17 września 2012

Pisarze i alkohol, część I

„Cywilizacja zaczyna się od destylacji” – miał powiedzieć Faulkner. Literatura i alkohol od zawsze chodzą ze sobą w parze. Ulubionym trunkiem Wisławy Szymborskiej była nalewka cytrynowa według receptury Kornela Filipowicza, tzw. „kornelówka”. Konwicki nazwał Himilsbacha „Marcelem Proustem spod budki z piwem”. Joyce, gdy się upił, wszczynał bójki w dublińskich pubach, a Bukowski zaczął tankować w wieku 13 lat i nigdy nie skończył. Prześledzenie wątku alkoholowego w biografiach wielkich pisarzy i pisarek może nam uświadomić, jak niewiele różni tytanów pióra – przynajmniej pod tym względem – od anonimowych panów czatujących pod monopolowym o siódmej rano w środku tygodnia.

 

Charles Baudelaire (1821 – 1867)

 

Powszechnie uważa się, że autor „Kwiatów zła” był zagorzałym miłośnikiem absyntu. Nic bardziej mylnego. Nie istnieją żadne wiarygodne źródła, wedle których Baudelaire pił (a tym bardziej lubił) „zieloną wróżkę”. Można za to bezpiecznie przyjąć, iż ulubionym trunkiem księcia „poetów przeklętych” było wino, które często pojawia się w twórczości poety. Weźmy na przykład „Upijajcie się!”, poemat prozą z „Paryskiego spleenu”:

Trzeba być wciąż pijanym. To cały sekret; w tym tkwi wszystko. Żeby nie czuć straszliwego ciężaru Czasu, który miażdży wam barki i zgina grzbiet ku ziemi, musicie wciąż się upijać. / Czym? Winem, poezją albo cnotą, wedle upodobania. Byle się upić.

 

Gdy Baudelaire pisze o piciu, zawsze łączy je z winem (np. „Wino gałganiarzy”, „Wino mordercy”, „Wino samotnika”). Brak zaś w jego twórczości wzmianki, albo chociażby sugestii, na temat spożywania absyntu. Ten mocny zielony napój stał się popularny na zachodzie Europy dopiero w okresie Belle Epoque i Fin de siecle, długo po śmierci Baudelaire. Paryska bohema z przełomu wieków, która piła absynt litrami, zdecydowanie ceniła sobie poezję autora „Kwiatów zła” i widziała w nim duchowego prekursora własnej generacji. Może właśnie ze zbytniego utożsamienia Baudelaire’a z późniejszymi cyganami bierze się ów błąd?

 

Alfred Jarry (1873 – 1907)

 

Miłośnikiem absyntu był za to Alfred Jarry – co do tego nie ma wątpliwości. Autor „Króla Ubu” uchodził za jednego z najważniejszych przedstawicieli paryskiej bohemy przełomu wieków. W przeciwieństwie do Baudelaire’a, mrocznego samotnika, Jarry był radykalnym ekscentrykiem. W jego twórczości zacierała się granica między sztuką a życiem. Sam Jarry miał być dziełem sztuki, ciągłym artystycznym projektem, wywołującym szok i obrzydzenie na twarzach konserwatywnego drobnomieszczaństwa. Jak pisał Tadeusz Boy-Żeleński w przedmowie do polskiego wydania „Króla Ubu”, artysta i jego bohater, Ubu, „spłynęli się całkowicie. Jarry zaczął mówić o sobie w liczbie mnogiej, „My, król Polski”….

 

Ich Królewska Mość zwał absynt „świętym zielem”. Andre Gide w swoich słynnych „Fałszerzach” wyobraził sobie pijącego Jarry’ego w taki sposób:

– Bardzo lubię Króla Ubu, rzekła Sara, i bardzo rada jestem, że spotykam Jarry’ego. Mówiono mi, że zawsze jest pijany. – Miałby prawo być pijany w tej chwili… Widziałem go, jak przy obiedzie wypił dwie szklanki czystego absyntu. Nie wydaje się aby go to inkomodowało…

 

Wedle legendy, podaje Boy, Jarry pijał absynt w swoiście skomponowanym przez siebie drinku. Był to alkohol zmieszany pół na pół z octem i zaprawiony… kroplą atramentu.

