7 grudnia 2012

Roberto Bolaño – pisarz, który nigdy nie istniał

Ostatnia, wydana pośmiertnie powieść Roberto Bolano jest zarazem drugą po „Dzikich detektywach” książką, dzięki której pisarza dostrzegli czytelnicy spoza hiszpańskojęzycznego kręgu językowego. Entuzjastyczna, choć spóźniona, recepcja jego twórczości jest jednak jak najbardziej zasłużona – całość dzieła Bolaño przekracza ciasne ramy gatunkowe, przekształcając liczne tradycje w prawdziwie monumentalną opowieść o kulturowym zmierzchu.

Pisarz międzynarodowy

 

Nazywanie Roberto Bolaño pisarzem chilijskim, mimo licznych nawiązań i obsesji powracających w jego dziełach, z wielu powodów jest nie do końca adekwatne. Pisarz spędził w Chile pierwsze 15 lat życia, by następnie wyemigrować do Meksyku w 1968 roku. Do ojczyzny powrócił w momencie kluczowym dla jej historii najnowszej – w przededniu puczu z 1973 roku, kiedy poparł obalonego później lewicowego prezydenta Salvadora Allende. W jego biografii można dostrzec punkty wspólne z całym pokoleniem podobnych mu twórców, studentów i opozycjonistów – internacjonałów, którzy w okolicach 1968 roku wyruszyli na poszukiwanie nowego wspaniałego świata i których później miało spotkać gorzkie rozczarowanie. Bolaño przez wiele lat krążył po Europie, by ostatecznie osiąść w Hiszpanii, znanej z obfitych grantów i stypendiów dla pisarzy. Jako korespondent uczestniczył w karnawale Solidarności, informując również hiszpańskich czytelników o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego…

 

Cóż, nie wszystkie z powyższych informacji są prawdziwe, co więcej, nawet te uznane za oficjalne bywają podważane przez przyjaciół Bolaño. Nieprawdziwa zatem miałaby okazać się choćby informacja o tym, że przedwczesna śmierć pisarza w 2003 roku wiązała się z zakażeniem wątroby spowodowanym heroinowym nałogiem. Te biograficzne białe plamy stanowią ciekawe wprowadzenie w świat prozy Bolano. Krążąc między tekstami niczym w borgesowskiej Bibliotece Babel, autor „2666” niejednokrotnie żartuje sobie z mechanizmów naszej pamięci, układając z nazwisk pisarzy, polityków czy filozofów mozaikę, w której fakty mieszają się z konfabulacją, w której każde nazwisko może stać się rebusem.

 

Spadkobierca Borgesa

 

W mrocznym uniwersum pisarza często można złapać się na myśli, że przecież „gdzieś już o tym słyszałem”, by potem po raz kolejny przekonać się, że Chilijczyk wywiódł nas w pole. Lektura jego powieści jest jak wrzucenie w rwący strumień prasowych wycinków, fragmentów erudycyjnych traktatów filozoficznych, niezliczonych tekstów kultury, dokładnych i zmyślonych cytatów. Wszędzie pobrzmiewają znajome echa, lecz o swobodnym zadomowieniu w świecie Bolaño można zapomnieć. Bohaterowie niejednokrotnie szukają sensotwórczego skarbu, czegoś na kształt Schulzowskiej Księgi. Zakorzenieni w tradycjach literatury europejskiej, amerykańskiej czy hiszpańskojęzycznej prowadzą liczne dysputy o książkach i filmach. Nietrudno stwierdzić, jak bardzo ponadnarodowa jest to literatura, co więcej nadużyciem jest też, mimo fragmentarycznych podobieństw, porównywanie Bolaño do słynnych pisarzy iberoamerykańskich takich jak Cortazar czy Marquez, mimo że talentem Chilijczyk w niczym im nie ustępował. Jego prozę należy raczej sytuować obok dzieł Georgesa Pereca, Itala Calvina i innych wybitnych postmodernistów. Nad wszystkim unosi się zaś cień Borgesa, niedoścignionego mistrza literackich gier i – by tak rzec – faktów nieautentycznych.

