8 listopada 2018

Last minute w zaświatach („Lincoln w Bardo”) – recenzja

Rozważania nad „Lincolnem w Bardo”, a raczej nad polskim przekładem powieści-dramatu autorstwa George Saundersa, za którą (który?) autor otrzymał w ubiegłym roku Bookera, pragnę rozpocząć właśnie od rzeczonego tłumaczenia, którego podjął się Michał Kłobukowski.

Powiedzieć, że jest to przekład doskonały, to, używając słynnego powiedzenia jednego z naszych rodzimych pisarzy, nic nie powiedzieć. „Lincoln w Bardo”, ze względu na swoją strukturę, łączącą w sobie klasyczny dramat i elementy powieści, jest tekstem wymagającym: pełnym gier słownych, odwołań do amerykańskich tradycji i charyzmatycznych monologów postaci, za pomocą których budowany jest ich wizerunek, czy to przez autoprezentację, czy opowieści o współtowarzyszach. To właśnie z wypowiedzi bohaterów czerpiemy informacje o świecie przedstawionym „Lincolna w Bardo”, co jest charakterystyczne dla formy dramatu. Ponadto, Saunders część historii opowiada przy pomocy krótkich informacji prasowych, wypowiedzi osób trzecich czy fragmentów tekstów naukowych — oczywiście fikcyjnych — co ma na celu poszerzyć nasze postrzeganie tej opowieści, jesteśmy w stanie się zdystansować i spojrzeć na nią oczami postronnego obserwatora. Zabieg ten również ukazuje skalę osobistego dramatu prezydenta Lincolna, który urósł do dramatu narodowego. O skomplikowanej formie powieści wspominam już na samym początku, by nakreślić, jak wielkiej rzeczy dokonał Kłobukowski, który starannie oddał ducha dzieła Saundersa (duch jest tu słowem kluczowym), które nie jest tekstem prostym i łatwym w odczycie. Kłobukowski stworzył z „Lincolna w Bardo” zjawisko warte przeczytania chociażby dla doskonałej warstwy językowej. Piękną polszczyzną jest ta książka tłumaczona.

Legendarny prezydent Stanów Zjednoczonych, Abraham Lincoln, stał się ofiarą Saundersa, który uczynił z niego jednego z głównych bohaterów „Lincolna w Bardo”, doprowadzając tym samym do swoistego upadku legendy słynnego prezydenta, który w dramacie przedstawiony jest nie w roli głowy państwa, lecz kochającego ojca, związanego silną relacją z synem. Stary Lincoln jest przede wszystkim realizacją figury ojca cierpiącego, cierpiącego po stracie dziecka. Oczywiście upadek mitu, o którym wspominam, dokonuje się jedynie w pewnej sferze, gdyż postać Lincolna jest jedynie literacką wariacją Saundersa, który ukazuje czytelnikowi prezydenta Lincolna od strony prywatnej, jakże wrażliwej i czułej. Zbolały ojciec, który nie jest w stanie pozostawić synka w zimnej, mrocznej krypcie. Która wcale taką mroczną nie jest, bo pełno w niej żarliwych, często niemalże wesołych dyskusji, pełnych uszczypliwych żartów i obelg, o których Lincoln nie ma bladego (w tym kontekście jest to słowo aż nadto niefortunne) pojęcia — gdyż nie przynależy do sfery, w której owe głosy rozbrzmiewają. Wciąż pozostaje żywy, w przeciwieństwie do syna, którego głos do głośnych sporów dołącza. I w tym właśnie punkcie historii istotny staje się tytuł dzieła Saundersa — Bardo bowiem jest określeniem stanu przejściowego, czegoś pomiędzy. Pewnego rodzaju poczekalni, w której tkwią dusze po śmierci. Tam właśnie trafia młody Willie Lincoln.