 

William Faulkner (1897 – 1962)

 

Faulkner ponoć powiedział, że „cywilizacja zaczyna się od destylacji”. O swoim ulubionym alkoholu mawiał zaś: „Nie ma czegoś takiego, jak zła whisky. Zdarza się jednak, że niektóre whisky są lepsze od innych”. Wedle wspomnień rodziny i przyjaciół, szklanka z whisky zawsze towarzyszyła Faulknerowi przy pisaniu.

 

Autor „Wściekłości i wrzasku” pijał szkocką w drinku o nazwie Mint julep. To mieszanka whiskey z wodą, cukrem, lodem i pokruszonymi listkami mięty. Podaje się ją w szklance typu Old-Fashioned. Prawdę mówiąc, mało prawdopodobne, aby Faulkner sporządzał sobie Mint julep z oryginalnej szkockiej whiskey. Przypuszczalnie pisarz używał bourbona, amerykańskiego typu whisky sporządzanej z kukurydzy (a nie, jak w przypadku szkockich single malt, z jęczmienia).

 

Ciekawostką jest, że Faulkner nigdy nie miał możliwości napić się alkoholu legalnie w swoim rodzinnym mieście, New Albany. Choć prohibicja w USA na poziomie federalnym została zniesiona w 1933 r., to w niektórych stanach i hrabstwach obowiązywała jeszcze długo potem. Dopiero w 2010 r. władze New Albany przegłosowały uchwałę zezwalającą sprzedaż piwa i produktów wino-podobnych. Jednak mocniejsze alkohole i wino… nadal są zakazane. W każdym razie miasteczko w Missisipi, gdyby użyć bon motu Faulknera, zrobiło wreszcie mały krok w stronę cywilizacji.

 

Ernest Hemingway (1899 – 1961)

 

Hemingwaya można nazwać królem amerykańskich pisarzy-alkoholików. Ponoć pod koniec życia wątroba Papy wystawała spod koszuli.

 

Autor „Śniegów Kilimandżaro” pił wszystko; uwielbiał whisky, martini, a podczas kilkuletniego pobytu w Paryżu na pewno spróbował wielu kontynentalnych alkoholi. Ponad wszystkie trunki przedkładał jednak biały rum, w którym zasmakował na Kubie. Szczególnie upodobał sobie dwa drinki na bazie tego alkoholu: daiquiri i mojito. Ten pierwszy Hemingway kazał sobie przyrządzać (w swoistej wersji Papa Doble) z podwójną porcją rumu, sokiem z limetki oraz kilkoma kroplami słodkiego likieru maraskino, którego używał zamiast cukru (Papa był cukrzykiem). Mojito zaś zawierało te same składniki, co Daiquiri, plus liście mięty z dodatkiem wody i kruszonego lodu.

 

Autor „Komu bije dzwon” miał w Hawanie swoje ulubione bary. W Floridita pił tylko Daiquiri, a w Bodeguita del Medio – Mojito. Ściany tej ostatniej pokryte są autografami sławnych gości. Do dziś zachował się tam dwuwiersz przypisywany Hemingwayowi: „Moje mojito w Bodeguicie, moje daiquri we Floridicie”.

 

Raymond Chandler (1888 – 1959)

 

Gimlet został ponoć wynaleziony w Hong Kongu i cieszył się znaczną popularnością w koloniach brytyjskich i w Londynie w latach 20. i 30. XX wieku. Ponownie rozsławił go Raymond Chandler, który odkrył gimlet na statku RMS Maurenia, gdy wracał do USA z Anglii. Właśnie kończył kolejną powieść z detektywem Marlowem, „Długie pożegnanie”. Gimlet, czyli drink na bazie ginu z sokiem z limonki (koniecznie Rose’s Lime Juice Cordial), tak mu się spodobał, że uwzględnił go w ostatecznej wersji książki. Odtąd już zawsze fanom czarnego kryminału drink ten będzie się kojarzył z cynicznym detektywem Marlowem.

