26 sierpnia 2013

Narkotyczne doświadczenia w literaturze. Przybliżenia

Zanim z drżącymi dłońmi sięgniemy po oprawioną w pstrą okładkę „Encyklopedię polskiej psychodelii” Kamila Sipowicza, warto przyjrzeć się innym lekturom poświęconym psychonautyce (by trzymać się pojęcia używanego przez Ernsta Jungera), skupionym nie na kolekcjonowaniu wrażeń, a na narkotycznym doświadczeniu.

Zostawiając nieco na boku katalog zasłużonego wydawnictwa Okultura – niekwestionowanego lidera w zakresie publikacji o odmiennych stanach świadomości – oraz klasyczne prace Thomasa de Quinceya, Charlesa Baudelaire’a czy Jeana Cocteau, należy sięgnąć przede wszystkim po wydane w tym roku przez Bibliotekę Kwartalnika Kronos „Przybliżenia. Narkotyki i upojenie” wspomnianego już Jungera. Z pewnością wobec kalibru dokonań autor „Na marmurowych skałach” możemy powiedzieć, że jest pisarzem u nas zapoznanym, mimo że był już wielokrotnie przekładany na język polski (głównie dzięki tytanicznej pracy profesora Kunickiego).

 

Żołnierz, który w momencie zakończenia pierwszej wojny światowej miał 23 lata i 14 ran na koncie, przywódca konserwatywnej rewolucji w Niemczech w latach 20., ulubieniec Hitlera, a zarazem autor inspirującego rzeszę zgoła nie nazistowskich filozofów (m.in Paulo Virilio czy Giorgio Agambena) „Robotnika”, który do dziś spędza sen z powiek zwolennikom mocnych, ideologicznych samookreśleń, przyjaciel odkrywcy LSD Alberta Hofmanna i Martina Heideggera, gustujący we wszelkich narkotykach wizjoner, który przeszedł konwersję na katolicyzm po ukończeniu setnego roku życia – patrząc nawet na ten bardzo skrócony biogram łatwo się domyślić, dlaczego za największe arcydzieło podpisane nazwiskiem Jungera uważa się jego spuściznę pamiętnikarską. Jednak to „Przybliżenia” ukazują niebywale głębokie spektrum doznań towarzyszących psychodelicznemu odlotowi i stanowią prawdziwie olśniewający pokaz kunsztu literackiego. Oprócz eksponowanej roli terapeutycznej i wartości systematyzującej mamy tu do czynienia z tekstami niesłabnącej urody, eseistyką dbającą o powieściową adekwatność opisu i skrzącą się tysiącami kolorów (jak w fantastycznym „Karpiu po polsku”). To także rozwinięcie filozoficznej teorii splotów i rastrów oraz rodzaj manifestu: książka ukazała się w 1970 roku, w momencie największych kulturowych napięć – dawni konserwatywni towarzysze musieli spoglądać na dzieło dosyć niechętnie.

 

„Narkotyki. Niemyte dusze” Witkacego nie są raczej najlepszą książką autora “Pożegnania jesieni”. W poszukiwaniu opisów zakopiańskich orgii, które członkom wykwintnego XIX-wiecznego klubu haszyszystów musiałyby włosy postawić dęba, rekomendowałbym raczej fragmenty „Memuarów” Michała Choromańskiego, w których znajdują się jedne z najciekawszych, pełnych napięcia zapisków. Tło muzyczne mógłby dla nich stanowić utwór z pierwszej płyty Kombi, „Oczekiwanie na odlot”. Swoją drogą cała twórczość Choromańskiego, który spędził 17 lat na emigracji w Ameryce Południowej (choć wątpliwe, że poszukiwał tam yage – obsesji Williama Burroughsa), przesiąknięta szamańską wizyjnością wiele musiała zawdzięczać jego narkotycznym eksperymentom. Albo makumbie – brazylijskiej czarnej magii, która według żony pisarza miała doprowadzić go do schizofrenii.

 

Miesiąc przed premierą polskiego tłumaczenia „Soft Machine” (“Delikatny mechanizm”, nie możemy zapomnieć o prawdziwym psychonautycznym guru, Williamie Burroughsie, który swoją najsłynniejszą książkę rozpoczynał niemniej sławną wyliczanką:

 

„Byłem narkomanem piętnaście lat. Mam tu na myśli uzależnienie od opiatów (poczynając od opium, a kończąc na syntetykach w rodzaju Demerolu czy Palfium). Stosowałem wszystko – morfinę, heroinę, Dilaudid, Eukodal, Pantopon, Diokodid, Diosan, opium, Demerol, Dolofen, Palfium – wprowadzając je do swojego organizmu na wszelkie możliwe sposoby: doustnie, dożylnie, domięśniowo, doodbytniczo. Igła wcale nie jest najważniejsza. Czy łykasz narkotyki, czy je wąchasz, czy wsadzasz je sobie w tyłek, skutek jest zawsze taki sam: uzależnienie. Mówiąc o narkotykach, nie mam na myśli keifu, marihuany, pochodnych haszyszu, meskaliny, Bannisteria Caapi, LSD-6, świętych grzybków czy innych halucynogenów…”.

 

 

O roku, w którym ukazała się „Soft Machine”, autor “Nagiego lunchu” pisał w krótkim tekście „Nazywam się Burroughs”: „Lato tamtego roku było bardzo psychodeliczne”. „Delikatny mechanizm” powstał w okresie intensywnej przyjaźni z Bryonem Gysinem, który wpłynął na stosowanie nowych pisarskich technik, w tym słynnego cut-up, już po „fatalnych” medycznych testach z dimetylotryptaminą – syntetycznym odpowiednikiem hormonu wydzielanego przez szyszynkę w momencie śmierci (co poetycko zobrazował Gaspar Noe w filmie „Enter The Void”). Zaskakiwać może to, że Burroughs – po wielu latach poświęconych głównie na branie heroiny i wpatrywanie się w czubek własnych butów – w spokoju dożył 83 lat. Jak widać, paranoja na punkcie spisków medycznych i leczenie uzależnień oszałamiającymi dawkami witaminy A i apomorfiny mogą mieć zbawienne skutki.

 

Gdyby zestawić całkiem jeszcze świeże u nas „O haszyszu” niemieckiego filozofa Waltera Benjamina i wydany pośmiertnie zbiór Tomasza Pułki „Vida Local” – odpowiednio „protokoły” i „trip-raporty” – to odnaleźlibyśmy więcej powinowactw niż tylko struktura czy podobne tropy gatunkowe. Wydawcy zachęcają jednak do odmiennej lektury książek. W przypadku Benjamina mowa o tym, że „sama lektura tego materiału wprawia czytelnika w stan niejakiego odurzenia”. Książka Ha!artu opatrzona jest z kolei słowami tragicznie zmarłego autora: „polecam lekturę skonfrontowaną z pejzażem używek”. Do wyboru, w zależności od preferencji.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także