9 października 2012

John Lennon – człowiek, który był epoką

John Lennon był produktem i ikoną swoich czasów, bodaj najlepszym autorem piosenek pop w historii. Jego życie jak w soczewce skupia mnogość idei, myśli i niepokojów lat 60. i 70. The Beatles stali się ojcami „lata miłości”, to oni byli świadkami i idolami ery, w której kulturowe zmiany następowały z dnia na dzień. Lennon, z przeciętnego studenta uczelni artystycznej, przeobraził się w głos milionów młodych ludzi. I, jak wskazują na to liczone już w setkach tysięcy teksty o nim, a także ukazujące się właśnie „Listy”, ciężar zadania raczej go przerósł.

 

Od czasów „Please please me”, debiutu The Beatles z 1963 roku, aż do śmierci w grudniu 1980, drogi Lennona krzyżowały się z politycznymi erupcjami tego okresu. Zwłaszcza, gdy poznał Yoko Ono, która przyczyniła się do radykalizacji poglądów muzyka. Po raz pierwszy spotkał ją w maju 1968 roku, kiedy to Europa (i nie tylko) wstrząsana była studenckimi rozruchami, kategorycznie kwestionującymi społeczny status quo. Pokolenie baby boomu wystąpiło przeciw swoim rodzicom, Ameryka – by użyć słynnego określenia socjologa Charlesa Reicha – „zazieleniła się”, we Francji wystąpienia studentów były nawet bardziej radykalne niż kontrkulturowy ruch w USA. Politycznym wystąpieniom towarzyszyła rewolucja obyczajowa, zachodząca w niespotykanym dotąd tempie. Lennon, krytykując wojnę w Wietnamie, narażał się na deportację ze Stanów Zjednoczonych. Utrudniało to walkę o zieloną kartę, która toczyła się w cieniu jego dawnego wyroku za posiadanie narkotyków. Z bliska obserwował aferę Watergate, włączał się w akcje wspierające lewicowych aktywistów, w happeningach przeprowadzanych z Yoko niósł pacyfistyczne przesłanie. To była druga Beatlemania, nie ta z krzyczącymi fankami w tle. Był to moment, w którym wszyscy przyglądali się temu, co zrobi Lennon – polityk, aktywista, rewolucjonista.

 

Ukazujące się właśnie „Listy” Lennona do obrazu muzyka wnoszą niewiele. Zresztą tytuł okazuje się dość zwodniczy – nie ma mowy o jakiejś regularnej korespondencji o gęstej treści. Mimo że Hunter Davies, biograf zespołu, stara się jak może, by zbiór stał się choć w pewnej mierze epistolarną biografią, wczesny okres kariery The Beatles, o którym naprawdę chyba niewiele już da się powiedzieć nowego, wygląda na rozpaczliwą próbę zahaczenia o szerszy kontekst, o coś, co umożliwiłoby nowy wgląd w życie twórcy. Niestety, w większości wypadków to kupa śmieci, których treść nie przynosi emocji większych niż mailowa subskrypcja informacji na temat ulubionego zespołu. Inna sprawa, że Lennon nie był żadnym wielkim pisarzem – gry słowne i językowe kolaże, które w dużej mierze składają się na treść pomieszczonych w zbiorze tekstów, to rzeczy dużo bardziej toporne niż stylistyczna ekwilibrystyka, którą prezentował w niemal każdej próbie jako kompozytor piosenek. Listy zakupów, rzeczy do zrobienia czy zmanierowane, na szybko nabazgrane pozdrowienia są równie interesujące, jak problemy emocjonalne Marii Peszek w wulgarny i odrzucający sposób promującej swoją nową płytę.

