19 listopada 2013

Susan Sontag – cierpiętnica modelowa

„Dlaczego czytamy dzienniki pisarza? Liczymy na to, że objaśnią nam jego twórczość. Często jednak tego nie robią. Sądzę, że sięgamy po nie, chcąc doświadczyć surowości formy, którą dzienniki zachowują nawet wówczas, gdy są pisane z myślą o publikacji. Dziennik pozwala wejrzeć w duszę pisarza. A dlaczego nas ona interesuje? Nie dlatego, że jesteśmy ciekawi autorów jako takich, lecz z powodu istniejącego dziś, nienasyconego zainteresowania psychologią, która zrównuje odkrywanie siebie z odkrywaniem własnego cierpienia, a spośród twórców to właśnie od pisarza, artysty słowa oczekujemy, że będzie umiał najlepiej swoje cierpienie wyrazić”.

 

Tak w powstałym w 1962 roku eseju „Artysta – cierpiętnik modelowy” Susan Sontag rozważa istotę tej specyficznej, na wskroś wojerystycznej rozrywki, jaką jest czytanie pisarskiego dziennika. Tym cytatem można by rozpocząć i zakończyć, gdyby nie fakt, że dziś autorka przywołanych słów staje po drugiej stronie – to ona staje się cierpiętnikiem modelowym. Jak przyznaje jej syn w przedmowie do drugiego tomu dziennika, Sontag pisała go głównie wtedy, gdy była nieszczęśliwa, stąd być może nieco fałszywy, cierpiętniczy obraz autorki, który wyłania się tutaj. Nie sposób nie podzielić obserwacji potomka, Sontag cierpi momentami aż do szaleństwa. Jednak nie zapominajmy, że lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte to okres, w którym równocześnie jej pisarstwo wręcz eksploduje. Autorka w 1962 roku wydaje swoją pierwszą powieść, a pod koniec 1965 roku rozpoczyna pracę nad kolejną, która ukazuje się dwa lata później. Oprócz tego publikuje zbiór opowiadań, angażuje się w wiele innych projektów, a także wydaje kilka tomów znakomitych esejów – znane polskiemu czytelnikowi „Przeciw interpretacji”, „Choroba jako metafora” oraz „ O Fotografii” oraz, być może nawet jeszcze doskonalsze, „Styles of radical will” i „Under the sign of Saturn”.

 

W przywoływanym już przeze mnie eseju Sontag zauważa jeszcze jedną, arcyważną rzecz – pisarz jest cierpiętnikiem modelowym dlatego, że nie tylko doświadczył cierpienia, lecz przede wszystkim był w stanie sublimować (w sensie dosłownym, nie freudowskim) swoje cierpienie w słowo. Jednak powiedzieć, że sztuka pisarska Susan Sontag ma swoje korzenie w głębokim odczuwaniu cierpienia to z jednej strony powiedzieć bardzo dużo – eseje „Choroba jako metafora”, „Widok cudzego cierpienia” czy „Real Battles and empty metaphores” uświadamiają nam, że w opisywaniu cierpienia, oraz zjawisk mu towarzyszących amerykańska pisarka nie ma sobie równych – z drugiej zaś strony powiedzieć, że autorka pisze, bo cierpi, to nie powiedzieć nic.

 

Dzienniki Sontag zostawiają czytelnika z potężnym poczuciem dysonansu poznawczego. Z jednej strony stanowią bowiem niemalże ewokację cierpienia, z drugiej zaś stają się fantastycznym przewodnikiem po „doświadczeniach kultury” – takim terminem chyba najzgrabniej ująć można to, co pozostaje po kolejnych lekturach, seansach, przedstawieniach, spotkaniach, podróżach. Prezentowany przez Susan Sontag, a niezwykle mi bliski, kompulsywno-obsesyjny model konsumowania kultury, w którym nie istnieją podziały na kulturę elitarną i egalitarną, wysoką i niską, przywodzić może na myśl bulimię – na kartach dzienników znajdziemy tak długie listy przeczytanych książek i obejrzanych filmów, że edytor zdecydował się w niektórych momentach na dokonanie dość radykalnych cięć.

