20 listopada 2012

Wielka powieść o umieraniu

Około 30 ekranizacji, nie licząc seriali. Pierwsza nie trwała dłużej niż 10 minut, ostania uderza przepychem i ambicjami twórców. Żaden bohater ani żadna bohaterka filmowa nie umierała na ekranie chyba tak często jak Anna Karenina. Raz jeden, w 1927 roku darowano jej życie, ponieważ badania amerykańskiej publiczności pokazały, że widzowie woleliby ją widzieć w ramionach Wrońskiego, a nie pod kołami pociągu. Twórcy filmu zachowali jednak resztki zdrowego rozsądku i zmienili tytuł filmu rezygnując z odniesienia do powieści i zostawiając tylko „Love”.

 

Heroiny i amanci

 

Wśród odtwórczyń roli tytułowej bohaterki znalazły się między innymi Greta Garbo (dwa razy, pierwszy we wspomnianej ekranizacji z 1927 roku, drugi raz w klasycznej do dziś ekranizacji z 1935 r.), Marlena Dietrich, Vivien Leigh, Sophie Marceau, Jacqueline Bisset, teraz Keira Knightly. Wrońskim był Sean Connery, tuż przed swoją wielką przygodą z Bondem, Sean Bean, Fredric March, Christhoper Reeve. I po każdej z tych ekranizacji przez prasę przetaczała się fala krytyki i dyskusji. Vivien Leigh była zbyt powściągliwa jako Anna, Greta Garbo zbyt tragiczna lub zbyt młoda, między Marceau a Beanem nic się na ekranie nie działo.

 

Wiele z ekranizacji „Anny Kareniny” to w istocie filmowe targowisko próżności, licytacja na pieniądze, kostiumy, biżuterię (w najnowszej adaptacji Joe Wrighta Anna nosi biżuterię od Chanel z aktualnie dostępnej kolekcji), rozmach i box office. Anna Karenina stała się błyskotką kina. Gdyby spróbować policzyć, to pewnie by się okazało, że przynajmniej raz na dekadę ktoś znów próbuje sfilmować powieść Tołstoja (ostatnia głośna adaptacja była w 1997 roku, chronologicznie przedostatnia jest pewnie rosyjska z 2005 roku), będąc święcie przekonanym, że jego interpretacja będzie tą ostateczną i kanoniczną. Tą, do której będzie można dopisywać już tylko komentarze.

 

Jedni, aby to osiągnąć ruszają w rosyjskie plenery i każą mówić swoim aktorom po rosyjsku, innym wystarczy za tło krajobraz Stanów Zjednoczonych lub angielska prowincja. Wszyscy jednak dbają o to, żeby ich wysiłkom towarzyszyła plejada gwiazd. Nawet jeśli film będzie kiepski, to kto nie skusi się, aby pójść zobaczyć jak Greta Garbo tonie w ramionach Marcha, swego ówczesnego partnera? Chodzi o to, żeby sprzedać romans. Jeśli ten powieściowo-filmowy nie wyjdzie, zawsze w zanadrzu jest gwiazda i jej mniej lub bardziej aktualne miłości. W końcu od samego początku nie chodziło o Tołstoja, ale pretekst do pokazania romansu w historycznych dekoracjach. Romansu, który jest jednym z wielu wątków jego wielkiej powieści.

 

Miłość jasna, miłość ciemna

 

A przecież wszystko zaczęło się zupełnie inaczej i nie zapowiadało tego, z czym odruchowo kojarzymy „Annę Kareninę” dzisiaj. Ten romans wszechczasów, powieść, którą i Oprah Winfrey, i Orhan Pamuk nazywają największym love story w literaturze (swoją drogą sprzedaż powieści wzrosłą w USA w 2004 roku, po tym jak na stronie internetowej poświęciła jej tekst właśnie Winfrey, analizując feministyczne konteksty dzieła) ma swój początek w prawdziwym dramacie, który Tołstoj obserwował z bliska. Kochanka jego sąsiada, zdradzona przez swojego wybranka rzuciła się pod pociąg. Tołstoj, jak podają jego biografowie, dokładnie i z napięciem przyglądał się jej zmasakrowanemu ciału, złożonemu na stole w domku dróżnika. Początkiem „Anny Kareniny” jest zatem śmierć. I Tołstoj konsekwentnie opowiada historię miłości Anny, opowiadając równocześnie historię jej śmierci – społecznej, towarzyskiej, rodzinnej. Epizod na stacji jest oczywistym dopełnieniem i zakończeniem tej gęstej, ciemnej powieści. Anatomia miłości staje się anatomią śmierci. A przecież, czytając powieść, nie da się nie zauważyć, że miłość chciał Tołstoj właśnie ocalić.

