19 sierpnia 2013

Ciągle żywy samizdat

Antologia poezji samizdatowej w wyborze i przekładzie Jerzego Czecha to w istocie przegląd najważniejszych zjawisk poetyckich w powojennej historii literatury radzieckiej i rosyjskiej. Żaden z szesnastu autorów, poza Josifem Brodskim, nie jest u nas szerzej znany.

 

Puszkin, Lermontow, Błok, Jesienin i inni klasycy – kanon poezji rosyjskiej jest od dawna ustalony. Pomniki tych twórców stoją w wielu miastach. W ostatnim półwieczu niewielu poetom udało się wdrapać na piedestał – być może Okudżawie (choć ten postrzegany jest raczej jako bard niż jako poeta), być może Brodskiemu (choć przez długie lata władze odmawiały mu miana radzieckiego poety; rehabilitacji doczekał się dopiero za czasów Federacji Rosyjskiej). Co ciekawe – i Okudżawa, i Brodski zaczynali w drugim obiegu. W tzw. samizdacie buzowało prawdziwe życie literackie, dalekie od socrealistycznych standardów i serwilistycznych postaw. Wykluczeni z oficjalnych struktur twórcy – zrzeszeni wspólnie z plastykami i muzykami w nieformalnych grupach – podkopywali swoją sztuką radziecką rzeczywistość, kształtowaną przez propagandowe slogany i skłamany optymizm. Obieg oficjalny, zawłaszczony przez seniorów ze Związku Pisarzy Radzieckich, był zatęchłą trupiarnią, pełną zastygłych w podziwie dla władzy wierszokletów. Nowy ton radzieckiej poezji nadawali działający w opozycji do nich i wprowadzający ożywczy ferment samizdatowcy. To właśnie oni położyli podwaliny pod współczesną sztukę rosyjską. Samizdat stał się źródłem nowej literatury rosyjskiej.

 

O specyfice drugiego obiegu dają pojęcie już choćby same notki biograficzne prezentowanych przez Czecha poetów. Niczym refren powtarza się w nich rys wykluczenia – niemal każdy z autorów, mimo wyższego wykształcenia, pozostawał na społecznym marginesie. Nie mogąc podjąć normalnej pracy, najczęściej lądowali oni w kotłowniach i stróżówkach. Jak pisze Iwan Achmietjew:

 

„tyle możliwości

popatrz

palacz stróż kopacz”.

 

Nie chcąc sławić partii i realizować w swojej twórczości odgórnych wytycznych, samizdatowcy musieli zrezygnować z możliwości druku, z popularności, z pieniędzy (budżet usiłowali łatać, pisząc książki dla dzieci), w najgorszym wypadku – emigrowali. W zamian zyskiwali za to swobodę artystyczną. Wybór był prosty – albo wierność doktrynie realizmu socjalistycznego, albo literacki niebyt.

 

„jeśli nie zna go naród

co z niego za poeta

 

jeśli zna go cały naród

co z niego za poeta”.

 

Dualizm postaw twórczych i wyborów życiowych, o którym pisze Achmietjew, był dla radzieckich twórców codziennością. W miarę upływu czasu stawało się jednak jasne, że role zaczynają się zamieniać. Dało się to odczuć już podczas pierestrojki. Po przełomie lat 90. samizdat przeistoczył się w oficjalną przestrzeń kultury i doczekał się rehabilitacji. Nie wszyscy jednak zdążyli tego doświadczyć. Najstarszy z prezentowanych w antologii Czecha autorów, Jan Satunowski (1913-1982), jeszcze w roku 1967 pisał:

 

„Nie jestem poetą.

Nie drukuję od trzydziestego ósmego.

Nie przypadam do smaku.

No i już zostanę taki.

Wiem tylko, że te wasze ważne wiersze,

to mało ważne, to nieważne wiersze.

Wy tam je sobie druku, druku, druku…

A ja wam gwóźdź do trumny; stuku, stuku”.

