10 stycznia 2013

Rozbitkowie literatury, czyli o książkach zapomnianych (4)

Gdybym miał w najbanalniejszy sposób streścić główny problem tak fascynująco złożonej książki, jak ta, która dzisiaj omawiam, rzecz sprowadziłaby się do prostego – ale tylko pozornie – pytania: jak oddać rzeczywistość w literaturze?

 

Sama powieść wychodzi od dość literackiej sytuacji. Pisarz Jacek Pawłowski spotyka się w barze z kilkoma swoimi znajomymi, w tym z reżyserem Stefkiem. W składającej się na narrację serii monologów przedstawia projektowany pomysł na film: chciałby opowiedzieć historię popularnego pięściarza Franka Bieleckiego, który – po serii sukcesów – stoczył się na dno. Narrator, podobnie jak wielu jego kolegów po piórze, wierzy bowiem, że upadek człowieka jako ostatnie stadium życia jest jednym z głównych tematów sztuki. Ale jako iż sam przyznaje, że boksera znał mało, to epizody z życia sportowca są tylko przerywnikami w większej, dygresyjnej opowieści.

 

 

Dokładne przedstawienie wszystkich pojawiających się wątków, tematów, punktów widzenia wymagałoby chyba rozrysowania skomplikowanego schematu. Nie byłby on zresztą wcale potrzebny, bo dla autora czytelnik jest bardziej partnerem niż przeciwnikiem, czasem dużo od niego wymaga, ale olśniewając go niespodziankami w narracji, liczy, że odbiorca zdoła płynnie podążyć za jego myślą. Fabuła rozgrywa się wokół trzech głównych wątków: autobiografii Pawłowskiego, dziejów Franka oraz ideowego komunisty Wiktora, któremu życie szczególnie skomplikowała historia. Oczywiście w tak ambitnym projekcie uwagę bardziej zwraca nie treść, ale forma. Zalewski wychodzi od języka mówionego, poprzez próby sformułowania przez swojego bohatera twierdzeń ogólniejszych w sposób bardziej wyrafinowany, aż do użycia takich zabiegów jak strumień świadomości, czy narracja jednoczesna (symultanizm), co pozwala na skojarzenia z osiągnięciami prozy zachodniej w stylu Faulknera czy Vargasa Llosy.

 

Pisarz potrafił wykorzystać osobliwe szczęście artysty tworzącego w epoce przejściowej. Pragnienie napisania satysfakcjonującej, współczesnej powieści obyczajowej, zahaczającej o większą refleksję egzystencjalną w latach siedemdziesiątych, nieco ograniczone ze względu na czynniki zewnętrzne, mógł spełnić odwołując się do trzech epok, które większość dorosłych czytelników znała jeszcze z autopsji. Mamy więc lata przedwojenne, wyglądające na pozór jak raj utracony, ale podszyte od wewnątrz narastającym niepokojem. Wojna, czyli okres pełni życia, wypełniona jest strachem i terrorem. Stalinizm zaś dla bohaterów to czas dokonywania wyjątkowo toksycznych wyborów, tym bardziej dramatycznych, że niemotywowanych złą wolą. Teraźniejszość wydaje się okresem podsumowania i doświadczania skutków tych wyborów.

 

Monolog pisarza, jeśliby na niego spojrzeć z perspektywy psychologicznej, jest właściwie zapisem ciągłego napięcia psychicznego. Pawłowski tworzyć zaczął w wyjątkowo dramatycznych warunkach, bo prozaika obudziła w nim wojna. Komunizm dopisał mu do biografii piętno kłamstwa (to w jakiejś mierze odbicie losu samego autora, mającego na koncie m.in. tom socrealistycznych reportaży „Traktory zdobędą wiosnę”). Teraz cały czas rozważa skomplikowany ciąg powiązań między ludzkim życiem, moralnością a literaturą. Wprowadzenie rzeczywistości na karty książek narrator uważa za prawdziwie wartościową część swojego posłannictwa.

 

Los człowieka w „surowej” postaci można porównać do tytułowego splotu słonecznego, poplątanego kłębu mięsa i krwi. Czytelnika niech nie zwodzi przywoływanie wydarzeń z historii, bo to nie ona sama odpowiada za zagadkę istnienia. Z tego chaosu da się jednak ocalić chociaż część prawdy, zachować ją dla innych. W tym sensie niezbyt przecież pogodna powieść okazała się pozycją cokolwiek krzepiącą, nawet gdy ona sama została ostatecznie zagłuszona przez głośniejsze pozycje swojej epoki.

 

Witold Zalewski, Splot słoneczny, Warszawa 1972.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także