12 listopada 2012

Zadymione kosmosy

Kameralna, legendarny lokal, w którym bywała cała socjeta powojennej Warszawy, Tyrmand popijał wódeczkę, a Hłasko się awanturował, po blisko dwudziestu latach znowu otworzyła swoje podwoje. Wprawdzie czasy już nie te i adres trochę inny (z kamienicy przy Foksal 16 przeniosła się na róg Foksal z Kopernika), ale nazwa i neon się zgadza. Pytanie tylko, czy istnieje jeszcze towarzystwo, które zdoła dorównać legendzie najsłynniejszej peerelowskiej knajpy?

Józef Roth, autor „Marszu Radetzky’ego”, do tego jeden z największych melancholików i pijaczyn w historii literatury, właśnie w kawiarni stworzył swój papierowy raj Austro-Węgier. Knajpy, w których dojrzewały kolejne pokolenia pisarzy, zniknęły już bezpowrotnie, zupełnie jak opiewana przez Rotha monarchia. Jednak bez tych zanurzonych w papierosowym dymie i oparach alkoholu miejsc nie sposób wyobrazić sobie pisarza z przełomu XIX i XX wieku. Nie sposób też myśleć o literaturze polskiej bez Ziemiańskiej czy Pod Pikadorem.

 

Narodziny kawiarni literackiej

 

Czym byłaby literatura bez owych przybytków, w których jak na drożdżach wyrastało ego różnego autoramentu twórców, trudno wyrokować. Na pewno jednak bez tych gwarnych i zadymionych mikrokosmosów jej historia byłaby mniej spektakularna, a my zostalibyśmy pozbawieni mnóstwa soczystych anegdot. Nic więc dziwnego, że George Steiner, amerykański krytyk i pisarz, posuwa się wręcz do stwierdzenia, iż kawiarnia to symbol naszego kontynentu: „Europę tworzą kawiarnie, cafés. Rozciągają się od ulubionej kawiarni Pessoi w Lizbonie do cafés bandytów Izaaka Babla w Odessie. […] Wystarczy naszkicować mapę kawiarni, żeby uzyskać zasadnicze wyznaczniki ‘idei Europy’”. Kto wie, czy najbardziej spektakularnym wkładem Polaka w dziedzictwo światowej literatury nie była więc przypadkiem inicjatywa Jana Franciszka Kulczyckiego, spolonizowanego Rusina, który za zasługi podczas wiedeńskiej wiktorii nad tureckim najeźdźcą uzyskał od samego cesarza Leopolda I przywilej parzenia kawy zdobytej w obozie Kara Mustafy. Wkrótce potem Kulczycki nazywał się Kolschitzky, a założony przezeń lokal Pod Błękitną Butelką stał się pierwszą wiedeńską kawiarnią.

 

Literatura salonowa

Zanim wszak kawiarnie zmieniły nie tylko oblicze europejskich metropolii, lecz i charakter literatury, życie literackie koncentrowało się w bardziej elitarnych środowiskach — w salonach arystokracji oraz dobrze prosperującej burżuazji. Salon, odmieniany współcześnie w Polsce przez wszystkie przypadki pogardy, odegrał bowiem niebagatelną rolę w procesie profesjonalizacji literatury. Corneille i Pascal bywali wszakże w pałacach francuskich arystokratek, pań de Scudéry i de La Fayette, rodzimi literaci zaś byli przyjmowani z honorami nie tylko u króla Stanisława Augusta na słynnych „obiadach czwartkowych”, ale i w Pałacu Błękitnym Adama Kazimierza Czartoryskiego czy w puławskiej posiadłości Izabeli Czartoryskiej.

