8 marca 2013

Pochwała żony (dobrej i niedobrej)

„Człowiekowi, który oddaje się całkowicie twórczości literackiej, niepotrzebne są uczucia, kobiety, dzieci, on nie ma serca, tylko mózg” – zauważył Edmund de Goncourt. Historia poucza nas jednak, że instytucja małżeństwa przysłużyła się literaturze solidnie, a życiowe partnerki pisarzy nie jeden raz odrywały role cichych, choć nie zawsze pozytywnych, bohaterek literatury.

Jurij Drużnikow w poświęconym żonie Puszkina eseju „Sto trzynasta miłość poety” zaproponował klarowną klasyfikację żon pisarzy. Według rosyjskiego prozaika i literaturoznawcy da się wyróżnić ich trzy zasadnicze typy: żony inspiratorki, żony neutralne i żony przeszkadzające. Oto kilka przykładów, które dowodzą, że ta typologia, w przeciwieństwie do wielu innych teorii humanistów, wydaje się mocno osadzona w tak zwanych realiach życia.

 

ŻONA INSPIRATORKA

 

Dostojewski długo nie miał szczęścia – ani do kobiet, ani do ruletki, choć do tej ostatniej znacznie dłużej. Wprawdzie dzięki jego pierwszej żonie, Marii Isajewej, cholerycznej suchotnicy, powstały wszystkie te demoniczne, rozhisteryzowane wampy, które doprowadzają bohaterów Dostojewskiego do szaleństwa i upadku, ale sam pisarz wdowie po zapijaczonym wojskowym zawdzięczał głównie długi i pasierba-darmozjada. Na swoje szczęście w wieku 44 lat poznał 20-letnią stenotypistkę Annę Snitkin. Zdaniem Tomasza Jastruna „nie była szczególnie mądra ani ładna, wiedziała jednak, co to miłość, oddanie i odpowiedzialność”. Dzięki zakochanej w literackim geniuszu pannicy Dostojewski w ciągu trzech tygodni nie tylko skończył „Gracza”, ale także – choć trwało to nieco dłużej – wyszedł na życiową prostą. To ona wyrwała pisarza z łap żerującej na nim rodziny, wywożąc go za granicę dzięki środkom pochodzącym z zastawienia całego swego posagu. To ona znosiła jego ataki epilepsji i napady hazardowej manii. To ona sprzedawała obrączki ślubne, suknie i futra, by Dostojewski miał co przegrywać w kasynach. To ona doprowadziła również do tego, że autor „Zbrodni i kary” porzucił wreszcie rojenia o wielkiej wygranej. I to właśnie za sprawą Anny niezbyt stabilny psychicznie Dostojewski osiągnął równowagę, dzięki czemu napisał „Idiotę”, „Biesy” oraz „Braci Karamazow”.

 

Anna Dostojewska była dla autora „Notatek z podziemia” towarzyszką i dobrodziejstwem, ale jeszcze bardziej spektakularną rolę u boku swego męża odegrała Wiera Słonim, lepiej znana jako Vera Nabokova. Nabokov mawiał, że bez żony nie napisałby ani jednej powieści, a wiadomo skądinąd, że odegrała ona również niebagatelną rolę przy powstawaniu wykładów o literaturze (część z nich po prostu pisząc), które wygłaszał pisarz. Jednak sama Wiera dołożyła wszelkich starań, by schować się w cieniu męża. Do tego stopnia, że przed śmiercią zniszczyła swoje listy i inne świadectwa, które mogłyby wskazywać na rolę, jaką odegrała. Określała się jako „gospodyni domowa”, dodatkowo pełniła role szofera, maszynistki i partnera do gry w szachy.

 

Dzieliła z Nabokovem zażartą niechęć do „biograficiarzy” – jak oboje nazywali tych, którzy próbowali czytać twórczość autora „Lolity” przez jego życiorys. Po śmierci męża pilnowała nie tylko jego spuścizny, zawiadując dziesiątkami, albo i setkami wydań książek Nabokova, lecz strzegła też, by żadne niepożądane szczegóły z ich pożycia nie dostały się w niepowołane ręce. „Co pan, sir, do cholery wie o moim życiu małżeńskim?” – miała zapytać pewnego nazbyt wścibskiego profesora. Współpracując przy biografiach Nabokova, przyjęła więc prostą taktykę – zaprzeczała wszystkiemu: i rzekomym romansom męża, i temu, jakoby miała posłużyć za pierwowzór niektórych bohaterek znanych z jego twórczości. Nabokov dla świata miał być tylko geniuszem, ona zaś – tylko jego żoną. Była westalką doglądającą pamięci o wielkim pisarzu, sama zadowoliła się miejscem u jego boku. Również po swojej śmierci – prochy obojga umieszczono w jednej urnie.

