28 stycznia 2014

Bezradne ofiary okoliczności

Bohaterowie opowieści Jona Lee Andersona – wieloletniego korespondenta „New York Timesa” i „The Nation”, autora biografii Che Guevary, Fidela Castro i Hugona Chaveza – są bezradnymi ofiarami okoliczności.

 

Lekarz Halilullah to cichy, zrównoważony dwudziestotrzylatek. Wyróżnia się spośród pozostałych, gdyż jako jedyny nosi zachodni strój z brązową sztruksową marynarką. Pochodzi z rodziny zamożnych właścicieli firmy z Kandaharu, importującej leki; inni mudżahedini to głównie niepiśmienni chłopcy z okolic Arghandabu. =Do partyzantki wstąpił w wieku piętnastu lat, wbrew wyraźnej woli rodziców, którzy obecnie przebywają na uchodźstwie w Kwecie, gdzie nadal prowadzą interes z pomocą braci Halilullaha. Pragną, by syn porzucił walkę i wrócił do nich, lecz on upiera się, że jego miejsce jest u mudżahedinów. Kiedy dżihad zwycięży – marzy – pójdzie na medycynę w Ameryce lub Wielkiej Brytanii i zostanie „prawdziwym doktorem”. Podobny los spotyka jego rówieśników w Afganistanie, Birmie czy Strefie Gazy.

 

„Podczas wojny ludzkie życie staje się dobrem nietrwałym, a szacunek dla niego zależy od wielu czynników: od celu wojny, postępowania wroga, fizycznych cech pola walki – i, co może najważniejsze, kulturowych tradycji i przekonań. Ostatecznie wartość, jaką walczący przypisują ludzkiemu życiu, ma decydujący wpływ na sposób, w jaki prowadzą wojnę” – stwierdza amerykański dziennikarz. „Partyzanci” to jedna z jego pierwszych książek, napisana jeszcze przed rozpoczęciem prac nad monumentalną i znakomitą biografią Che Guevary – pozycją, która uczyniła Andersona międzynarodową sławą. Jego status utrwaliły reportaże z Iraku, pisane dla „New Yorkera”. Wcześniej wydał dwa tomy reportaży, „Inside the League: The Shocking Expose of How Terrorists, Nazis and Latin American Death Squads Have Infiltrated the World Anti-Communist League” (1986) i „War Zones” (1988).

 

Reportaże z pierwszej ręki, które znajdziemy w „Partyzantach”, napisane są fachowo i sprawnie. Oddają one przede wszystkim tragedię zwykłych obywateli, którym wojskowi lub religijni przywódcy wymyślają wojny. Anderson umiejętnie przeplata analizę historyczno-społeczną, przeprowadzaną chłodnym okiem, i osobiste opowieści „zwykłych ludzi”, którzy po prostu mają nieszczęście żyć w niebezpiecznym czasie w niebezpiecznym miejscu. Oczywiście, jego bohaterowie często sami chwytają za broń, nie są tylko biernymi ofiarami, jednak zmusiły ich do tego okoliczności. Nie stali się rewolucjonistami z własnej woli czy kaprysu. Po prostu – zdaje się przekonywać dziennikarz – nie mieli innego wyboru.

 

Niestety, Anderson z „Partyzantów” to nie Anderson od „Guevary” czy błyskotliwych artykułów o Gabrielu Garcii Marquezie, w których wspina się na wyżyny reportażu. A właściwie nawet nie reportażu co po prostu literatury. „Partyzanci” nie znają jeszcze subtelności Andersonowskiego stylu i myśli. Niestety, wpadają w pułapkę pompatycznego reportera, igrającego ze śmiercią, z czołem przewiązanym czerwoną bandaną i obowiązkową puszką piwa w dłoni. Przez niektóre wyjątkowo pompatyczne zdania, książka aż prosi się o wydanie na audiobooku. „Aby walczyć, trzeba stanąć oko w oko ze śmiercią” na ten przykład. Czytać mógłby choćby Bogusław Linda.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także