 

Dlaczego tak się jednak nie stało. Albo inaczej: dlaczego Tołstoj, chcąc głosić miłość jasną i czystą, stał się prorokiem miłosnego szału, miłości, która unieważnia wszystko poza samą sobą? Czy to tylko nasza wina, czytelników i interpretatorów? Może sam Tołstoj przegrał ze swym wielkim talentem i pasją opowiadania?

 

Jarosław Iwaszkiewicz pisząc o tej powieści zastanawiał się, na czym polegała klęską Tołstoja. Klęska, którą rosyjski pisarz poniósł jako myśliciel. Autor „Zmartwychwstania” przeciwstawił w „Annie Kareninie” dwie miłości: jasną i ciemną. Miłość Kitty i Lewina, która była miłością podług ducha, czystą, wysoką, nieskalaną i nieopanowaną żądzą, ustawił w opozycji do pełnego pasji, ciemnego uczucia Anny i Wrońskiego. Jest w powieści epizod, w którym Anna i Wroński odwiedzają pracownię malarską Michajłowa, samotnego geniusza. Oglądają obraz z Chrystusem i Piłatem. Jest to o tyle istotne, że w tym przeciwstawieniu zawiera się metaforyczne podsumowanie jednego z ważnych wątków powieści – życia podług ciała (Piłat) i podług ducha (Chrystus). Według Iwaszkiewicza na tym przeciwstawieniu zasadza się problem z powieścią. Jak chce autor „Panien z Wilka” (kolejnego pięknego, wielkiego tekstu o miłości i przemijaniu): „…jeśli Tołstoj usiłuje konfliktowi Anny ze społeczeństwem przeciwstawić patriarchalną idyllę Lewina z jego wsią i chłopami, to zamiar ten się Tołstojowi nie udaje, nie ma w nim bowiem prawdy”.

 

I to jest coś co uderza dziś w lekturze „Anny Kareniny” bardzo silnie. Skupmy się tylko na dwóch postaciach, bo za ich pośrednictwem zobaczymy, jak Tołstoj przegrywa w tej powieści z własnym talentem. Kreśli bowiem dwie główne postaci, które stawia w centrum intrygi – Annę i Lewina. Zamysł pisarski jest czytelny – macie lubić i podziwiać Lewina, Annie wolno wam współczuć, ale nie wolno wam jej lubić. Jakież by było rozczarowanie pisarza dziś. Lewin bowiem jest postacią męczącą, jego patriarchalizm, pełne miłości lekceważenie w stosunku do Kitty, dążenie do jakiegoś całościowego i jedynego ujęcia praw rządzących światem, przekonanie o wyższości mężczyzny nad kobietą irytują, ale – co ważniejsze – powodują obojętność w stosunku do niego. Lewin jest panem i władcą, nie lubi społeczeństwa, ale to na takich jak on opiera się społeczna moralność i porządek. To z nimi w konflikt wchodzi zakochana kobieta, stając się w wyniku tego konfliktu postacią złożoną, intrygującą i fascynującą.

 

Kobieta, która żąda wolności

 

Annę Kareninę poznajemy jako spokojną, stateczną małżonkę i matkę, kobietę wysoko postawioną w świecie rosyjskiej elity. Wszystko zmienia się z powodu jednego spotkania i jednego tańca. Przekroczeniem społecznego ładu nie jest jednak to, że Anna nawiązuje romans z Wrońskim. Przekroczeniem jest to, że nie panuje nad siłą swych emocji, a co najważniejsze, że z ich powodu chce naruszyć reguły świata, w którym żyje.

