25 października 2012

Rozbitkowie literatury, czyli o książkach zapomnianych (3)

Druga powieść Wojciechowskiego potwierdziła jego (wyraźnie wcześniej zasygnalizowane) ogromne ambicje twórcze, dążenie do doskonałości oraz pragnienie zostania pisarzem elitarnym. Mimo tego ostatniego aspektu, książka doczekała się w sumie czterech wydań (trzech w okresie sześciu lat), co jak na dosyć hermetyczną prozę autorstwa bezpartyjnego pisarza było oznaką niewątpliwego sukcesu czytelniczego.

 

Bohaterem ponownie jest piszący w pierwszej osobie Dymitr Łazur, tym razem zamiast pakietu listów czytelnik otrzymuje od niego normalną, ciągłą narrację. Powraca także kilka innych spotkanych poprzednio postaci, lecz odbiorcy czekający na kontynuację niestety się zawiodą. Najprostszym wyjaśnieniem fabuły jest założenie, że dzieje się ona w świecie alternatywnym, a Łazur czy inni powtórzeni bohaterowie (jak Vassil Murawa) są dla autora nie stałymi punktami odniesienia, ale symbolami pewnych postaw.

 

 

Dymitr, w dzieciństwie (trochę jak Baryka z „Przedwiośnia”) członek portowego gangu z Pawłomorska, później staje się żołnierzem potężnego Cesarstwa (w domyśle: austro-węgierskiego), rządzi nim nawet przez pewien czas w charakterze dyktatora (co miało konsekwencje niezbyt szczęśliwe, ale nie do końca wyjaśnione), teraz zaś jako inżynier asystuje przy budowie tajemniczej Twierdzy. Jego smutną stabilizację przerywa śledztwo na Bałkanach w sprawie zagłady Brygady Transylwańskiej, oraz poszukiwania niekochającej go żony Darii. Trochę wbrew sobie narrator wplącze się w też aferę szpiegowską, a tymczasem pewne znaki zdają się wskazywać, że państwo chyli się ku upadkowi…

 

Sama fabuła potrafi być zarysowana w sposób interesujący i zawierać w sobie ciekawe zawirowania, patrząc jednak na nią z perspektywy całości wydaje się najdoskonalej pretekstowa. Cały świat przedstawiony, jako żywo przypominający c.k. monarchię z początku XX wieku, jest (jak poprzednio) naszpikowany anachronizmami, lecz tym razem dostrzegą je tylko wytrawni czytelnicy. Cesarstwo byłoby niemożliwe niczym tytułowe, absurdalne znalezisko archeologiczne. Zarazem (żeby przywołać słynne porównanie Conrada) jest ono jak łupina orzecha skrywająca właściwy sens opowieści.

 

Część krytyków zmyliła łatwość utożsamienia Czaszki w czaszce z konkretnym okresem, przeczytali ją jako zwykłą powieść psychologiczną ubraną w kostium pseudohistoryczny, ucieczkę autora od realności. Wojciechowski tymczasem, opisując świat, w którym zamiast wojny „wybuchł pokój”, także dawał wyraz swojemu zdegustowaniu współczesnością, ale się do niego nie ograniczał. Postać Łazura, człowieka uwikłanego w skomplikowaną sieć nacisków, jakie na człowieku wywierają światy historii i kultury, służy tutaj do aktywnego przeżywania ludzkich dylematów. W przeciwieństwie do twórców wielkich, uniwersalnych opowieści w rodzaju Shakespeare’a podkreśla jednak, że to nie same wydarzenia mają na nas największy wpływ, ale to jak my je odbieramy. Nasze piekło i niebo znajduje się bezpośrednio w naszych umysłach.

 

Całość, skupiona na autoanalizie, odwołująca się do wielkich wzorów europejskiego powieściopisarstwa, apelująca do odbiorcy o odpowiednio wyrobionym poziomie wrażliwości, po latach pozostała książką trudną i, by być szczerym, z pewnością wystawiającą cierpliwość niejednego czytelnika na próbę. Z drugiej strony, nie jest już tak zadłużona u „starych mistrzów” jak (o wiele też łatwiejsze) „Kamienne pszczoły”, a siłę i wartość oryginalności swojego eksperymentu zachowała do dzisiaj. Fanom fantastyki skojarzy się z pewnością z niektórymi osiągnięciami Jacka Dukaja. Droga odważnego czytelnika, podobnie jak podróż Łazura, nie będzie łatwa, ale za to satysfakcjonująca i równie obfita w niespodzianki.

 

Piotr Wojciechowski, Czaszka w czaszce, Warszawa 1970.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także