Bohaterami dzieła Saundersa są przede wszystkim duchy, dusze ludzi pochowanych na cmentarzu na Dębowym Wzgórzu w Georgetown, tym samym, na którym na wieczny spoczynek złożono synka prezydenta Lincolna. To właśnie oni, ich dusze, będą przewodnikami po Bardo dla małego Williego, przewodnikami dość osobliwymi, bo nie do końca kompetentnymi, mającymi jednak jak najlepsze i szczere chęci. Niekompetentnymi, bo nieświadomymi — nowi towarzysze małego Lincolna nie wiedzą, że są martwi. Opowiadają młodzieńcowi o świecie, który tak naprawdę jest dla nich nieznany, o zatrzymaniu się z powodu choroby, która jest pomiędzy — pomiędzy życiem a śmiercią. Duchy uważają się za chorych, co pozwala im mieć nadzieję na powrót do dawnych żyć. Wedle nich, zalegli po prostu na chwilę w „szpitalnej skrzyni”, dla przeczekania gorszego czasu. Nikomu jednak nie przyszło do głowy, że „szpitalna skrzynia” to przecież trumna, w której spoczywają ich martwe ciała. W polskim tłumaczeniu duchy swoje ciała nazywają „larwami”, co sprowadza do metaforycznego utożsamiania ciała ludzkiego, martwego ciała, z czymś obrzydliwym, co pochodzi z ziemi, i do ziemi trafia, a co się z tym wiąże, w hierarchii ważności figuruje niżej niż dusza. Śmierć Williego nagle zdaje się mieć swój cel — jego duch zrewolucjonizuje bezpieczną przystań, w której nieuświadomione duchy osiadły.

Willie Lincoln umiera w trakcie wojny secesyjnej. Jego ojca oskarża się o zaniedbywanie obowiązków głowy państwa. Jakby w odwecie, tak jak śmierć odebrała synów matkom, mężów żonom, ojców dzieciom, tak Lincolnowi śmierć odbiera Williego. Lincoln po jego odejściu cierpi tak, jak cierpi ojczyzna po stracie żołnierzy — zgon jego syna ma wymiar symboliczny. Saunders bawi się w „Lincolnie w Bardo” konwencją, opowiada swoją wersję historii o stracie prezydenta, jego dzieło jest luźną adaptacją prawdziwych zdarzeń. „Lincoln” jest tworem skomplikowanym, nieoczywistym, pełnym pułapek i wieloznaczności. Czyta się go jak współczesny przekład dziewiętnastowiecznego dramatu — jego forma przypomina tę klasyczną, lecz język, którym jest napisany, choć stylizowany, jest wyraźnie współczesny (bazuję oczywiście wyłącznie na polskim przekładzie). I choćby dla niego, dla języka, którym Kłobukowski skroił tę historię, warto po „Lincolna w Bardo” sięgnąć. I jeszcze z jednego, bardzo mocnego powodu — dla kreacji towarzystwa wilegiaturującego się w Bardo — Saunders okazuje się być wybitnym portrecistą, i nie tylko o charyzmatyczne bajdurzenie duchów chodzi, ale i o wyjątkowość ich charakterów i losów, która w trakcie bajdurzenia wychodzi. Świat pomiędzy okazuje się być w „Lincolnie w Bardo” dużo bardziej intrygujący, niż ten, w którym funkcjonują ciągle żywi.

Ośmielę się napisać, iż Saunders stworzył sztukę dla sztuki, bo „Lincoln w Bardo” nie szczyci się niczym innym, jak tylko formą, doskonałą realizacją pomysłu; jest literackim eksperymentem, jakich pragnę wiele. Nie o opowiedzenie o stracie tu chodzi, ale o sposób, w jaki się to uczyni. Kiedy ostatnio coś tak doskonałego ujrzało światło dzienne? Saunders zachwyca dbałością o detale i nawiązaniami do tradycji literackich. Nie jest to książka dla tych, którzy lubią bogate fabuły. O „Lincolnie w Bardo” można mówić jako o książce nadzwyczaj nudnej, przeciągniętej i po prostu, męczącej — jeśli tylko zapomni się o tym, jak jest ona zrobiona. „Lincolna” czyta się dla rozkoszy nad doskonałym haftem literackim. Brakuje nam tego typu dzieł — Saunders wiedział, co czyni, skroił swoją opowieść tak, by wywołać melancholię i tęsknotę w miłośnikach estetycznej literatury. Przyłączam się do tłumu entuzjastów saundersowego „Lincolna”, i namawiam: spróbujcie.

lincoln

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także