 

ŻONA NEUTRALNA

 

François-René de Chateaubriand ożenił się bez specjalnego entuzjazmu, kierowany raczej potrzebą praktyczną niż uczuciem. Jako zdeklarowany rojalista postanowił bowiem opuścić ogarniętą rewolucyjnym szałem Francję, a ponieważ brakowało mu odpowiednich do tego środków, zdecydował się na związek małżeński z Celestą Buisson de la Vigne. Decyzja okazała się chybiona – panna nie tylko nie była specjalnie urodziwa, ale dodatkowo również mniej zamożna, niż mógł się spodziewać świeżo upieczony małżonek. W końcu wyjechał za granicę, by zaciągnąć się do armii sprzyjającej Bourbonom – ale bez żony i za pożyczone pieniądze.

 

W swym arcydziele, „Pamiętnikach zza grobu”, zapisał skończoną definicję żony neutralnej: „Umysł ma oryginalny i wykształcony, pisze dowcipnie, opowiada cudownie i podziwia mnie, choć nigdy nie przeczytała ani dwóch linijek z moich dzieł; obawiałaby się natrafić na obce jej myśli albo odkryć, że nie wielbią mnie dość w stosunku do mych zasług”. I dodawał: „Z cierpień mego istnienia pozostały mi tylko nieuleczalne. Winien więc jestem tkliwą i wieczną wdzięczność mojej żonie, której uczucie było równie wzruszające, jak głębokie i szczere. Uczyniła moje życie poważniejszym, szlachetniejszym, godziwszym i zawsze budziła we mnie szacunek, choć nie zawsze skłonność do wypełniania obowiązków”.

 

Skłonności do wypełniania pisarskich obowiązków nie wzbudzała w swoim mężu również żona Joyce’a. James i Nora Barnacle spotkali się 10 czerwca 1904 roku, a niedługo potem, 16 czerwca, skonsumowali ów gwałtowny afekt. Tę drugą datę można traktować jako jedną z najważniejszych w całej historii literatury, bo to właśnie tego dnia rozgrywa się cała akcja „Ulissesa”. Zanim jednak panienka Barnacle została panią Joyce, minęło sporo czasu; sformalizowali swój związek dopiero w 1931 roku, już jako rodzice dwójki dzieci.

 

Kobieta, która osiągnęła literacką nieśmiertelność jako pierwowzór Molly Bloom, nie rozumiała pisarza, ponieważ zrozumieć go nie była po prostu w stanie – gdy się poznali, była pokojówką bez specjalnych aspiracji i żadnego wykształcenia. Posiadała jednak w oczach wielkiego Irlandczyka kilka innych walorów, które szczegółowo rozpisał w tak zwanych „brudnych listach”, zwykle starannie pomijanych w zbiorach epistolografii wielkiego Irlandczyka. Choć więc Joyce’owi zdarzało się nazywać ją swoją „przewodniczką duchową”, bez wielkiego ryzyka można stwierdzić, że wtajemniczała go raczej w sekrety innej natury niż tajemnice ducha. „Ciągle o Tobie myślę. Idąc wieczorem do łóżka, przeżywam coś w rodzaju tortury. […] Widzę Cię w tysiącu póz — groteskowych, bezwstydnych, dziewiczych, rozmarzonych. Oddaj mi się bez reszty, najdroższa, gdy tylko się spotkamy. Musisz ofiarować mi śmiało wszystko, co jest święte, ukryte przed innymi. Chcę być panem Twego ciała i Twojej duszy” – pisał w listach do przyszłej żony, do której zdarzało mu się zwracać tez znacznie dosadniej: „Dobrej nocy, moja mała pierdząca Noro, moje sprośne jebadełko”.

 

Nora to zatem klasyczna przedstawicielka kategorii żon neutralnych – geniusz męża był jej całkowicie obojętny, a jego pisarstwo określała jako „niegroźne i nieprzydatne do niczego szaleństwo”. Zamierzała też spieniężyć otrzymany w prezencie egzemplarz „Ulissesa”, martwiła ją jednak znikoma wartość tych kilkuset kartek. Ale trzeba przyznać, że nie wchodziła Joyce’owi w paradę i z rzadka tylko utyskiwała na jego skłonność do alkoholu. Mógł więc z czystym przekonaniem napisać do niej: „innym dałem mą dumę i radość. Tobie oddaję mój grzech, moje szaleństwo, moją słabość i mój smutek”.

 

ŻONA PRZESZKADZAJĄCA

 

Molier napisał: „Żenimy się w nagłym porywie desperacji, a potem pokutujemy przez całe życie”. Prawdopodobnie wśród gigantów literatury nikt nie przekonał się o prawdzie tych słów dobitniej niż Lew Tołstoj. Nie przypadkiem spod jego pióra wyszedł najsłynniejszy chyba mizoginistyczny pamflet – „Sonata Kreuzerowska”, której bohater spowiada się z zabójstwa żony przypadkowo spotkanym w pociągu osobom.

