7 lipca 2014

Pamięć i nadzieja

Bavakan tłumaczy, że to ich cecha narodowa, że bez niej by się przecież z tego wszystkiego nie podnieśli. Nie wierzę w cechy narodowe, bo z trudem wierzę w narody, ale tutaj nie mam wyjścia – nic innego mi nie pozostaje.

header - Springer_fotografia2

Od 10 dni jesteśmy w Spitaku, którego prawie nie ma. W 1988 roku miasto zniknęło z powierzchni ziemi na skutek potężnego trzęsienia ziemi, tylko tu zginęło ponad cztery tysiące ludzi, w całym regionie Lori ponad sześć razy tyle. Dzielni Ormianie odbudowali miasto, a właściwie do dziś odbudowują. Nigdzie nie widziałem takiej biedy, takiej determinacji i takiej wiary, że kiedyś będzie lepiej. No więc jesteśmy tu, robimy zdjęcia, rozmawiamy z ludźmi. Między innymi z Bavakan, która zaraz po tragedii pracowała tu jako psycholożka, niosąc pomoc tym, którzy przeżyli. Wielu z nich zostało z niczym, stracili wszystko poza tym, co w tamtej chwili, 7 grudnia o godzinie 11:41, mieli na sobie. W tamtej sytuacji nie do końca można było od razu ocenić, czy to, że żyją, znaczy, że „mieli szczęście”. Wielu z nich do dziś szuka odpowiedzi na to pytanie.

 

Odwiedzamy ich w prowizorycznych domach, sadzają nas przy stołach, nakrywają świeżą ceratą. Rozmawiamy. Są życzliwi, serdeczni, gościnni. Częstują tym, co mają. Niewiele tego. Opowiadają nam swoje historie. Michał prosi ich czasem, by pokazali nam swoje stare zdjęcia. W archaicznych, przykurzonych albumach szukamy fotografii, na których widać tamto miasto, sprzed katastrofy. Występuje zwykle w drugim, trzecim planie, rozpływa się w małej głębi ostrości. Na pierwszym planie ludzie, którzy zniknęli w związku z kaprysem natury – zmianą tej scenografii. Już po kilku spotkaniach i kilku takich albumach wiemy o co nie wolno nam pytać, jakich tematów nie poruszać. Oczy wilgotnieją im zwłaszcza przy starych klasowych zdjęciach. Dzieci stojące w równych rzędach, pośrodku nauczycielka albo nauczyciel. Kartka z numerem klasy. Trzydzieści parę twarzy. Czasem więcej, czasem mniej. W Spitaku zginął co piąty mieszkaniec. Bezlitosna statystyka wciska się do głowy przy tych zdjęciach. Kogo wyciągnęli, kogo nie, kogo za późno, kogo nigdy nie odnaleźli. Tylko raz poprosiłem Gamleta żeby pokazał mi palcem. Nadal żałuję.

 

Na osiedlu rosyjskich baraków otacza nas gromada kobiet. Zapraszają do mieszkań, chcą pokazać, opowiadają, każą robić zdjęcia. Tak właśnie się dzieje, każą nam wchodzić do swoich zmurszałych, zagrzybionych mieszkań byśmy zobaczyli, opisali i sfotografowali, w jakich warunkach żyją. Mają świadomość kim jesteśmy, po co przyjechaliśmy. Patrzymy w milczeniu. W głowie kołacze mi się widok Erewania, z szerokimi bulwarami, platanami i mnóstwem drogich, bardzo drogich samochodów. To zaledwie 100 kilometrów stąd. Dwie godziny jazdy dziurawą drogą. Idziemy do ogrodu. Dają nam kawę, częstują wiśniami zerwanymi wprost z drzewa. Opowiadamy o czym będzie ten reportaż. Słuchają. Mówimy, że jesteśmy zdziwieni, że wszyscy z taką chęcią otwierają przed nami drzwi. Kiwają głowami. Ta która najlepiej mówi po rosyjsku wyjaśnia:

 

– Bo wy jesteście dla nas ostatnią nadzieją. Że ktoś o nas przeczyta, wzruszy się i pomoże.

 

Michał pyta mnie po polsku, czy powinniśmy im tę nadzieję odebrać, bo przecież tak by było uczciwiej. Może i uczciwiej, ale też i okrutniej. Więc tłumaczymy im, że wszystko co możemy zrobić to to pokazać i opisać najlepiej jak umiemy. Ale nie wiemy, co się z tym stanie dalej. Mówią, że rozumieją, że to i tak dużo. Ja tak chyba nie myślę.

 

Dopijamy kawę, idziemy. Zbieramy z trawy torby i plecaki. Mamy ze sobą sprzęt warty więcej niż całe to osiedle. Aparaty, obiektywy, statywy, tablety i komputery. Kompletowaliśmy go starannie, by najlepiej wywiązać się z powierzonego nam zadania. Upakowaliśmy przemyślnie, by wszystko było pod ręką. Nadzieja się nie zmieściła.

Książki, o których pisał autor