25 czerwca 2013

Brzmienie z cegieł

Pamiętacie swój pierwszy kontakt z Depeche Mode? Ja pamiętam. Usłyszałem ich w 1983 roku w koncercie życzeń. Spiker zapowiedział trzy piosenki młodego, angielskiego zespołu w polskiej wersji: „Zmieniający się krajobraz”, „Powiedziałem ci” oraz „I wtedy”. Mówił na tyle długo, że udało mi się nastawić magnetofon Kapral, podłączony do monofonicznego radia Taraban. To był mój zestaw Hi-fi epoki Jaruzelskiego, a od brzmienia mury runęły w głowie, jak w piosence Kaczmarskiego. Płyta nazywała się „Construction Time Again”.

 

Ponieważ w szkole przerabiałem „Dziady”, i sam – nie posiadając dostępu do zachodniej muzyki – czułem się jako ten dziad, mogłem przynajmniej powiedzieć: „nazywam się milion”. I wstąpić do armii wyznawców DM.

 

Simon Spence też chyba do niej należy. Dlatego zbadał fenomen grupy, która od ponad 30 lat stoi na muzycznym szczycie. Depeche Mode znalazł się w gronie dziesięciu najlepiej się sprzedających brytyjskich zespołów wszech czasów. Zasłużenie, bo jak Bach w muzyce poważnej, upowszechnił w rozrywce polifonię, czyli dwie samodzielne melodie, które po złożeniu dają trzecią. Mało kto to potrafi.

 

Książkowa podróż zaczyna się w Basildon, Nowej Hucie wschodniego Londynu. Depesze byli pierwszym powojennym pokoleniem dzieciaków dorastających w doświadczalnym mieście. Styl wybrzmiał z jego cegieł i kościołów metodystów, z kryminalnej przeszłości Davida Gahana, także z pubów, w których odbywały się regularne bijatyki ze skinheadami.

 

Wreszcie początki zawodowego grania, najpierw jako Composition of Sounds, a od występu 30 października 1980 r. w Bridgehouse w Londynie, pod dzisiejszą nazwą, zaczerpniętą z francuskiego magazynu mody. No i spotkanie z producentem. Beatlesi mieli Briana Epsteina, Depesze – Daniela Millera, właściciela wytwórni Mute, który dostrzegł w nich potencjał. Tak hartowała się stal.

 

Spence pisze ciekawie, choć można się z nim nie zgadzać. Twierdzi, że DM zbudowali potężny mur: nigdy więcej głupawo brzmiących gitar. Jednak inni krytycy za najsłabszy element twórczości uznają właśnie próby Martina Gore`a i męczenie frazy na instrumencie, który sprawia mu wyraźną trudność. Brzmienie – tak, ale elektroniczne. Rzecz gustu. Ważne, że to nie tylko historia jednego zespołu. To także prezentacja sceny muzycznej początku lat 80 i grup, których popularność w swoim czasie prześcigała Depeche Mode, a których sława nie dotarła do Polski. Comsat Angels, Fad Gadget, Throbbing Gristle czy Boyd Rice z USA. Ich wpływy słychać do dziś, ale król jest jeden. Bo cytując autora: „choć DM nie był pierwszym zespołem, który grał wyłącznie na syntezatorach, był pierwszym, który dawał, kurwa, czadu”.

Książki, o których pisał autor