22 października 2013

Laboratorium White'a

Choć Biuro Literackie wydało już nie tylko słynnego „Zucha”, ale też „Hotel de Dream” z 2007 roku, na debiut Edmunda White’a sprzed 40 lat musieliśmy trochę poczekać. Pierwsze rozdziały tej książki, opracowane przez współautora obecnego tłumaczenia, Andrzeja Sosnowskiego, pojawiały się w „Literaturze na świecie” już 16 lat temu. Z drugiej strony jest pewnie jakaś logika w tym, że wcześniej polszczyźnie należało przyswoić choćby „Studium temperamentu” Ronalda Firbanka, pisarza, którego znajomość pomaga w lekturze „Zapominania Eleny”.

 

Edmund White to z jednej strony erudyta, oprócz powieści mający w dorobku cenione biografie Geneta, Prousta i Rimbauda, z drugiej strony zaś przedstawiciel ruchu gejowskiego, który z bliska obserwował epidemię AIDS w połowie lat 70., co w pewnym stopniu odcisnęło się na jego późniejszych, często subtelnie politycznych książkach. Jednak jego debiut można potraktować najwyżej jako laboratorium dla późniejszych politycznych idei. „Zapominanie Eleny” jest między innymi „powieścią fantastyczną o uroku – i ohydzie – społeczeństwa zamkniętego, które zastąpiło autentyczną refleksję moralną kultem piękna” – pisze autor w jednym ze swoich esejów, przekonując również, że na ostateczny kształt tej książki wielki wpływ miały uniwersyteckie zajęcia Saula Bellowa na temat „Braci Karamazow”.

 

„Obudziłem się pierwszy z całego domu, lecz nie wiem, jakie są tego implikacje” – tak zaczyna się powieść White’a. Bohater budzi się niemal całkowicie pozbawiony pamięci, na wyspie, którą rządzą specyficzne, karnawałowe rytuały, poetyckie konkursy i dwuznaczne relacje. Kafkowska z ducha sytuacja, w której postawiony jest bezimienny narrator, owocuje opowieścią o budowaniu tożsamości, tworzeniu nowego języka i ładu. To powieść inicjacyjna, ale przede wszystkim trzymająca w napięciu psychologiczna zagadka, która w tłumaczeniu Sosnowskiego i Żuchowskiego (notabene poetów) wybrzmiewa z całą delikatnością oryginalnej dykcji White’a.

 

Można domyślić się, dlaczego entuzjastycznie na tę książkę zareagował Vladimir Nabokov – wystarczy, że wsłuchamy się w rytm tej pięknej, ale pozbawionej przesady frazy. Również zachwyt Harry’ego Mathewsa można sobie wytłumaczyć metaforyką rodem z amerykańskiej poezji wysokiego modernizmu i upodobaniem do gatunkowych cytatów, od Prousta i Kafki po musicalowe wręcz zacięcie i efekty owej rewolucji seksualnej, z których White skorzystał wyjątkowo skwapliwie. Rozczarowywać może jedynie czasami przesadna zdawkowość, łatwe porzucanie na wyrost zaprzęgniętych symboli, jednak to wciąż jeden z najbardziej enigmatycznych i obiecujących (to tym cenniejsze, że obietnice zostały spełnione) debiutów w amerykańskiej literaturze drugiej połowy XX wieku.

Książki, o których pisał autor

Czytelnicy, tej recenzji oglądali także