14 marca 2013

Filozof zakochany, filozof rozgoryczony

W jednym z zaskakujących zapisków z „Dziennika moskiewskiego” Walter Benjamin ze sporym niezadowoleniem odnotowuje, że z powodu ataku serca przyjaciela musiał wybrać się do teatru sam. Ta groteskowa sytuacja ujawnia swój drugi wymiar. Po wejrzeniu w resztę tekstów notatki wielkiego filozofa pokazują, jak bardzo zagubiony i osamotniony czuł się w trakcie dwumiesięcznego pobytu na przełomie 1926 i 1927 roku w Moskwie.

 

W 1925 roku, przy wydatnym udziale m.in Maxa Horkheimera, późniejszego współautora słynnej „Dialektyki oświecenia”, odrzucono podanie o wszczęcie przewodu habilitacyjnego Waltera Benjamina. Praca, znana później jako „Niemiecki trauerszpil i jego źródło”, zostaje zmiażdżona przez recenzentów, a Benjamin, dla którego kariera akademicka jest głównie przepustką do świata stałych dochodów, staje w obliczu pytań o przyszłość, które zaważą później w dużym stopniu na kształcie nieprzeznaczonych do wydania zapisków z podróży do bolszewickiej Moskwy.

 

To w związku z pracą nad „Niemieckim trauerszpilem” Benjamin wyjeżdża w 1924 roku na Capri, gdzie poznaje Asję Lacis. Nazwanie tej łotewskiej komunistki „kochanką” czy „partnerką” w świetle „Dziennika moskiewskiego” byłoby przesadą – to dziwaczna relacja dwójki neurotyków, enigmatyczna gra na tle historycznej mozaiki czasów radzieckiego NEP-u. Przebywająca w sanatorium przez niemal cały pobyt Benjamina w Rosji Lacis to bodaj jedyny powód przedłużania jego wizyty. Lekceważony przez notabli filozof spotyka głównie „byłych ludzi”, pozbawionych posad i możliwości pracy intelektualnej – często tych, którzy staną się niebawem ofiarami stalinowskiego terroru. Jego liczne plany, związane choćby ze współpracą z miejscowymi pismami, nie mogą się powieść.

 

„Dziennik moskiewski” to przede wszystkim fascynująca, niedosłowna książka o miłości. Autor nie traci przy tym jednak nic z czujności flâneura. Czasem ma się wrażenie, że wypchnięty z salonów pisarz, wśród restauracji czy małych targowisk z lalkami i zabawkowymi żołnierzykami stara się odnaleźć jakiś pierwotny gest, jakiś zredukowany klucz do rzeczywistości, w której nie ma dla niego miejsca. Czytelnik – po lekturze wstępu Gershoma Scholema – nie jest zdziwiony furią Asji, zarzucającej niekiedy Benjaminowi kompletne niezrozumienie realiów ówczesnej Moskwy. Komuniści, którzy stanowią resztki opozycji, ukrywają się pod płaszczem ketmanu, prowadzą nieustanną grę pozorów i napięć, której nawet tak wprawny umysł nie jest w stanie rozwikłać w ciągu dwóch miesięcy.

 

„Dziennik moskiewski” nie jest więc dziełem tak wyrazistym i konsekwentnym, jak „Ulica jednokierunkowa”. Te intymne zapiski to raczej raport z nieporozumień, złych interpretacji i zgrzytów. Im dalej w tekst, tym mniej wiemy i tym bardziej brniemy w ciemność notatek, która towarzyszy rozgoryczeniu filozofa prozaicznymi trudnościami. Obok pytań o granice konformizmu (Benjamin rozważa wady i zalety przystąpienia do KPD, Komunistycznej Partii Niemiec) pojawia się tu drobiazgowy zapis codzienności. Otrzymujemy wgląd w księgi rachunkowe, możemy prześledzić topografię miasta i trasy pisarza. Ten portret artysty u schyłku wieku młodzieńczego jest nie tylko cennym uzupełnienie dla kanonicznych dzieł autora „Pasaży”, lecz także jego najbardziej biograficznym tekstem o dużej sile rażenia.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także