3 października 2013

Erotyki na zamówienie

W latach 40. XX wieku, gdy Anaïs Nin zaczynała literacką karierę, strona porządnego świntuszenia odpowiadała stawce godzinowej ciężko pracującej modelki, pozującej artystom w samej tylko bieliźnie (a częściej bez niej). Od tego czasu całkiem sporo zmieniło się w kwestii wyceny opowiadań erotycznych. Tym, co nie uległo zmianie, jest zapotrzebowanie na pikantne teksty. Gorące historie, czytane mniej lub bardziej skrycie, święcą triumfy już nie tylko w przeglądarkach, ale i na bibliotecznych półkach.

 

Na pewno żaden szanujący się współczesny scenarzysta filmów porno nie powstydziłby się czerpać inspiracji z opowiadań Nin. Nawet stary dobry Markiz de Sade mógłby chylić czoła przed pracami tworzącej ponad stulecie później koleżanki po fachu. Zgodnie z wolą klienta, który preferował “więcej opisów, po prostu samą historię, bez analizowania i filozofii” oraz mniej “poezji”, a także nakazał “skoncentrować się na seksie”, Nin w pisanych na zamówienie opowiadaniach skupia się głównie na pomysłowości igraszek i samej akcji. Odkąd popyt na jej teksty wzrósł, autorka spędzała coraz więcej czasu nad „Kamasutrą”, dopytując przyjaciół o ich najbardziej ekscytujące przygody. Jak sama przyznaje, “zaczęła tworzyć historyjki dziwaczne, niezwykłe i tak przesadzone”, że trudno było nie zauważyć, że parodiuje seks. Nie sposób nie przyznać jej racji. Opowiadania pisane dla rozrywki, ale jednak pod presją klienta, są dalekie od prawdziwie dobrej literatury, którą przecież zasłynęła Nin jako autorka błyskotliwych powieści i głośnego, wspaniałego literacko „Dziennika”.

 

O ile XXI wiek jest spadkobiercą feministycznych haseł i przynosi seksualne wyzwolenie kobiet, o tyle w I połowie ubiegłego stulecia język seksu, a szczególnie seksu kobiecego był dopiero odkrywany. Nin mówiła wprost, że niełatwo było stawiać pierwsze kroki w świecie będącym domeną mężczyzn, którzy wpłynęli zresztą na jej własny styl. Do pisania zasiadała codziennie po śniadaniu, aby wypełnić normę. Nie ona jedna. W III tomie „Dziennika” wspomina o prawdziwej epidemii tworzonych na zamówienie erotycznych dzienników, które roiły się od zmyślonych historii, mających rozpalać zmysły czytelników i wypełniać brzuchy pisarzy.

 

Pisarka podała niemalże gotowy przepis na poczytny erotyk: “Seks należy mieszać ze łzami, śmiechem, słowami, obietnicami, scenami zazdrości i gniewu, z wszelkimi odcieniami strachu, zagranicznymi podróżami, nowymi twarzami, powieściami, opowiadaniami, marzeniami, fantazjami, muzyką, tańcem, opium i winem”. Nin spisała zalecenia nieco pruderyjnie, zapomniała bowiem dodać kilku słów o niezwykłym zestawieniu perwersji i zboczeń, które bez wątpienia nadają urok antologii jej tekstów.

 

Dziś „Delta Wenus” nie przemieni czytelniczek w rozbuchane seksualnie femmes fatales, tak jak „Kochanek Lady Chatterely” Lawrence’a czynił to z bohaterkami opowiadań Anaïs Nin. Ale z pewnością proza autorki „Szpiega w domu miłości” wciąż potrafi rozgrzewać.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także