10 października 2012

Z dzienniczka wszystkożercy

We wstępie publicysta „Gazety Wyborczej” zapewnia, że choć „felieton to jest gatunek gatunek literacki nade wszystko”, to oprócz paru mistrzów ich autorzy głównie „zapisują ogólne przemyślenia i luźne refleksje, które brawurowo felietonami nazywają”. Przy takim podziale i sam Varga zdecydowanie do klasy mistrzowskiej nie należy. Chociaż źle nie jest.

 

Prowadzona od trzech lat autorska rubryka kulturalna poświęcona jest przede wszystkim książkom, trochę też muzyce rockowej, rodzimej kinematografii (głównie słabym komediom), czasami też (mimo deklarowanej niechęci) polityce. Znaleźć można po trochu wszystkiego z tego, co miłośników sztuki w ostatnim czasie ekscytowało lub oburzało – od najnowszej pracy Baumana po film „Kac Wawa”. Z cyklu wyłania się alarmująca wizja coraz głupszej i degradującej się kultury, spadającego czytelnictwa i zastąpienia uczciwego popu przez popelinę.

 

Varga ma dobre wyczucie języka, ale potrafi być irytująco nierówny, czasami na przestrzeni jednego akapitu. Potrafi zarówno przywalić komuś świetną satyrą, jak i mimowolnie popaść w ton nadąsanego belfra i banalną ironię. Ostatecznie najbardziej bronią się jego nostalgiczne i piękne wspomnienia o własnych fascynacjach słuchacza lub czytelnika. W czasie, gdy odbiorca jest przede wszystkim konsumentem (felietonista też się przyznaje do tej postawy), cenne jest odnalezienie w tak nieskomplikowanym i lekkostrawnym dziełku kilku pretekstów do zadumy nad wspaniałymi możliwościami sztuki.

Książki, o których pisał autor