22 marca 2013

Dwie twarze Rosji

„Rosji umysłem nie pojmiesz” – pisał w XIX wieku rosyjski poeta Fiodor Tiutczew. Niemal rówieśny mu Nikołaj Gogol postulował raczej sięgnięcie po śmiech, gdyż tylko przy jego pomocy można rozbroić tamtejszą rzeczywistość. Wacław Radziwinowicz w książce „Gogol w czasach Google’a” łączy te dwie strategie autorskie – próbuje objąć Rosję chłodnym umysłem, a jednocześnie pozostaje wyczulony na jej groteskowe i absurdalne aspekty.

 

W efekcie powstała rzecz, dająca w miarę pełny i obiektywny obraz współczesnej Rosji. Radziwinowicz, wieloletni moskiewski korespondent „Gazety Wyborczej”, z uwagą przygląda się najgłośniejszym wydarzeniom, które od 1998 roku znajdowały się na pierwszych stronach rosyjskich gazet – jego autorskie komentarze to panorama Rosji post-Jelcynowskiej, aspirującej do imperialnej wielkości, a zarazem nie mogącej się uwolnić od grzechów przeszłości. Kraj, który portretuje Radziwinowicz, nie może się pozbyć swojego dwulicowego charakteru. Chodzi między innymi o rozdarcie między pędem ku światowości a nieznośną prowincjonalnością, między zuniformizowaną potęgą a pijackim bełkotem, między uduchowieniem a nowobogackimi pretensjami. Przede wszystkim jednak dwugłowy orzeł z godła Federacji Rosyjskiej zdaje się patronować głównemu rozdźwiękowi – między grozą a groteską. Tamtejsza groza to wojenne doświadczenia i powojenne traumy, terrorystyczne ataki i mafijne porachunki, to zabójstwa dziennikarzy i politycznych przeciwników, to wreszcie banalna codzienność skorumpowanego na wszystkich szczeblach aparatu władzy. Każdy z tych aspektów ma jednak swój humorystyczny awers. Radziwinowicz pisze zarówno o „ładunku 200” (kto widział słynny film Aleksieja Bałabanowa, ten wie, co kryje się pod tym mianem), o czarnych stronach moskiewskiej multietniczności, o czeczeńskich terrorystkach-samobójczyniach, jak i o wciąż popularnym sposobie kamuflowania rzeczywistości na wzór wiosek potiomkinowskich, czy o okólnikach dotyczących długości paznokci u rosyjskich urzędników. Groza grozą, ale duch autora „Martwych dusz” wciąż unosi się nad Rosją. „U nas w zasadzie każdy przyjęty na służbę państwową od razu zaczyna tyć. Bierzemy młodego zgrabnego chłopaka, a on po kilku latach waży dobrze ponad sto kilo i wygląda jak klasyczny dzierżymorda z pyskiem jak u bohaterów Gogola” – mówi lekarz zajmujący się kondycją moskiewskich urzędników, którzy większość spraw załatwiają przy łapówkarskich kolacjach.

 

W tym kontekście zamieszczony na okładce blurb autorstwa Wiktora Jerofiejewa („Sensacja! Okazuje się, że Rosję można zrozumieć”) uznać należy za nie do końca trafiony. Konkluzja Jerofiejewa jest raczej życzeniowa niż adekwatna do rzeczywistości. Książka Radziwinowicza dobitnie pokazuje, że Rosji zrozumieć nijak się nie da. Można tylko próbować, ale każda taka próba wywiedzie nas w pole. Rosja bowiem jest tym bardziej fascynująca, im bardziej wymyka się rozumowi. „Gogol w czasach Google’a” jest tego niezbitym dowodem.