28 kwietnia 2014

„Najntisy” jako źródło cierpień

Swoją opowieść o pokoleniu dorastającym w posttransformacyjnej rzeczywistości Paulina Wilk tworzy wbrew modzie na lata dziewięćdziesiąte i w zgodzie z nią. W zgodzie, gdyż znajdziemy w „Znakach szczególnych” sporo z fetyszyzowanych przez hipsterów rekwizytów. Wbrew, bo obraz podsuwany przez dziennikarkę znacznie odbiega od arkadyjskich „najntisów”, o których wyżej podpisany myśli niemal wyłącznie z nostalgią i rozrzewnieniem. Jeśli nawet dostajemy Arkadię, to taką z napisem Et in Arcadia ego napaćkanym na blacie biurka za pomocą flamastrów „w odblaskowych kolorach”, będących na początku lat dziewięćdziesiątych jedną z oznak szkolnego prestiżu.

header - WilkZnaki

Punktem wyjścia do autobiograficznej narracji Wilk są jednak lata osiemdziesiąte. Przyciężka, zimnowojenno-zimnofalowa dekada tutaj posiada niemal wyłącznie pozytywne konotacje. Autorka zabiera nas na utopijną wysepkę zamieszkaną wyłącznie przez dzieci (jeżeli jacyś dorośli pojawiają się w pobliżu, to tylko jako asysta, nigdy jako znak opresji), taką, na której nie ma mowy o hierarchizacji, materialnych rozbieżnościach czy pochodzeniu społecznym. A przede wszystkim: taką, która stanowi strefę bezpieczeństwa i afirmacji życia. Dzieci są przecież nieśmiertelne, nieprawdaż?

 

Wraz z cezurą roku ’89 tryb „wspólnotowy” zostaje zamieniony na „wyścigowy”, a nowa rzeczywistość, wraz ze swoim konsumpcyjnym bagażem, przynosi całą masę niepożądanych inicjacji (po drodze okaże się też zresztą, że z tą nieśmiertelnością, to jednak nie do końca tak…). Otwarcie granic, niczym otwarcie tamy, doprowadza do zalania przez masę błyszczących śmieci znamionujących luksus i wzbudzających sztuczną potrzebę posiadania. Własnoręcznie przygotowane kapsle z flagami państw okazały się jedynie substytutem dobrej zabawy i pożądanej pełni życia. Jak stwierdza narratorka „nagle staliśmy się tym, co mogą nam kupić rodzice”.

 

Szybko okazuje się, że nowy początek wymusza też zmianę modelu relacji między rówieśnikami: bohaterowie „Znaków szczególnych” nie zdążyli nawet zauważyć, kiedy znaleźli się w boksach startowych, oczekując na rozpoczęcie wyścigów: o znajomość języków, zagraniczne wycieczki, menadżerskie umiejętności, zagraniczne staże i kredyty hipoteczne. Przedbiegi, których konsekwencją stanie się armia zaprawionych do pracy w „korpo” jednostek, są oczywiście okupione osłabieniem więzów rodzinnych, pogłębiającym się egotyzmem i narastającą nudą rzeczywistości. Oraz przekonaniem, że „życie jest gdzie indziej”, trzeba tylko po nie sięgnąć.

 

Gdy wydaje się nam jednak, że moment sięgnięcia po „prawdziwe życie” właśnie nastąpił, okazuje się, że jest już za późno. I to w książce Wilk jest najbardziej interesujące: próba sportretowania pokolenia „najntisów” jako pokolenia spóźnionego i – być może z własnej woli – oszukanego. Wszelkie nabywane z uporem i pieczołowitością umiejętności i kolejne stopnie cywilizacyjnego wtajemniczenia nie są w stanie zrekompensować braków, jakie odziedziczyła III RP. A Zachód, tak utęskniony i mityzowany („bawiliśmy się w międzynarodowe wyścigi, każdy chciał być Stanami Zjednoczonymi, a Polską nikt”) niespecjalnie kwapił się, aby na nas poczekać.

