3 marca 2014

Bridget Jones, czyli pięćdziesiąt to nowe trzydzieści

Literackiej ulubienicy wszystkich kobiet strzeliła pięćdziesiątka. Bridget dorobiła się wspaniałego męża i dwójki dzieci. Mark Darcy rodem z Jane Austen, rycerz w srebrnej zbroi, niestety zostaje przez życie wysadzony z siodła, a co za tym idzie, Bridget ponownie jest samotna. Okrzyknięta przez przyjaciół „dziewicą odrodzoną” desperacko szuka nowego mężczyzny.

 

Jones, mimo tragicznych wydarzeń i odpowiedzialności wiążącej się z macierzyństwem, niespecjalnie różni się od rozmarzonej trzpiotki sprzed lat. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby jej głupota nie biła po oczach tak wyraźnie. Trudno uwierzyć, że pięćdziesięcioletnia kobieta na co dzień toczy walkę z technologią (np. z pilotem od telewizora), notorycznie twittuje po pijaku i snuje rozważania nad tym, czy od powiększającego błyszczyka do ust mogą spuchnąć również palce. Obszerna korespondencja na temat fekaliów i wymiocin romantycznie urozmaica nowy związek Bridget. Na tym nie kończą się absurdy jej życia, jak i samej książki; mimo całkowitej niekompetencji zawodowej kariera głównej bohaterki nabiera zawrotnego tempa, a jej scenariusz obfitujący w adaptacyjne błędy zostaje kupiony przez dużą wytwórnię. W pewnej chwili nawet nie dziwi, że Angielka podśpiewuje „Płonie ognisko i szumią knieje”…

 

Mimo to kolejna część historii szalonej Bridget bez wąpienia kipi humorem. „Szalejąc za facetem” wciąga podobnie, jak poprzednie części. Z każdą stroną czytelnik kibicuje jeszcze bardziej zagubionej bohaterce, mając nadzieję, że wreszcie otrząśnie się z infantylizmu i stanie na wysokości zadania. Znów wspólnie liczymy kalorie, robimy kolejne listy postanowień. W końcu jednak uderza nas, że ubóstwiana Angielka nie jest już szaloną singielką, że powinno się coś zmienić.

 

Tym, co w książce irytuje najbardziej, jest całkowita niezmienność kobiety, która już dawno powinna dorosnąć, a nie być dumną z tego, że potrafi utrzymać dzieci przy życiu i chwilami powstrzymać się od pochłaniania kilogramów tartego sera. Pozwólmy Bridget być prawdziwym człowiekiem, niech ma pięćdziesiąt lat i wygląda sexy, niech podda się botoksowej kuracji i randkuje, może być radosna i rozkojarzona, ale niech nie będzie zidiociała, bo takiej historii nie kupi nawet nastolatka. Że nie wspomnę o wiernych fankach Helen Fielding, które z pewnością zdążyły już dorosnąć.

Książki, o których pisał autor