28 września 2012

Rozbitkowie literatury, czyli o książkach zapomnianych (2)

Piotr Wojciechowski, człowiek wielu talentów – prozaik (dla dzieci i dorosłych), dramatopisarz, scenarzysta, reżyser, publicysta, nauczyciel kreatywnego pisania – do historii przeszedł jako jeden z najoryginalniejszych powieściopisarzy poprzedniej epoki. Do dzisiaj ma on niewielką, ale wierną grupę fanów. Tę opinię potwierdza już sam jego debiut, intrygująca książeczka, przypominająca zagadkę, której rozwiązanie może być tylko częściowe.

 

Czytelnik zapoznaje się ze światem w jakiś czas po wielkiej wojnie, która zakończyła się dla Polaków w 1945 roku interwencją wojsk Rosji… carskiej. Dymitr Łazur, były żołnierz legendarnego oddziału Vassila Murawy, ex-poeta, podróżujący swobodnie po świecie i w wolnej chwili wystawiający musical w Manchesterze, obecnie siedzi zaszyty w Birczy, gdzie sekretarzuje genialnemu karłowi Fufajce, malarzowi i rzeźbiarzowi, potrafiącemu rzeźbić także we wnętrzu marmurowych bloków. W Tatrach działa Podhalańska Akademia Wiedzy, którą interesują się amerykańscy biznesmeni, a pewien niepokój budzi Czarna Żandarmeria dowodzona przez podchorążego o gruzińskim nazwisku…

 

W PRL-u, ze względu na cenzurę, trudno było napisać „normalną” powieść obyczajową, więc karkołomną układankę Wojciechowskiego można odczytać jako protest przeciwko jałowości ówczesnej rzeczywistości. Byłoby to jednak zdecydowanie spłycenie tematu. Autor kontynuuje dzieła mistrzów, w swojej fantazji historyczno-geograficznej przypomina (aluzyjnie wspomnianego) Witkacego, w wydobywaniu magii z różnych aspektów pomieszanej rzeczywistości Schulza. Od strony formy powieść jest istnym fajerwerkiem. Składa się wyłącznie z listów Łazura, na którego barki spada samodzielna kreacja świata i innych postaci. Pisze on do swoich przyjaciół, wspólników, kobiet, które kocha, swobodnie skacząc po stylach i tonach. Nie zawsze bywa uczciwy. Przejawia ambicje artystyczne (czuć, że nie do końca spełnione), toteż bardzo starannie buduje zdania w rytm literackiej frazy, szpikuje teksty bogatym, nieraz egzotycznym słownictwem.

 

Właśnie ta cecha osobowości bohatera pozwoliła niespełna trzydziestoletniemu geologowi pokazać swoje umiejętności warsztatowe z gorliwością debiutanta. Wartość „Kamiennych pszczół” bynajmniej nie leży w samej tylko formie. Wprowadzają one czytającego w świat dramatycznych i ważnych paradoksów. Zabawa treścią łączy się z powolną narracją, pragnienie ścisłego uporządkowania wiedzy z humanistycznymi wątpliwościami, malownicze epizody wojenne z głęboko osobistymi rozterkami egzystencjalnymi. Kim właściwie jest „Dymek”? Poranionym żołnierzem usiłującym się odnaleźć w nowej sytuacji? Nieudanym pisarzem? Nieszczęśliwym kochankiem? Może tylko efekciarzem i manipulatorem? Dlaczego ta sama rzeczywistość, która kiedyś wydawała się pełna poezji, zamienia się z czasem w szarą zwyczajność?

 

Książka reprezentuje typ literatury, którego właściwie już dzisiaj nie ma. Może budzić skojarzenia z realizmem magicznym, ale są to związki raczej luźne. Tym bardziej warto się udać w tę, na wiele sposobów ciekawą, podróż. Nie była ona zresztą jedynym pamiętnym występem Łazura. Ale o tym już następnym razem.

 

Piotr Wojciechowski, „Kamienne pszczoły”, Warszawa 1967

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także