 

Kontekst eseistyki Sontag uruchamia się wielokrotnie przy lekturze dzienników. Raz po raz napotykamy w nich przemyślenia, które następnie, często w niemalże niezmienionej formie znajdą się później w kolejnych esejach. Dzięki temu możemy nie tyle prześledzić proces powstawania kolejnych dzieł, ile po raz kolejny ulec wojerystycznej pokusie przyjrzenia się temu, co Sontag, pisząc swoje teksty, rzeczywiście odczuwała. Wielokrotnie do głosu dochodzi tutaj lewicowa wrażliwość autorki, która skłania ją do myślenia o kulturze w kategoriach egalitarnych. Najlepszym przykładem będzie tu bodaj najgłośniejszy napisany przez Sontag w tym czasie esej „Przeciw interpretacji”, często, nawet wśród literaturoznawców, dość niefortunnie sprowadzany wyłącznie do ataku na sztywną, skostniałą tradycję hermeneutyczną. Autorka zdaje się w nim mówić wprost, że różnego rodzaju namnażające się w niespotykanym dotąd tempie teksty kultury są dla wszystkich, nie tylko dla wąskiej grupy ludzi, którzy posiadają bogaty wachlarz narzędzi niezbędnych do jej analizy, „burżuazji” uzurpującej sobie prawo do „właściwego czytania sztuki”, marginalizującej w ten sposób odbiór większości czytelników.

 

Jeżeli spojrzeć na te dzienniki jako na zapisy doświadczeń obcowania z różnymi dziełami sztuki (a opisy te zajmują przecież istotną ich część), od razu dostrzec można, jak specyficznym, emocjonalnym odbiorcą kultury jest Sontag. W dziełach sztuki dużo bardziej niż warstwa formalno-kontekstualna interesuje ją „duch dzieła” oraz to, z jakimi odczuciami owo dzieło nas – odbiorców pozostawia. W końcu do głosu dochodzi szeroki zakres zainteresowań Sontag. Mogliśmy doświadczyć tego już czytając jej eseje (w jednym tomie tuż obok siebie znaleźć możemy np. eseje o pornografii, Cioranie i Godardzie, innym razem o happeningu i Levi-Straussie), jednak dopiero w dziennikach kulturowy eklektyzm Sontag wybrzmiewa w pełni, pokazując, że nie ma dla autorki kulturowych zagadnień, któe nie zasługiwałyby na uwagę. Pokazywanie zaś tego, co marginalizowane, staje się nie tyle leitmotivem Sontag, ile jej moralnym obowiązkiem.

 

Lata sześćdziesiąte to również czas wielkich podróży Sontag, spośród których bezapelacyjnie na plan pierwszy wysuwa się najpierw długo planowana, później wielokrotnie wspominana podróż do Chin. Lapidarne, jednak niezwykle ujmujące notatki, pokazują, że oprócz wielu innych talentów, Sontag potrafiła niesamowicie trafnie – w wyraźnie egzystencjalistycznym duchu – zgłębiać i następnie oddawać klimat miejsc, w których przebywała. Możemy się o tym przekonać na naszym własnym przykładzie – w 1980 roku autorka odwiedziła Polskę, pozostawiając w dziennikach skrótowe opisy pobytu w Warszawie i Krakowie oraz silną wolę napisania eseju o Polsce, która to wola dopełniła się wiele lat później, owocując nie esejem, lecz fantastyczną, choć może niezbyt reprezentatywną dla pisarskiego stylu tej autorki powieścią „W Ameryce”. Lektura „W Ameryce” pozostawia czytelnika z dość mocnym poczuciem zdziwienia, że książkę tak przesiąkniętą polską kulturą, naszpikowaną odniesieniami do pochodzących z różnych okresów, często nieznanych nawet Polakom tekstów literackich, napisał ktoś zza oceanu, kto w Polsce spędził raptem kilka tygodni.

 

Drugi tom dzienników to otwarte zaproszenie do dalszego poznawania Sontag – autorki wciąż nie do końca w naszym kraju przeczytanej, a co za tym idzie, bardzo niedocenianej. A Sontag czytać warto, gdyż, moim zdaniem, niewielu jest w historii myślicieli, którzy równie dobrze uczą nas czytać, oglądać obserwować, doświadczać, jak nasza amerykańska cierpiętnica modelowa.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także