 

Małżeństwo autora „Wojny i pokoju” było pomyłką, zdarzającą się niekiedy doświadczonym mężczyznom, którym zawróciła w głowie znacznie młodsza wybranka – pisarz nie oszacował związanego z tym ryzyka. Zofia Andriejewna, śliczniutka i ponętna brunetka o przepastnych oczętach, miała osiemnaście lat, a Tołstoj, dwa razy starszy, wielokrotnie bardziej doświadczony w stosunkach z płcią przeciwną (i spisujący owe doświadczenia w dzienniku, który dał przeczytać młodziutkiej żonie), miał nadzieję zrobić z niej bogdankę, piastującą stanowisko żony wedle jego mocno patriarchalnego gustu. Młoda Zofia przepisywała więc teksty wielkiego pisarza („Wojnę i pokój” podobno siedem razy), zawiadywała majątkiem i rodziła mu całe mnóstwo dzieci.

 

Problemy zaczęły się z chwilą, gdy starzejący się Tołstoj uznał, że czas zająć się duszą, nie ciałem, i zmienił się w trudnego do zniesienia moralistę, który gonił swe potomstwo do pracy w polu. „Ja mu zarzucałam żądzę sławy i próżność, on krzyczał, że mnie tylko potrzebne pieniądze i że głupszej i bardziej zachłannej kobiety nie spotkał” – zanotowała w dziennikach żona pisarza. Pominęła w nich jednak milczeniem, jak prześladowała pisarza zazdrością, jak zawzięcie się awanturowała, jak terroryzowała go groźbami popełnienia samobójstwa (udawała na przykład, że pije na jego oczach truciznę, albo strzelała w środku nocy w swej sypialni z kapiszonów, by pisarz pomyślał, że palnęła sobie w łeb). Tołstoj wielokrotnie planował ucieczkę z Jasnej Polany, raz podjął nawet taką próbę – gdy Zofia była w kolejnej ciąży – ale zawrócił w połowie drogi do Tuły. Dopiero w listopadzie 1910 roku wymknął się bladym świtem z domu, z postanowieniem, że nigdy już nie doń wróci. Jak zamierzył, tak zrobił, ale nie uciekł daleko – zmożony chorobą zaległ w mieszkaniu kolejarza w miejscowości Astapowo (od 1918 roku miasteczko zwie się Lew Tołstoj), czyniąc tę stację jedną z najsłynniejszych stacji kolejowych na świecie.

 

Scotta Fitzgeralda na skraj przepaści doprowadziły pospołu alkohol i żona, a właściwie żona i alkohol. Poznał Zeldę Sayre na wiejskiej potańcówce, ale nie można powiedzieć, aby zrobił na niej z miejsca oszałamiające wrażenie. Zelda była inteligentna i utalentowana, sama miała ambicje literackie, a do tego uważała, że kandydat do jej ręki powinien dysponować odpowiednimi argumentami natury finansowej. Odrzuciła więc jego pierwsze oświadczyny (co miało podobno spowodować, że pisarz wpadł w trwający trzy tygodnie ciąg) i przychylniej odniosła się do umizgów Scotta dopiero wówczas, gdy wytwórnia Metro-Goldwyn-Mayer wykupiła prawa autorskie do jednego z opowiadań Fitzgeralda, a jego samego było stać na osobistego doręczyciela alkoholu i wysadzany diamentami zegarek na rękę. Można więc powiedzieć, że na początku kariery literackiej Zelda pełniła rolę katalizatora jego pisarskich ambicji. Ale gdy w 1920 roku wreszcie się pobrali i Scott zaczął pracować nad swą drugą powieścią, rzadko kiedy kładli się spać na trzeźwo. Ich wspólne życie stało się serią skandali i ekscesów.

 

Zelda w autobiograficznej powieści wyznała później, że gotowa była w każdej chwili dać „iście piekielny popis”. Długo przed tym, nim zachorowała na schizofrenię i w 1930 roku została umieszczona przez męża w zakładzie psychiatrycznym w Szwajcarii, absorbowała Fitzgeralda swymi szaleństwami: policja zatrzymała ją na przykład podczas… turnieju golfowego, podczas hulanki z jednym z zawodników, a w 1924 roku, na skutek nieudanego flirtu z pilotem francuskiej marynarki, połknęła fiolkę środków nasennych. Pisarz zaś nie potrafił pójść za dobrą w takich wypadkach radą Czechowa: „Jeżeli zdradza cię żona, ciesz się, że zdradziła ciebie, a nie ojczyznę”, wskutek czego zmarł na, jak to się ładnie określa, chorobę alkoholową. Ale Zelda nie opuściła go nawet po śmierci – od 1975 roku spoczywają wspólnie w jednym grobie. Bóg raczy wiedzieć, co się tam może dziać…

 

Oczywiście powyższe przykłady towarzyszek życia słynnych twórców mogłyby zostać zastąpione innymi, nie mniej spektakularnymi. W historii literatury trwałe i zasłużone miejsce zdobyły sobie przecież choćby Jelena Bułhakowa, June Mansfield, Consuelo de Saint Exupéry, Rita Gombrowicz czy Anna Iwaszkiewicz. Szkoda jedynie, zwłaszcza dla literatów, że stanowisko żony pisarza mocno się obecnie zdewaluowało i nie wydaje się już szczytem aspiracji kobiety nowoczesnej. W sumie nie ma się jednak czemu dziwić – posada, jak widać, jest absorbująca, często stresująca i zwykle mało intratna.