Tak zdaje się nam uporczywie powtarzać Andrzej Żuławski, bezwzględnie najbardziej demoniczny reżyser w historii polskiego kina, twórca wybitny i spełniony, choć wiecznie nienasycony.
Zapłakałem w kinie. Rzewnie i spontanicznie, żałobnie i wzruszeniowo, niepowstrzymane potoki łez mi się polały, a zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie tylko mnie chusteczek zabrakło, w ciszę na sali zaczęły się wdzierać aleatoryczne przedęcia pełnych nosów; jakby na widowni każdy się zmagał z nagłym przypływem wzruszenia i czekał na przyzwolenie, a kiedy już pierwsze smarknięcia dało się wysłyszeć, kiedy już szlochacz-sygnalista dał znak, można było oddać się zbiorowemu afektowi – mówię wam, kino zaczęło tryskać łzami jak jeden wąż (ogrodowy).
Od kiedy polskie kino zeszło na „Psy”, wiadomo, że dezynwoltura, z jaką Władysław Pasikowski traktuje dwudziestowieczną historię Polski, sprzedaje się świetnie. Ostry kontur postaci, rekruckie dialogi, chłopięcy mizoginizm i komiksowa narracja wystarczyłyby reżyserowi do spokojnego życia w willi na przedmieściach – męskie filmy klasy B zawsze znajdą poklask w Kartoflandii, także w wersji komediowej (dość spojrzeć na tuszę Olafa Lubaszenki), jak i easternowej.
O filmie i literaturze mam mówić do was, mili moi. Pisać do was mam raz na dwa tygodnie o tym, co między słowem i kadrem, między zdaniem i ujęciem, pomiędzy akapitem i sceną się rozpościera. O tym, jak kino się pismem pożywia, a co literatura z kina ściąga.