5 lutego 2014

Swąd nad bohaterem

Od kiedy polskie kino zeszło na „Psy”, wiadomo, że dezynwoltura, z jaką Władysław Pasikowski traktuje dwudziestowieczną historię Polski, sprzedaje się świetnie. Ostry kontur postaci, rekruckie dialogi, chłopięcy mizoginizm i komiksowa narracja wystarczyłyby reżyserowi do spokojnego życia w willi na przedmieściach – męskie filmy klasy B zawsze znajdą poklask w Kartoflandii, także w wersji komediowej (dość spojrzeć na tuszę Olafa Lubaszenki), jak i easternowej.

header - KuczokWXiegarni2

Losy pułkownika Kuklińskiego nadawały się idealnie do tego, by kino sensacyjne uwznioślić sznytem historycznym – będzie znów Pasikowski mógł pofilozofować w wywiadach na tematy patriotyczne, a także dowartościować się tym, że za sprawą jego filmu naród się pokłóci w kwestii bohaterów i zdrajców. Za tego drugiego bezwzględnie uchodzi pułkownik Kuklinowski, postać trzeciorzędna u pierwszorzędnego autora literatury drugorzędnej, mówiąc w skrócie: jeden z najbarwniejszych epizodystów „Potopu”. Chutliwy ateusz, najemnik bez sumienia, hiena cmentarna i przeniewierca – takim zestawem przymiotów obdarzył go Sienkiewicz, a unieśmiertelnił Hoffman najokrutniejszą sceną swojej wspaniałej skądinąd ekranizacji („Potop” mam obok „Lśnienia” Kubricka za wzorowy przykład filmu przerastającego literacki pierwowzór). Owóż, imć Kuklinowski śmie na naszych oczach w każde święta (Boże Narodzenie bez Kmicica jest jak wigilia bez karpia, Wielkanoc bez Oleńki jak Śmigus Dyngus bez wody) zbliżać pochodnię do skóry bohatera narodowego, aż mu „cały bok ze szczętem przypala jako na rożnie”. Patrzeć hadko. Na szczęście Kmicic skwierczy zbyt krótko, by się mu trwała krzywda stać mogła, a pułkownika Kuklinowskiego rychło spotyka hammurabiczny odwet z nawiązką – przypalony i porzucony na pastwę mrozu, umiera haniebnie.

 

HeliZawsze w chwilach, które pozytywni bohaterowie muszą przecierpieć bez nadziei na pomoc, ratuje ich ostatecznie nieznośne przeciąganie tortur. Wybawienie w ostatniej chwili jest możliwe tylko dlatego, że oprawca chce się z ofiarą zabawić niczym orka z upolowaną foką lub kotek z wróbelkiem – najpierw trzeba się trochę ponapawać zdobyczą. Napawanie owo przybiera najczęściej formę werbalnego upokorzenia, a zanim kat przejdzie od słów do czynów, odsiecz wyzwala bohatera z opresji. W „Potopie” Kmicic ponosi szwank ledwie epidermiczny z powodu nader łagodnej gry wstępnej – wszakże Kuklinowski mógłby na początek przyłożyć pochodnię w inne, bardziej intymne miejsce podwieszonej ofiary. Ba, przypalanie nagiego boku zdaje się zapowiadać jego kanibaliczne motywacje – kto wie, do czegóżby dojść mogło, gdyby nie nagła pomoc Kiemliczów. Czy spożywając usmażonego bohatera Kuklinowski doznałby przemiany wewnętrznej? Bohaterka „Szamanki” Andrzeja Żuławskiego wyjada mózg swojemu kochankowi, wierząc, że w ten sposób, niejako na skróty, posiądzie jego wiedzę. Może więc Kuklinowski przyrządza sobie Kmicica, bo chce gastronomicznym sposobem przejść na dobrą stronę mocy?

 

W „Helim”, obecnym właśnie na ekranach kin, mocno nieliterackim, bardzo udanym filmie Amata Escalante, kole w oczy jedna z najokrutniejszych scen tortur w historii kina. Bohater też jest przypalany, bynajmniej nie z boku. Kmicic miał więcej szczęścia, niż nam się wydawało.

Książki, o których pisał autor