27 czerwca 2013

Czy ta pani tego pana chce?

Ewa Lipska napisała tomik wierszy o miłości. Zdaję sobie sprawę z tego, że jak czyta się sformułowanie „tomik wierszy o miłości”, to zwyczajnie, po ludzku, robi się człowiekowi niedobrze. Mamy bowiem przed oczami albo wypisy z Poświatowskiej (absolutny hit na facebookowych ścianach studentek polonistyki niższych lat), albo, co jeszcze gorsze, myślimy o doświadczeniu miłości w wersji somatycznej, gdzie podmiot wydrapuje sobie żyletką inicjały ukochanego, a potem długo drapie rany, żeby została ładna blizna.

 

W tym przypadku nie jest ani tak, ani tak. Miłość pojmowana jest tu w sposób nadzwyczaj tradycyjny. Jest ona, jest też on. On pisze do niej. Ot, cała sytuacja liryczna. Lipska nie stosuje tanich sztuczek, nie wzdycha, nie rozpływa się w amorach, za to bawi się w kotka i myszkę nie tylko z odbiorcą, lecz przede wszystkim ze swoją bohaterką (w tej roli powraca znana już dobrze stałym czytelnikom tej autorki Pani Schubert), robiąc to w sposób z z jednej strony niesamowicie zalotny i dowcipny, z drugiej zaś ironiczny a momentami może wręcz cyniczny.

 

Składające się na „Miłość, droga pani Schubert…” wiersze są więc trochę jak staromodne listy miłosne, a trochę jak bileciki podawane ukochanej pod stołem – wywołują u niej delikatny chichot, wprawiając przy tym w lekką konsternację. Każdy z tych listów-liścików pisany jest niejako przy innej okazji. Pani Schubert ewidentnie lubi być zaskakiwana. To miłe, że w tym wszystkim tomik ten jednak nie stara się niczego udawać, a miłość pozostaje miłością, a nie setką porównań i nadbudowanych metafor.

 

Podmiot tych wierszy – trochę fircyk, trochę lowelas, trochę filozof, który właściwie nie wiadomo, czy podrywa tę biedną, zapewne mocno skonfundowaną Panią Schubert, czy tylko ją zaczepia (a może tak naprawdę uważa ją za kompletną kretynkę?). Jak w tej wyliczance: „kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje”. Raz wyznaje jej gorącą miłość, by zaraz lekko z niej zakpić, czasem opowie historię, a czasem odburknie jej jednym zdaniem, że ten cały świat to jednak trochę do bani. To wszystko składa się na dość swobodny, niezobowiązujący, wręcz nieco groteskowy klimat, jaki udało się Lipskiej wytworzyć.

 

Czytanie wierszy Ewy Lipskiej nie jest dziś szalenie modne, zwłaszcza wśród młodych czytelników oczekujących od poezji wrażeń nieco mocniejszych. Jednak „Miłość, droga pani Schubert…” to książka, z którą – niezależnie od wszystkiego – niewątpliwie warto się spotkać. Mimo, że nie jest to poezja, która daje nam w twarz tak, że nie wiemy, co ze sobą zrobić, można z tego spotkania wrócić w dobrym nastroju.

Książki, o których pisał autor