14 września 2012

Krajobraz po bitwie

Zaremba opowiada z pasją o Polsce tuż po II Wojnie Światowej. Sprawnie odmalowuje te okrutne czasy, choć trzeba zaznaczyć, że nie brak w jego pracy błędów.

 

„Róża“ Wojciecha Smarzowskiego była wielkim odkryciem zeszłorocznego festiwalu filmowego w Gdyni – chyba wszyscy, którzy widzieli ten obraz, zgodzą się z tym, że to rzecz dużej miary. Niemożliwa miłość AK-owca i wdowy po niemieckim żołnierzu musiała poruszać. Hołd reżyserowi należy się także za osadzenie filmu w bardzo specyficznym momencie w historii Polski, o którym za dużo się nie mówi, a jest być może kluczowy dla zrozumienia naszych najnowszych dziejów. Chodzi o czas, w którym rozgrywa się „Popiół i diament” Andrzejewskiego oraz „Zdobycie władzy” Miłosza, okres od klęski Powstania Warszawskiego do instalacji nowego, komunistycznego systemu. Lukę w zbiorowej świadomości ma szansę wypełnić Marcin Zaremba ze swoją „Wielką Trwogą”. Praca historyka związanego z Uniwersytetem Warszawskim to pierwsza szeroka panorama Polski i Polaków między 1944 a 1947 rokiem.

 

Sześć lat wojny na naszym terytorium to m.in. kilkukrotne przewalanie się frontu, okupacja niemiecka, akty ludobójcze i anihilacja stolicy. Co gorsze, gwałt na ziemi zaowocował nieodwracalnym gwałtem na duszy. Przez całą wojenną zawieruchę człowiek jakby skarlał, górę wzięły niskie instynkty, z ludzi wychodziło to, co w nich najgorsze. Po latach patologii ciężko jest wrócić do normalności. Zresztą, jakiej normalności? Wojna wcale nie skończyła się 8 maja 1945 roku. W Polsce wciąż trwała walka wewnętrzna (u Zaremby nazywana – niesłusznie – domową). Nasze terytorium wciąż spływało krwią, a przyroda była niemym świadkiem przesuwania się wielkich mas ludności: repatriantów, przesiedleńców, krasnoarmiejców, bandytów, kalek i sierot. Do tego szalejący kryzys, epidemie i głód.

 

Zaremba całkiem sprawnie odmalował tę okrutną epokę, chociaż w jego pracy pojawia się kilka błędów. Dodać jednak trzeba, że wynikają one raczej z przyjętej przez autora optyki niż z braków warsztatowych. Zaremba, mimo że jest uczniem profesora Kuli, wywodzi się raczej ze szkoły Jana Tomasza Grossa, którego pisma cytowane są w „Wielkiej Trwodze“ z nabożną czcią. Podobne jak u Grossa, jeśli nie wręcz identyczne, są przemyślenia historyka na temat przyczyn pogromów czy korzeni antysemityzmu. Tymczasem, Armia Czerwona miała nieść wyzwolenie Polakom. Co więcej, gwałciciele kobiet w sowieckich mundurach są przez Zarembę… poddawani psychoanalizie.

 

Mimo to z „Wielką Trwogą“ warto się zapoznać. Są tutaj fragmenty rewelacyjne, jak rozdział „Zmory tymczasowości“, o problemach z kwaterunkiem czy o strachu przed rewizją zagarniętego mienia. Wrażenie robi również bogactwo źródeł na czele z korespondencją zwykłych obywateli. Książka Zaremby – napisana z wielkim rozmachem – mogłaby stać się przyczynkiem do dyskusji na temat czasów powojennych. Pierwszy krok został uczyniony.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także