 

Być może bez tych spotkań, organizowanych przez dobrze urodzonych, a w późniejszych czasach przynajmniej majętnych snobów, pozycja literata nie wykroczyłby poza status petenta wiszącego klamki mecenasa bądź bawidamka produkującego się ku uciesze znudzonego balami towarzystwa. To bowiem w salonach wielkich tego świata ludzie pióra (na równi z innymi artystami) zaczęli nie tylko przeglądać się w pełnych podziwu spojrzeniach i grzać w ogniu prowadzonych przez siebie dyskusji, lecz również nabierać przekonania o własnej wartości. To tam wzrastał status artysty i jego miłość własna — bardzo możliwe, że gdyby nie towarzystwo dobrze ustawionej publiczności i zrodzone stąd kompleksy pismaków nie pojawiłaby się też romantyczna rebelia, wskutek której z łaszącego się do możnych salonowego pieska poeta zmienił się w istotę wyniosłą, dostępującą prawd, o których zwykli śmiertelnicy nie mają bladego pojęcia.

 

Salon wychodzi z mody

 

Wraz z postępującą industrializacją i pojawieniem się społeczeństwa masowego w XIX w. salony z wolna wychodziły z mody. Kapitalista bywał mecenasem zdecydowanie rzadziej niż arystokrata. Literaci, rzadko kiedy posiadający sprzyjające życiu towarzyskiemu warunki lokalowe, zaczęli wprowadzać się gremialnie do kawiarni. „Café jest miejscem schadzek i konspiracji, intelektualnej debaty i plotki, miejscem, w którym flâneur, poeta czy metafizyk siedzą nad notatnikiem. Jest otwarta dla każdego, będąc zarazem klubem, lożą masońską politycznego i artystyczno-literackiego rozpoznania i programowej obecności. Filiżanka kawy, kieliszek wina, herbata z rumem wyznaczają milieu, w którym można pracować, śnić, rozegrać partyjkę szachów czy po prostu spędzić dzień w cieple” — zauważa cytowany już George Steiner w eseju „Idea Europy”.

 

Przełom dziewiętnastego i dwudziestego stulecia to apogeum kawiarnianego życia. Żaden szanujący się człowiek pióra nie mógł sobie pozwolić na brak stałej miejscówki w jednym z takich przybytków. Kawiarnianą stolicą świata stał się Wiedeń czasów belle époque. „Kawiarnia wiedeńska to rozpoznawalny symbol, znak kulturowy, wyrażający stosunek do rzeczywistości i znamionujący wyszukany, acz niewymuszony sposób bycia. […] Kawiarnia jest poniekąd drugim domem wiedeńczyka, tu ma on swój marmurowy blat stolika, swoją pluszową kanapę, gięte krzesła, potrzebne gazety i przyjazne jego naturze otoczenie” — twierdzi znawca tematu, profesor Stefan H. Kaszyński, autor „Opowieści wiedeńskiej kawiarni”. Całe pokolenia austriackich pisarzy, od Grillparzera i Stiftera, przez Schnitzlera i Karla Krausa, po Musila i Brocha, wprost „wysiadywały” swoje dzieła przy marmurowych blatach Café Central, Café Griensteindl czy — już po pierwszej wojnie światowej — Café Herrenhof.

 

Nasze knajpy, nasze kawiarnie

W Polsce cała literatura międzywojnia dojrzewała w kłębach dymu, które snuły się po warszawskich kawiarniach Małej Ziemiańskiej i Pod Pikadorem, w lwowskich knajpach Szkockiej i Atlasie czy w krakowskiej Jamie Michalika. To właśnie tam, jak wspominał Józef Wittlin, „urabiano dobrą i złą opinię wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób parali się w Polsce literaturą, sztukami pięknymi i teatrem”. To tam zawierano literackie przymierza oraz ustalano artystyczny i towarzyski porządek, czyli innymi słowy — budowano środowisko. Nawet ci, którzy od towarzystwa ostentacyjnie się odcinali, swe manifestacje uskuteczniali właśnie w lokalach. Taki Gombrowicz stworzył w Małej Ziemiańskiej własny podstolik, przy którym zgrupowali się zawistni parweniusze, niedopuszczeni do zaszczytu przesiadywania z kawiarnianą elitą. Kompanii autorowi „Trans-Atlantyku” dotrzymywali młodzi i dopiero dojrzewający do swych nazwisk przyszli pisarze i krytycy: Kazimierz Brandys, Stanisław Dygat, Jerzy Pomianowski, Jan Kott i Ryszard Matuszewski. We „Wspomnieniach polskich” Gombrowicz tak opisywał swą rolę: „Mój sposób bycia w Ziemiańskiej nacechowany był nonszalancją, wyraźnie świadczącą, iż nie potrzebuję zarabiać piórem i przyśpieszać zbyt nerwowo mojej kariery pisarskiej. Do Skamandrytów prawie nigdy nie zaglądałem, gdyż jeszcze nie byłem z nimi na równej stopie i nie mogłem sobie z nimi pozwolić na to, czego bym pragnął”. Ziemiańska bowiem miała strukturę mocno hierarchiczną i nie każdy mógł dostać się na „półpięterko”, gdzie w towarzystwie piłsudczykowskich notabli, z Józefem Beckiem i Walerym Sławkiem na czele, przesiadywały najjaśniejsze gwiazdy ówczesnego firmamentu polskiej literatury, poeci Skamandra. Ostatecznie Gombrowicz, wybitnie przecież czuły na swoim punkcie, przeniósł się do innego lokalu, nieodległego Zodiaku.