 

„2666”, czyli walka z czasem

 

Przystępując do pracy nad epickim zwieńczeniem swojego dorobku Bolaño miał świadomość walki z czasem. W jednym ze swoich wierszy, wydanych w tomie „Tres” z 2000 roku pisał o śnie, w którym Franz Kafka jako ostatni z ludzi obserwuje koniec świata. Rozciągnięta na 5 lat praca nad „2666”, biograficzny dramat nadciągającej śmierci skrzyżowany z zamachami na WTC, które w zachodniej literaturze stanowią przecież niezwykle istotną cezurę – wszystko to potęguje wrażenie, że to właśnie Bolaño wciela się tu w rolę autora „Procesu” w obliczu ostatecznej zagłady. Przeciągająca się choroba uniemożliwiła ukończenie nakreślonego planu, jednak śmierć dopadła twórcę – podobnie jak Michaiła Bułhakowa podczas pracy nad „Mistrzem i Małgorzatą” – praktycznie na samym finiszu .

 

Zaplanowana jako pięć oddzielnych powieści, które miały zapewnić ekonomiczne zabezpieczenie dla dzieci pisarza, książka łączy w sobie zaskakującą mnogość tematów, wątków i gatunków. Pierwsza część, opowiadająca o przyjaźni czwórki europejskich krytyków literackich i ich fascynacji enigmatycznym, ukrywającym się prawdopodobnie w Meksyku pisarzem pruskim, to typowa powieść kampusowa. Część Amalfitana to zaś duszne, po lynchowsku oniryczne studium popadania w obłęd. Trzecia „powieść”, historia czarnego dziennikarza gazety w Harlemie wysłanego do zrelacjonowania walki bokserskiej w Meksyku, a na co dzień zajmującego się przeprowadzaniem wywiadów m.in. z dawnymi członkami Czarnych Panter, odwołuje się do opowieści bitnikowskich, niemal pulpowych. W czwartej odnajdujemy połączenie powieści Cormaca McCarthy’ego z formą krótkiego, szkatułkowego notatnika jak w dziełach Georgesa Pereca czy Raymonda Rousella. Wreszcie splatająca wszystko część ostatnia to w dużej mierze poetycka Bildungsroman, symbolicznie oparta na faktach z biografii samego Bolaño i sięgająca czasów drugiej wojny światowej. Każda część ma własną dynamikę, każda przypomina w tej samej mierze powieść, co wciągający sezon mrocznego serialu, i choćby ten krótki, w żadnej mierze niewyczerpujący wykaz pokazuje, jak wieloma optykami żonglował pisarz, jak szeroki był horyzont jego zainteresowań.

 

Pod znakiem Pynchona

 

W jednym ze splatających wątków, dotyczących enigmatycznego Benno von Archimboldiego, odnajdziemy reminiscencje prawdziwej historii Thomasa Pynchona – ukrywającego się przed światem wybitnego prozaika amerykańskiego, którego w Meksyku poszukiwały setki wyznawców, w tym twórcy paradokumentu „A Journey Into Mind Of P”. Sam Meksyk, według słów Bolaño jest „fizycznym centrum” powieści (w opozycji do „sekretnego centrum”, którym wg wybitnego hiszpańskiego krytyka literackiego Ignacia Echevarrii jest data 2666) przedstawionym jako przerażające przedpiekle; z charakterystycznym dla swojej późnej twórczości zacięciem dawny działacz lewicowy przygląda się każdej politycznej frakcji, podejrzliwie patrzy na ich niejasne powiązania ze światem biznesu i przestępczości zorganizowanej. Nie oszczędza właściwie żadnej grupy społecznej, odmalowuje ponure, maczystowskie postawy w mieście, które zaludniają mordercy kobiet. Pokazuje też zgniliznę świata zdominowanego przez narkotykowe kartele i gigantyczny kapitał. Ciudad Juarez, czyli powieściowe Santa Teresa, zanurzone jest w typowo pynchonowskiej paranoi, gdzie spisek zatacza coraz większe kręgi, a czytelnik jest sparaliżowany jego niepoznawalną naturą. I podobnie jak Pynchon, Bolaño nie tylko z ochotą sięga po pisarzy prawdziwych i zmyślonych, po teorie spoza zakresu nauk humanistycznych, lecz również pokazuje świat jakby u progu wybuchu, zawieszony w milenijnej schizofrenii, w niestałej nowoczesności.

 

Powieść Bolaño nie domyka się jednoznacznie, czytelnik niejednokrotnie grzęźnie w niej, powątpiewając, czy trud włożony w lekturę książki nieukończonej jakoś się zwróci. „2666” wymyka się jednak takiej logice zysku, pozostawiając czytelnika w przekonaniu, że to interpretacyjne monstrum stanie się jednym z najbardziej niesamowitych pomników literatury początków XXI wieku, pokazujących jej kondycję we wszystkich wzniosłych i przygnębiających odsłonach. Będzie nim, nawet gdyby biografia Bolaño była w całości zmyślona; nawet, gdyby pisarz nigdy nie istniał.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także