 

Posiadanie kochanka było wówczas czymś zwyczajnym (wpisane to jest też w powieść, czego przykładem choćby postać Betsy Twerskiej). Nadzwyczajne było jednak żądanie prawa do miłości i autentyczności, zwłaszcza przez kobietę. Przestrzenią wolności był buduar i mały salonik. Anna chciała, tą przestrzenią stały się salony, teatry, ulice. Widać to w tej wspaniałej scenie, gdy – po kolejnej kłótni z Wrońskim – Anna postanawia pójść do teatru. Jest to pełen desperacji, ale i odwagi gest obrony własnej godności, manifestacyjne odrzucenie fałszywych reguł, wielki gest demistyfikacji. Bo w ten sposób Karenina rzuca społeczeństwu wyzwanie – może jestem dziwką, może zostawiłam syna, którego kocham nad życie, może uległam mrocznej sile pożądania, ale nie jestem gorsza, jestem taka jak wy, którzy robicie to samo, ale nie macie odwagi się do tego przyznać. W ten sposób Anna dołącza do grona bohaterek-wariatek, jak Emma Bovary, Matylda de la Mole, pani de Renal, które mocą erotycznego pragnienia próbują walczyć o prawo do autentyczności i które tę walkę przegrywają (swoją drogą bardzo ciekawy jest związek pożądania i czytania; zarówno Anna, jak i Emma Bovary były zapalonymi czytelniczkami).

 

Karenina wbrew Tołstojowi. Stoppard wbrew Kareninie?

 

Złożoność postaci Anny, w której wyraża się zarówno jej konflikt ze społeczeństwem, ale i problemy samego modernizującego się społeczeństwa jest paradoksalnie wielkim zwycięstwem Tołstoja jako pisarza. Zwycięstwem jakby niezamierzonym, jakby wbrew pisarskiej intencji. Ewolucja Anny od stłamszonej, nieświadomej swych pragnień istoty do rozbudzonej erotycznie, intelektualnie kobiety, jest równocześnie opowieścią o wielkiej samotności, o powolnym odklejaniu się od świata.

 

Czy Anna popełniła samobójstwo, bo chciała zemsty na Wrońskim? Czy może dlatego, że nie umiała żyć pod groźbą rozpadu, który zaczął zagrażać jej związkowi? A może dlatego, że wiedziała, iż na zawsze utraciła kontakt światem, w którym dotąd żyła? Że to jest świat, w którym nie potrafi być już matką, kochanką, żoną, że określoność tych ról nie przylega już do jej doświadczenia, które stało się doświadczeniem granicy ładu społecznego, fałszu i ograniczeń, które ten ład budują wbrew potrzebom i pragnieniom jednostki. Zakochany podmiot wyłamuje się ze świata i nie zawsze potrafi do niego wrócić. Dlatego wielka opowieść o miłości jest też wielką opowieścią o odchodzeniu. Kinu do tej pory nie udało się tego pokazać.

 

Tym razem reżyser Joe Wright i scenarzysta Tom Stoppard postanowili wyłamać się z dotychczasowej maniery filmowania arcydzieła Tołstoja. Nie ma salonów, pałaców. Wszystko (poza sekwencjami na wsi, u Lewina) dzieje się w teatrze, na scenie. Propozycja ta intryguje i niepokoi zarazem. Czy nie jest to zbyt dosłowne, pretensjonalne – świat teatrem, aktorami ludzie. Już to znamy. Ale najbardziej niepokoi rozmach i przepych. Czy mrok „Anny Kareniny” nie zostanie niepotrzebnie rozświetlony kryształowymi żyrandolami? Jak uwierzyć w śmierć na teatralnych deskach, jak na scenie pokazać intymność, w którą okrutnie wdziera się świat zewnętrzny? Pocieszeniem może być opinia recenzenta „New York Timesa”, który stwierdza, że rozwiązania adaptacyjne, zaproponowane przez twórców nowej ekranizacji, są po latach błądzenia filmowców wokół „Anny Kareniny” krokiem w dobrym kierunku. Inna jednak prawda – dość skutecznie udowadniana przez kino – głosi, że wielkie powieści nie zawsze stają się wielkimi filmami. W przypadku Kareniny to drugie sprawdzało się do tej pory dość dobrze.

 

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także