25 lutego 2013

Gra przestała być zabawą

Życie to gra – ta banalna metafora w „[geim]” została pozbawiona jakichkolwiek przenośnych znaczeń. Powieść Andersa de la Motte to rzecz przepełniona zagadkami i niezwykle dynamiczna.

 

HP znajduje telefon, który wciąga go do gry. W SMS-ach otrzymuje kolejne zadania. Zaczyna się od psikusów wyrządzanych przypadkowym osobom. Z czasem robi się niebezpieczne. Mimo to HP nie potrafi zrezygnować z tajemniczej zabawy. Ciągle rośnie liczba fanów oglądających filmiki z jego wybrykami, a on sam zmierza do szczytu listy rankingowej graczy. Dodatkowo za wykonanie zadań dostaje zapłatę. Nie jest to bez znaczenia, gdyż HP nie może znaleźć stałej pracy. Anders de la Motte prowadzi równolegle opowieść o inspektor Rebecce Normén, która poza wspinaniem się po szczeblach kariery w świecie rządowych ochroniarzy, gdzie prym wiodą mężczyźni, próbuje dokonać ostatecznego rozrachunku z koszmarami przeszłości, podsycanymi przez kogoś anonimowymi liścikami.

 

W głowie czytelnika rodzą się kolejne pytania. Co łączy oboje bohaterów? Do jakich zadań zostanie zmuszony HP? Kto stoi za tajemniczą grą? Kto ze spotykanych przez HP ludzi też jest graczem? Nadzieja na uzyskanie odpowiedzi nie pozwala nam się oderwać od „[geim]”. Przez chwilę możemy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z teoriami spiskowymi rodem z „Kodu Leonarda da Vinci”. Sprawa okazuje się jednak nieco bardziej skomplikowana.

 

De la Motte sięga po kolokwialny język dopasowany do charakteru postaci, o której właśnie opowiada. Bardziej wrażliwych czytelników może razić częste sięganie po wulgaryzmy – szczególnie w miejscach, w których opowieść dotyczy HP. Mimo klasycznej trzecioosobowej narracji znajdujemy się blisko bohaterów. Na uwagę zasługuje również swoboda w posługiwaniu się wiedzą z zakresu nowinek technicznych, szczegółów dotyczących broni oraz działalności instytucji, które przewijają się na kolejnych stronach. Dzięki temu świat przedstawiony jawi się czytelnikowi jako niezwykle spójny. Efekt może zepsuć jedynie nazbyt otwarte zakończenie. Należy pamiętać jednak, że to początek trylogii.

 

Najistotniejszym walorem powieści Andersa de la Motte jest tempo akcji. Nie ma w niej właściwie fragmentów, które służyłyby zapychaniu dziury, zbędnemu rozbudowywaniu fabuły czy snuciu niepotrzebnych wątków pobocznych. Cały czas przemy do przodu, wciągnięci w literacką grę, od której trudno się oderwać do ostatniej strony.