 

Siedzieliśmy w rogu baru u Victora i piliśmy gimlet. – Oni tu kompletnie nie wiedzą jak się je robi – powiedział. – To, co tu nazywają gimletem, to po prostu trochę soku z cytryny lub limonki zmieszane z ginem i odrobiną cukru. Prawdziwy gimlet to połówka ginu i połówka soku z limonki Rose’a i nic innego. To bije martini na głowę.

 

Georges Simenon (1903 – 1989)

 

Zostawmy na chwilę Anglosasów i przenieśmy się do Belgii. Georges Simenon był ponoć najbogatszym pisarzem w dziejach. Zbił fortunę wyłącznie dzięki swej twórczości pisarskiej. A pisał wiele, czasem nawet kilka powieści rocznie. Sławę przyniosła mu kryminalna seria z komisarzem Maigretem, jednak sam Simenon miał stale wyrzuty, że krytycy nie doceniają jego „poważnych” dzieł. Czy to było przyczyną alkoholizmu pisarza? Trudno powiedzieć.

 

Choć Simenon rzadko się upijał, alkohol był jego codziennością. Szklanka z drinkiem stale towarzyszyła mu przy pisaniu. Pił głównie czerwone wino (Beaujolais), cydr, grog, brandy, calvados, podczas pobytu w Stanach – martini. Właśnie w USA zdał sobie sprawę, że jest alkoholikiem. Jak sam pisał we wspomnieniach, dopiero w Stanach nauczył się, co to jest wstyd z powodu bycia alkoholikiem. I w przeciwieństwie do takich kolegów po piórze, jak Hemingway, Fitzgerald czy Kerouac, udało mu się wyjść z nałogu. Zmarł we śnie z przyczyn naturalnych w wieku 86 lat.

 

Wokół postaci Simenona i jego pisarstwa powstała cała nauka. Weźmy na przykład kilka pozycji: Jacques Sacré, „Bon appétit, commissaire Maigret”; Paul Mercier, „La botte secrète de Maigret: le verre de Cognac”. W Brukseli zaś przez lata ukazywał się periodyk „Cahiers Simenon”. Uczeni w Simenonie policzyli, ile razy dany gatunek alkoholu pojawia się w twórczości belgijskiego pisarza. Dla przykładu: na 74 powieści z komisarzem Maigretem w 68 spożywane jest piwo, wino – w 54, aperitify (wermut, porto, pernod) – 34, brandy – 24, rum – 20, whiskey – 13, armagnac – 12, szampan – 8. Woda mineralna pojawia się zaledwie w… trzech powieściach z Maigretem.

 

Vladimir Nabokov (1899 – 1977)

 

Whiskey wyjątkowo mocno upodobali sobie intelektualiści, a także cała masa naśladujących ich snobów. Do największych wielbiciel szkockiej należał Vladimir Nabokov. Słynny francuski dziennikarz Bernard Pivot wspominał, jak autor „Lolity” poprosił, aby w czasie programu telewizyjnego „Apostrophes” podawać mu whiskey w filiżance do herbaty. Podczas nagrania Pivot pytał pisarza: „Może jeszcze herbaty, Panie Nabokov?”.

 

Tak wyrafinowany pisarz, jak Nabokov, nie spocząłby jednak, jeśli nie wymyśliłby oryginalnej mikstury. W rozdziale 17 „Lolity” Humbert Humbert opisuje swój ulubiony drink, gin z sokiem ananasowym.

 

Wypiłem szklaneczkę. A potem drugą. I trzecią. Dżin z sokiem ananasowym, ulubiona mieszanka, zawsze zdwaja we mnie zasób energii.

 

W oryginalnej wersji Humbert ochrzcił swój drink mianem Pin. W polskim przekładzie Michała Kłobukowskiego nazwa drinku brzmi: dżinanas.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także