Nie brakuje tutaj jednak tekstów naprawdę istotnych czy ciekawych. Przyjemnie się czyta wczesne listy miłosne do Cynthi, pierwszej żony wokalisty. To często sztubackie wyznania, czasem naiwne, ale pokazujące dużą wrażliwość dwudziestokilkuletniego chłopaka. Ciekawy jest też Lennon polemiczny. To artysta, który nie stroni od złośliwości wobec adwersarzy, jak w liście do Todda Rundgrena (tego, który powiedział: „John Lennon to żaden rewolucjonista. To pieprzony idiota”). Innym przykładem mógłby być słynny, agresywny list do małżeństwa McCartneyów, napisany już po rozpadzie zespołu, gdy dawni przyjaciele nie potrafili znaleźć innego sposobu na porozumienie, niż wzajemne torturowanie się pozwami sądowymi, „listami otwartymi” i całym żałosnym, medialnym spektaklem, jaki wokół ex-Beatlesów wtedy się rozpętał.

 

Dzieciństwo spędzone bez ojca, ciągłe życie pod opieką ciotek, nieudane małżeństwo, roczny rozpad związku z Yoko, uzależnienie od narkotyków i szybka śmierć kolejnych bliskich osób – na każdą traumę John znajdował coraz to nowszą, eksperymentalną terapię. Interesował się astrologią, Maharishi wciągnął go w świat medytacji, w terapii krzyku pierwotnego wrzeszczał na swoich nieobecnych bliskich… W swoich intelektualnych fascynacjach i ideowych woltach Lennon z pewnością nie był mniej mieszczański niż McCartney. Nie może zatem dziwić, że kolejne klęski w próbie określenia się doprowadziły do całkowitego wycofania się z życia publicznego w drugiej połowie lat 70. To wyjątkowo enigmatyczny okres w życiu muzyka – od dłuższego czasu oderwany od problemów życia codziennego gwiazdor zamyka się w domu, unika kontaktów, obawia się, że jest śledzony przez FBI. Więcej tu również rozrachunków, wspominania tych, którzy odeszli. Obserwujemy zmierzch wybitnego talentu. W jego codzienności nie ma już miejsca na obecnych wcześniej celebrytów, muzyków pokroju Harry’ego Nillsona czy Mike’a Love’a. Odnajdujemy Johna Lennona w swojej samotni, jakby coś przeczuwającego, oddanego żonie i synowi, Seanowi. Jednak to wciąż człowiek niepełny, nienasycony, rozchwiany. Tak miało pozostać już do końca.

 

Twórca The Beatles pozostaje bodaj najlepszym autorem piosenek pop w historii, jego życie jak w soczewce skupia mnogość idei, myśli i niepokojów lat 60. i 70. Zarzynanie tej legendy może potrwać jeszcze długo, skoro obecnie każda informacja o pięćdziesięcioleciu wejścia do studia czy wydaniu pierwszego singla potrafi wygenerować mnóstwo niepotrzebnych i spłycających komentarzy, napędzając kuriozalnie pęczniejący rynek książek i suwenirów z Fab Four w roli głównej. To może jest w tym zjawisku najciekawsze – utyskiwania osób, które bazgroły Lennona sprzedały w latach osiemdziesiątych za kilkaset funtów, a przecież teraz mogłyby zgarnąć za nie setki tysięcy…

 

„Listy” to pocztówki ze świata, w którym ludzie jeszcze miewali złudzenia, kartki, na marginesach których można wyczytać coś o tamtych szalonych czasach, ale raczej nie o człowieku. I może to właśnie dla tych, którzy tęsknią za heroicznymi – z naszej perspektywy – latami 60. i 70., jest ta książka. W końcu za obecny kształt świata odpowiadają w dużej mierze spadkobiercy pokolenia dzieci-kwiatów i maja 1968 roku (co dobitnie pokazał Michel Houellebecq w „Cząstkach elementarnych”). Jednak „my jesteśmy tutaj, a wy tam. Taka jest prawda z naszego punktu widzenia” – jak pisze Lennon na pocztówce do Ringo Starra z grudnia 1970 roku. Te słowa można czytać jako metaforę spuścizny po The Beatles, bo dziś „dziedzictwo” po Fab Four, poza wspaniałą muzyką, nie znaczy nic. Mówiąc dosadniej – i parafrazując The Clash – ta cała szemrana Beatlemania gryzie piach.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także