6 września 2012

Rozbitkowie literatury, czyli o książkach zapomnianych (1)

Boy, you’re gonna carry that weight,

Carry that weight a long time…

The Beatles

 

Jean d’Ormesson ma w ojczyźnie – jako członek Akademii Francuskiej – status żyjącego klasyka. Polskim czytelnikom przypomniał się niedawno za sprawą przekładu „Traktatu o szczęściu”, ale nad Wisłą jego najlepsze osiągnięcia odeszły w cień.

 

Stwierdzenie „powieść umarła” pojawiało się w XX wieku tak często, iż brzmi dziś jak banał. Gustaw Herling-Grudziński, relacjonując wrażenia z lektury „Stu lat samotności”, receptę na odnowienie gatunku widział w przypomnieniu sobie o dziejach człowieka, które składają się zarówno z pierwiastka realistycznego, jak i baśniowego. Niedługo później otrzymał odpowiedź, jaką była „Chwała Cesarstwa”, dzieło prozaika nie mającego dotąd głośnych osiągnięć.

 

Co wyróżniało nową książkę? Była to próba stworzenia historii fikcyjnego kraju, wzorowanego na Bizancjum i wpisania go w świat rzeczywisty. Czytelnik mógł obserwować jak losy Cesarstwa wpływały na kształt prawdziwych państw, jak inspirowało ono polityków, myślicieli czy artystów. D’Ormesson dołączył do nowej literatury inspirowanej kontrkulturą i przemianami społecznymi. Wśród dźwięków jazzu i rocka na księgarskich półkach ozwał się głos erudyty zagrzebanego w książkach i przywitano go oklaskami.

 

Kolejne pozycje, jakie wychodziły spod jego pióra, pokazały, że jest coś, co przewija się przez całą jego twórczość. Przekonanie, że historia jest jedynym wartym uwagi tematem, bo to właśnie ona, nieustannie się zmieniająca, a przy tym zawierająca pewne pierwiastki uniwersalne, jest właściwym kluczem do ogarnięcia całokształtu ludzkiej egzystencji. Ba! Nawet sensu świata jako takiego. Do tych haseł nawiązuje „Historia Żyda Wiecznego Tułacza”.

 

Ahaswerowi, jerozolimskiemu Żydowi, na swoje nieszczęście przyszło żyć w czasach Jezusa. Zakochany bez wzajemności w Marii Magdalenie, widział jak ukochana wiąże się z nowym „prorokiem”, a potem rozpaczliwie stara się o uwolnienie swojego mistrza. Toteż, gdy Chrystus podczas ostatniej drogi poprosił go o chwilę odpoczynku i szklankę wody, wściekły „rywal” kazał Mu iść precz, za co otrzymał odpowiedź: „Ja pójdę, ale ty zaczekasz i będziesz czekał dopóty, dopóki nie powrócę”. Ahaswer wkrótce zorientował, na czym polegała jego kara. Obdarzono go przekleństwem nieśmiertelności, a dotknięty klątwą nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. Skazano go na tułaczkę bez wytchnienia, bez wiedzy, kiedy nadejdzie odkupienie.

 

Para zakochanych, Piotr i Maria spotyka u stóp weneckiego pałacu Dogana di Mare Szymona Füssgangera, intrygującego człowieka, który wydaje się na początku żebrakiem, a ostatecznie okazuje się erudytą. Wyjaśnia on, że „Füssganger” to tylko jedno z niezliczonych, przybranych nazwisk, jakie musiała w ciągu wieków przybrać postać zwana Żydem Wiecznym Tułaczem.

 

Autor spisujący jego dzieje nie próbuje wcale stworzyć powieści o dwu tysiącach lat ludzkiej cywilizacji, taki zamiar przerastałby możliwości pisarza. Zadowala się czymś, co pozornie wygląda na fragmentaryczną kronikę. Ahaswer patrzy więc na upadek Jerozolimy i Rzymu, z Europy opanowanej przez barbarzyńców ucieknie do Azji. Gdy powróci na stary kontynent, znajdujący się w pełni średniowiecza, pomoże zmienić kształt epoki jako towarzysz św. Franciszka z Asyżu i Krzysztofa Kolumba. Francję pozna jako napoleoński żołnierz. Jak widać, jest to wybór dość kapryśny. Lecz nie o wagę pojedynczych zdarzeń tutaj chodzi.

 

Powieść rozbito i pogrupowano na kilkanaście oddzielnych całości, podzielonych na krótkie rozdziały(najkrótsze mają kilka linijek). Można by je traktować jako oddzielne opowiadania, gdyby nie rozstrzelenie między sobą i logika przeplatanki, jaka je cechuje. Konstrukcja dzieła przypomina duże, ciągle obracające się koło: historia A, historia B, przebitka na Dogana di Mare, historia C, Dogana, historia A…

 

Stopniowo zaczyna do odbiorcy docierać, że właśnie te rozmowy Szymona z dwojgiem mających się ku sobie ludzi to sprawa najważniejsza. Ahaswerowe historie są tutaj jedynie pretekstem. Szymon próbuje przekonać młodych, że cały czas słuchają opowiadania o sobie samych. „Żyd Tułacz” to synonim słowa „człowiek”. Co, gdyby w jedno smutne życie zebrać całe możliwe doświadczenie?…

 

Za tym pomysłem kryje się coś głębszego. Przeklęty opowiadacz-podróżnik to także w pewien sposób symbol samego pisarza robiącego przed czytelnikami sprawozdanie z dziejów literatury. Tylko jak on, biedak, ma właściwie sobie w takiej sytuacji poradzić? Wszystkie dotychczasowe idee przez wieki albo wygasły albo zostały zmodyfikowane. Dzisiaj praktycznie każda część kultury może zostać potraktowana jako źródło rozrywki… i niewiele więcej. Co ma w takim razie robić autor chcący stworzyć dzieło ważne, mówiące o ludzkiej kondycji w wymiarze nie tylko współczesnym? Jak wygląda wieczność w czasach popkultury? D’Ormessonowskie próby odpowiedzi na te pytania nadal wypadają interesująco.

 

Jean d’Ormesson, „Historia Żyda Wiecznego Tułacza”, Warszawa 1994.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także