 

Okupiona dziecięcym spojrzeniem perspektywa, jaką przyjmuje autorka, opisując lata osiemdziesiąte, przynosi sporo zgrabnych, nasyconych detalami opisów. Tym bardziej sugestywny i wyraźny wydaje się kontrast między wspomnieniami z pierwszych lat życia a okresem nastoletnim i studenckim. Paradoksalnie, renowacja jest w „Znakach szczególnych” metodą obracania w ruinę. Opisy rodzinnego miasteczka, które po roku ’89 zostało w dużym stopniu zmodernizowane, to zarazem próba pokazania, w jak subtelny sposób zmieciono z powierzchni ziemi stary świat. Narratorka świadomie uczestniczy w gospodarczo-kulturalnym postępie, ale zupełnie w niego nie wierzy, niczym (pardon my Benjamin) „anioł historii”, który odwraca się plecami do przyszłości i biernie obserwuje coraz odleglejszą, obracającą się w gruzy przeszłość. Jedyne, co można ocalić, to przedmioty w rodzaju gumowego kota, skarbonki, która „nie mogła stracić na wartości, bo nigdy jej nie miała”.

 

Poza wspomnianymi „dziecięcymi fragmentami” (które, mimo niewątpliwego uroku, niezbyt odbiegają od tego, jak punkt widzenia dziecka portretowany był w ostatnim czasie w polskiej prozie – wystarczy przywołać choćby Tulli czy Helbig, takich przykładów znalazłoby się jednak mnóstwo), sporo miejsca poświęca Wilk partiom przywodzącym momentami na myśl manifest. W telegraficznym skrócie: oddaliliśmy się od siebie, konsumpcja nas zdominowała, goniliśmy za celem, który nie był tego wart etc. – jak widać, „oryginalność” myśli zbliża nas niebezpiecznie do natchnionych rozmów rodem z Polsat Cafe. I tylko i wyłącznie warsztatowa zręczność autorki pomaga oprzeć się wrażeniu, że nie mamy do czynienia z esejem konkursowym pisanym przez zaangażowaną społecznie licealistkę.

 

Mimo to „Znaki szczególne” stanowią istotną próbę sportretowania pierwszego polskiego „korpopokolenia” i nieco odczarowują Polskę lat 90., o której zaczyna się już mówić niemal wyłącznie przy użyciu sentymentalno-nostalgicznej poetyki (najwyraźniej następuje przekazanie pałeczki po okresie zachwytu „ejtisami”), a której populację Wilk określa jako „społeczeństwo na skraju załamania nerwowego”. Nazbyt wyraźne wydaje się jednak usiłowanie stworzenia spójnej, pokoleniowej narracji i nieustanne szafowanie zaimkiem „my” (my – klasa średnia? najwyraźniej tak, zważywszy na to, że autorka ogranicza swoją refleksję wyłącznie do jej problemów). A jeżeli nawet określimy już „kto?”, to pozostaje problem z „do kogo?”. Przyjmując na chwilę, że opisywane pokolenie jest grupą etniczną, mamy do wyboru trzy warianty pisania etnograficznego: o swoich dla innych, o innych dla swoich i o swoich dla swoich. Dwie pierwsze opcje odpadają, trzecia prowokuje natomiast pytanie, czy w tym przypadku Wilk nie ociera się o truizm i przekonywanie przekonanych. A może chodzi po prostu o profilaktyczne odświeżenie pamięci, zanim dziewięćdziesiąte będą kojarzyć nam się tylko i wyłącznie z kiepskimi ciuchami, kasetami magnetofonowymi i wejściem Polsatu na rynek medialny?

 

Zresztą: co ja mogę wiedzieć, moje „najntisy” były właśnie strefą komfortu, analogiczną do lat osiemdziesiątych w ujęciu Wilk. Za jakiś czas, z pewnego dystansu, stwierdzę pewnie, że wyścigi o znajomość języków, zagraniczne wycieczki, menadżerskie umiejętności, zagraniczne staże i kredyty hipoteczne zaczęły się wśród moich rówieśników w latach zerowych tego wieku. Może więc „Znaki szczególne” są po prostu opowieścią o utracie niewinności, niezależną od historycznych zawirowań i zmian klimatu, znacznie bardziej uniwersalną, niż mogłoby się na początku wydawać.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także