 

Satunowski przewidział zwycięstwo samizdatu (jego pierwsza książka, zatytułowana adekwatnie „Chcę zaznać pośmiertnej sławy”, ukazała się dopiero w 1992 roku) i śmierć „nieważnej” poezji.

 

Do śmierci tej walnie przyczynili się właśnie samizdatowcy, podkopując przez dziesięciolecia oficjalną poezję. Ich głównym narzędziem była ironia. Niezależnie od tego, czy byli minimalistami, czy pisali długie poematy, czy byli konceptualistami, czy socartowcami (socart to artystyczny odpowiednik popartu), czy preferowali wiersz wolny albo rymowali, krytycznie odnosili się tradycji rosyjskiej literatury, kpili z oficjalnych świętości, burzyli spokój zwykłych obywateli, psuli krew partyjniakom. Sięgali po żywy język ulicy, opisywali wstydliwe tematy (Igor Cholin portretujący w „Mieszkańcach baraku” biedotę z prowincji), nierzadko wpadali w wulgarność (jak choćby Brodski w publikowanym po raz pierwszy w polskim tłumaczeniu poemacie „Przedstawienie”). Krytyczny stosunek do radzieckiej rzeczywistości widać i w „Pochodzie idiotów” Gienricha Sapgira, i w „Skardze ludożerców” Władimira Uflanda (zaczynającej się od wyznania „Myśmy naród ludojadów”), i w wierszu Aleksandra Makarowa-Krotkowa:

 

„co my tu w Rosji umiemy

chyba tylko

mówić po rosyjsku”.

 

Szargali świętości, kpiąc z Czajkowskiego („O Piotrze” Igora Irtieniewa), a nawet szydząc z biografii Lenina, jak w wierszu „Kiedy Lenin był mały”, w którym Timor Kibirow ironizuje na temat oficjalnego kultu wodza rewolucji. Lenin – jako bóstwo – rodzi się z dziewicy:

 

„…musiał (choćby jeden)

plemnik nawiedzić części rodne Marii

Aleksandrowny… Rzecz wprost niepojęta”.

 

Jest w poezji samizdatowców niezgoda na oficjalne wytyczne, jest kpina z tradycji, jest przybieranie masek, jest żart, jest czarny humor, jest nawet perfidia. Jest też – może nawet przede wszystkim – mocowanie się z własną rosyjskością. Jakkolwiek ironicznie nie brzmiałyby frazy samizdatowców piętnujących ograniczenie rosyjskiego chłopa, wewnętrzną pustkę mieszczan z Moskwy, zakłamanie deputowanych Dumy, widać, że matka Rosja jest dla nich tematem najważniejszym. I najpoważniejszym. Nawet Wsiewołod Niekrasow, czołowy konceptualista, stosujący w wierszach zabiegi lingwistyczne, pozostawał nieobojętny na polityczną rzeczywistość:

 

„przyczyna śmierci

życie

na tym świecie

 

a bezpośrednia

przyczyna śmierci

 

życie

w Moskwie”

 

Dzięki takim właśnie wierszom, niewygodnym i przekornym, poeci samizdatu wdrapali się na piedestał.

 

„Wdrapałem się na piedestał,

Stoję i duma mnie rozpiera.

A tu się gliniarz wydziera,

Bym na piedestale nie stał.

 

Ukaże mnie zaraz mandatem!

A mnie forsy brakuje stale.

Nie stać mnie wyraźnie na to,

Żeby stać na piedestale”.

 

Autor przywołanego wiersza, Oleg Grigorjew, ma rację – samizdatowców mimo wszystko nie stać, by kamienieć na poetyckim cokole. Nie tylko finansowo. Ich poezja jest bowiem zbyt niepokorna, zbyt żywiołowa i bezkarna, by dała zakląć się w marmur. I – przede wszystkim – jest ciągle żywa.