5 października 2012

Sinobrody musi odejść

Słynna baśń „Sinobrody” Charlesa Perraulta przedstawia historię potwora, który zaślubia, a następnie zabija kolejne kobiety za to, że ośmieliły się przekroczyć próg sekretnej komnaty, w której trzymał on zwłoki swoich poprzednich żon. Jednak jak to w baśniach bywa, nie chodzi tylko o dobrą fabułę, ale też o przekazanie uniwersalnej mądrości życiowej. Jak pouczył mnie kiedyś starszy kolega brzmi ona: „nie łudź się, że w życiu ukochanego nie było, nie ma i nie będzie nikogo poza Tobą”.

A to właśnie tym przekonaniem do dziś żywi się romantyczny model związku, zakładający, że ta prawdziwa miłość będzie pierwsza, najlepsza i oczywiście na całe życie. Czy zatem baśń sugeruje, że ciekawość nie popłaca? Że powinniśmy zapomnieć o swoich „sekretnych komnatach” ? A może przymykać oko, ilekroć któreś z nas postanowi na chwilę się tam udać? Trudno powiedzieć.

 

Dossie Easton i Janet W. Hardy, autorki „Puszczalskich z zasadami”, proponują inne rozwiązanie: „Otwórzmy sekretne komnaty i przewietrzmy je trochę. Miejsca starczy dla wszystkich. Porzućmy hipokryzję. Sinobrody musi odejść!”

 

„Jestem poli”

 

Poliamoria – termin ukuty w 1990 roku przez Morning Glory Zell-Ravenheart – to inaczej wielomiłość, związki niemonogamiczne lub po prostu puszczalstwo. I przeciw temu ostatniemu określeniu autorki „Puszczalskich z zasadami” nie mają nic przeciwko. Wręcz przeciwnie, w swoim podręczniku miłości poliamorycznej, postulują wręcz odzyskanie (reclaiming) terminu i upomnienie się o prawa dla tej odwiecznej mniejszości seksualnej. I bez względu na to, jak bardzo monogamiczni jesteśmy lub pragniemy być, warto posłuchać ich argumentów.

 

Po pierwsze na korzyść autorek „Puszczalskich…” przemawiają dociekania naukowców. Kiedy Masters i Johnson podejmowali w Stanach Zjednoczonych w latach 50-tych badania nad związkami małżeńskimi, nie przypuszczali, że sami zostaną małżeństwem, ani tym bardziej że powtórzą wyniki własnych badań, podważające monogamiczny charakter ludzkich casino zachowań seksualnych, i ostatecznie się rozwiodą. Również inne eksperymenty i przytłaczające statystyki (choćby zdrad i rozwodów) znacznie podłamały twierdzenie o monogamicznym modelu kultury.

 

Po drugie, nadeszły dobre czasy na rozprawy z różnymi dość długo bezkrytycznie przyjmowanymi –izmami. Po patriarchalizmie, maskulinizmie, heteroseksualizmie może warto uważniej przyjrzeć się, dlaczego monogamia jest uznawana za kulturowy pewnik?

 

Po trzecie w czasach konsumpcjonizmu, w których seksualizacji ulegają nawet szczoteczki do zębów, warto zastanowić się nad przewartościowaniem takich „skandalizujących” określeń naszych zachowań, jak „wyuzdane”, „niemoralne”, „grzeszne”, „patologiczne”, „łatwe”. Czy wciąż zachowują swoją aktualność?

 

Argumentów jest więcej. Przede wszystkim autorki dekonstruują model miłości romantycznej, który niezależnie od swoich ideałów, uczynił wiele złego. Przede wszystkim monogamistom. I jako alternatywę – nie receptę – sugerują miłość poliamoryczną. Skoro matka potrafi równie silnie kochać każde z dziewięciorga dzieci, to czemu ograniczać miłość do jednego partnera – retorycznie pytają Easton i Hardy, weteranki różnorodnych układów i konstelacji miłosnych.

 

Poliamory, polizatory

 

Lecz aby (wielo)miłość była czymś dobrym i korzystnym dla wszystkich stron – należy przestrzegać pewnych zasad. I tu zaczyna się cała tyrada klasycznych poradnikowych wskazówek: od sposobów radzenia sobie z zazdrością, przez zasady bezpiecznego seksu, na szczegółowych poradach dotyczących dzielenia doby pomiędzy kochanków/kochanki. To właśnie zasadom wzajemnego pożycia poświęcona jest zdecydowana większość „Puszczalskich z zasadami”. Autorki starają się być tak sumienne, że w pewnym momencie najlepszym sposobem na dobry seks wydaje się opakowanie całego ciała w lateks („Naga broń” jako żywo staje przed oczyma), a w przypadku (wielo)związku okazuje się, że dobrze byłoby przedyskutować i uregulować najdrobniejsze nawet reakcje i gesty. Dodajmy: nie tylko z partnerem, ale i z innymi partnerami, a także partnerami partnerów i ich partnerów… To chyba ja podziękuję.

 

Drobnym druczkiem

 

Poza tym, że relacje te są niezwykle skomplikowane, poza przemożnym lękiem przed zdradą, jest jeszcze jedna mała rzecz, która podaje w wątpliwość model, opisywany przez autorki „Puszczalskich z zasadami”. Jest nim ekonomiczna i polityczna struktura, w której funkcjonują Easton i Hardy. Struktura bynajmniej nie uniwersalna. To białe, zamożne kobiety z klasy średniej, mieszkające w USA (dodajmy: w San Francisco), mające prawdopodobnie świetne zabezpieczenie socjalne, zdrowotne, emerytalne, itd. Czyni to możliwości poliamorycznej rodziny piękną, ale jednak utopią.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także