14 grudnia 2018

Nieznośna lekkość zaniku („Uniesienie”)

Czytanie nowego Kinga jest dla czytelnika aktem szkodliwym, bo wywołującym uporczywe, niezbyte poczucie niewystarczalności i niebytu. To, co pisarz prezentuje nam w „Uniesieniu”, to zaledwie słaby konspekt jednej z kolejnych monumentalnych, typowych dla Kinga powieści, na którą brakło albo pomysłu, albo zapału.

Nieśmieszny żart

W zasadzie patrząc do tyłu na całokształt twórczości amerykańskiego pisarza, „Uniesienie” wydaje się być nieśmiesznym żartem, który został wypuszczony na rynek wydawniczy. Tę powieść trudno jest nawet nazwać opowiadaniem. King przyzwyczaił nas do swojego gawędziarstwa, nużących, bardzo długich wprowadzeń do fabuły
właściwej — które mimo wszystko wszyscy lubimy, a które występują nie tylko w pełnowymiarowych powieściach, ale i w opowiadaniach przedrukowywanych w zbiorach.

Bez zbędnych wstępów

W „Uniesieniu”, które krótsze jest niż niejedna wprowadzająca gawęda, King od razu, bez zbędnych wstępów, przechodzi do rzeczy. I to nie tak, że zmiany, które autor prezentuje w swojej najnowszej książce, są mi obce, przez co wywołują mój dyskomfort, i dlatego też uznaję za negatywne zjawisko. Dziwią mnie po prostu dwie rzeczy: zadziwiająco niski poziom tego tekstu, jak i fakt wypuszczenia tej krótkiej formy na rynek w formie osobnego, niezależnego bytu. „Uniesienie” mogłoby stanowić dodatek do pełnowymiarowej powieści, jako kontekst, dopowiedzenie, niespodzianka; lub zostać przedrukowane, bardziej jako ciekawostka niż pełnowartościowe
opowiadanie, w kolejnej kompilacji opowiadań. Umyślnie piszę „ciekawostka”, bowiem dla miłośników twórczości Kinga „Uniesienie” będzie rozczarowującą, ale jednak, nowością. Jestem zdumiona, jak bardzo bezsensowna jest to historia. Powiedzieć, że jest to książka o niczym, to nic nie powiedzieć — to tekst, który wstyd odłożyć do szuflady. Zwłaszcza dla kogoś takiego, jak King.

Znikanie

„Uniesienie” to krótka opowieść o mężczyźnie w kwiecie wieku, który zauważa u siebie patologiczną przypadłość: niespodziewanie zaczyna gwałtownie tracić na wadze. Nie jest to jednak powtórka z „Chudszego”, główny bohater, Scott Carey, nie cierpi na żadną chorobę, co więcej — o utracie masy ciała dowiaduje się dopiero po stanięciu na wadze, jego ciało nie ulega żadnym przemianom, stan zdrowia nie zmienia się. Nowa sytuacja nie wpływa szczególnie na życie Scotta, wręcz przeciwnie — nigdy wcześniej nie czuł się lepiej. Główny bohater postanawia pogodzić się z powolnym… znikaniem?

Nieheteronormatywność 

King po raz kolejny wprowadza nas do dobrze nam już znanego uniwersum miasteczka Castle Rock, w którym dzieją się rzeczy najbardziej absurdalne (jeśli absurdalność moglibyśmy stopniować). Absurdalne, jak nagła utrata wagi bez widocznych cielesnych zmian, niepowodowana chorobą; czy płonąca wrogość mieszkańców do lokalnego lesbijskiego małżeństwa, którego problemy finansowe spowodowane są jedynie nietolerancją i wrogością sąsiadów. King w tej książce porusza kwestię homoseksualności, tego, jak związki nieheteronormatywne (zwłaszcza te zalegalizowane) postrzegane i traktowane są przez, wydawałoby się, otwarte i tolerancyjne amerykańskie społeczeństwo. „Uniesienie” prezentuje pewne schematy, które, zdawałoby się, już dawno zostały zwalczone. Według mieszkańców Castle Rock małżeństwo dwóch kobiet to zjawisko chorobowe, któremu nie wolno zaistnieć, a skoro już się zdarzyło, powinno pozostać w ukryciu. Tę „patologię” reprezentują postaci sąsiadek głównego bohatera, które są właścicielkami lokalnej restauracji, cieszącej się doskonałym jedzeniem i słabą frekwencją, spowodowaną wyłącznie ich wzajemną relacją. King w „Uniesieniu” nie walczy z nietolerancją, a jedynie ją sygnalizuje, zaznacza jej ciągłe trwanie. Niestety, na homoseksualnym wątku kończy się lista ważnych, dobrych aspektów tej książki.

Niewiele Kinga

Ciężko jest mi napisać, że „Uniesienie” to „King w najgorszej postaci”, bo Kinga w tej książce za wiele nie ma. Zgadza się uniwersum, trochę bohaterowie, i na tym zakończyłabym tę wyliczankę. Gdybym nie wiedziała, że historię tę popełnił King, mogłabym podejrzewać o jej powstanie któregoś z synów pisarza. Chociaż nie, wróć, byłoby to krzywdzące z mojej strony. „Uniesienie” to wydmuszka powieści, pustostan. W tej historii nie ma nic, oprócz ważnego wątku homoseksualnego (co prawda niedostatecznie dobrze skonstruowanego, przyjmijmy jednak, że liczą
się chęci, grunt to idea) i wyjątkowo słabo pomyślanej historyjki o zanikaniu głównego bohatera, który ma generalnie wiele istotniejszych problemów, niż to, że zaraz przestanie istnieć. Rozkładam bezradnie ręce. Mam wielką nadzieję, że „Uniesienie” jest igraszką Kinga z czytelnikiem, udowodnieniem, że nawet jego słabe książki będą czytane przez tłumy. Królowi się wybacza, Król wie, co robi.

A ja chyba mu ufam.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także