 

Po wojnie rolę Ziemiańskiej jako miejsca, w którym trzeba bywać, by zaliczać się do towarzystwa, przejęła właśnie wskrzeszona ostatnimi czasy Kameralna. Otwarty pod koniec lat 40. lokal prowadzony był w duchu „nowych czasów” — pozornie egalitarny, w praktyce nie mniej snobistyczny niż przedwojenne kawiarnie. Już przy drzwiach dokonywała się selekcja, bo wykidajło wpuszczał „na twarz”, to jest — zależnie od swego widzimisię i humoru. Oczywiście nie dotyczyło to stałych bywalców, do których należał Leopold Tyrmand, który w „Życiu towarzyskim i uczuciowym” szczegółowo i złośliwie sportretował towarzystwo zbierające się w Kameralnej: „wynalazek specyficzny dla Warszawy końca półwiecza: ufryzowana kokieteria literacka, pseudowyrafinowane mariaże picia kawy i kontraktowania schadzek pośród rozrzuconych dokoła powieści i poezji w niskich nakładach. Jest wiele kawiarń, redakcji i teatrów w Warszawie, lecz o pewnej porze dnia przygniatająca większość dbałych o doraźny efekt aktorów, dziennikarzy, pisarzy i snobów kroczy po ulicy Foksal i ukazuje się na progu księgokawiarni”.

 

Choć trzeba zauważyć, że w Kameralnej panował snobizm osobliwy, elementem powojennej mody literackiej stała się bowiem z lekka straceńcza nonszalancja. A okazji do jej okazywania w lokalu nie brakowało — wobec panującego w środku ścisku na porządku dziennym były podobno przepychanki i mordobicia. Celował w nich między innymi Marek Hłasko, który na pobliskim posterunku przy ulicy Bednarskiej dorobił się takiej renomy, że milicjanci nie umieszczali go w celi, lecz na leżance w dyżurce. A Henryk Grynberg, również bywalec „mordowni”, jak czule nazywano Kameralną, opowiadał: „Tylko najodważniejsi ośmielali się do niego odezwać, bo kto się głupio odezwał, dostawał w zęby. No i snoby, którym wszystko imponowało: — Widziałeś, jak mi Hłasko dał w zęby?”.

 

Można melancholijnie, ale i uspokajająco dla potencjalnych klientów stwierdzić, że w nowej Kameralnej niełatwo zapewne będzie dostać po gębie od literata. Czasy już nie te — pisarze mniej krzepcy, nieskorzy do bitek, a i publiczność jakby mniej zainteresowana ludźmi pióra. Okazji do towarzyskiego lansu trzeba szukać zatem gdzie indziej. Pisarze zresztą dobrze to rozumieją i wystawiają się obecnie na widok publiczny zgodnie z duchem epoki, to jest wirtualnie: w szczęśliwszych przypadkach w telewizji, w mniej spektakularnych zaś po prostu doglądają fejsbukowego profilu.

Czytelnicy, tego artykułu oglądali także