rodzimi fani Houellebecqa byli zrozpaczeni na wieść, że Francuz nie doleci na spotkanie autorskie. I takiego Houellebecqa poznajemy w „Mapie i terytorium“. Z tym że poznajemy tylko mapę – obraz stworzony za pomocą umownych znaków. Terytorium, w szczególności terytorium duchowe, pozostaje nieodkryte. Houellebecq ze swojego życia uczynił rodzaj sztuki czy raczej performance`u, którego książka była tylko dopełnieniem. Pisarz Michel Houellebecq opisany w ostatniej powieści to rodzaj esencji Houellbecqa, ale tylko takiego jakiego on sam chce, żebyśmy poznali. Tymczasem prawdziwego Francuza tam tyle, ile prawdziwego życia w fotografiach Jeda Martina. Niewiele. Posługując się słownikiem Baudrillarda, Houellebecq stworzył własne symulakrum. Znak, który pozoruje rzeczywistość, ale do niej się nie odnosi. W tym wypadku odnosi się tylko do wizerunku stworzonego na potrzeby mediów.

 

W pierwszym liście do Lévy`ego określa siebie jako nihilistę, reakcjonistę, cynika, rasistę i bezwstydnego mizogina. Później doda, że poszukuje „z uporem i zawziętością wszystkiego, co tylko we mnie najgorsze, by złożyć to, merdając radośnie ogonem, u stóp publiczności […] Nie pragnę być kochanym wbrew temu, co we mnie najgorsze, lecz właśnie z racji tego, co we mnie najgorsze, posuwam się nawet do pragnienia, by to co we mnie najgorsze, było tym, co ludzie we mnie wolą“. Chyba nie trzeba nic więcej dodawać.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także